Wilmington.
– To co z tego?
Deanna wyjela z reki Briana papierosa, zaciagnela sie gleboko, ale go nie oddala. Robila to od lat. Uwazala, ze skoro nie zapalila wlasnorecznie papierosa, to oficjalnie nie byla uzalezniona. Brian, jakby nie widzac, co zrobila, zapalil nastepnego. Deanna pochylila sie do przodu.
– Zastanowilas sie nad opublikowaniem tego listu?
– Nie bardzo. Nadal nie wiem, czy to dobry pomysl.
– Co myslisz o tym, zebysmy nie uzyli ich imion, tylko inicjalow? Jesli chcesz, mozemy nawet zmienic nazwe Wrightsville Beach.
– Dlaczego to jest dla ciebie takie wazne?
– Poniewaz rozpoznaje dobry material, kiedy go widze. Co wiecej, uwazam, ze ten tekst moze byc wazny dla wielu osob. Teraz wszyscy sa tak zapracowani, ze wydaje sie, iz romantycznosc ginie smiercia naturalna. Ten list dowodzi, ze nadal istnieje.
Teresa bezwiednie siegnela po pasmo wlosow i zaczela je nawijac na palec. Byl to nawyk pochodzacy z dziecinstwa. Robila tak zawsze, gdy o czyms myslala. Odezwala sie po dluzszej chwili:
– Dobrze.
– Zgadzasz sie?
– Tak, ale jak powiedzialas, uzyjemy inicjalow i pominiemy fragment o Wrightsville Beach. Napisze kilka zdan wstepu.
– Tak sie ciesze! – zawolala Deanna z mlodzienczym entuzjazmem. – Wiedzialam, ze sie zgodzisz. Jutro wyslemy to faksem.
Poznym wieczorem Teresa napisala wstep do kolumny na papierze listowym, ktory znalazla w szufladzie biurka w gabinecie. Kiedy skonczyla, poszla do swojego pokoju, polozyla kartki na stoliku nocnym przy lozku i wsunela sie pod koldre. Tej nocy spala niespokojnie.
Nazajutrz Teresa poszla z Deanna do Chatham, aby przepisac list na maszynie. Poniewaz zadna z nich nie wziela ze soba przenosnego komputera, a Teresa upierala sie, ze tekst nie powinien zawierac pewnych informacji, bylo to jedyne rozsadne wyjscie. Kiedy tekst byl gotowy, wyslaly go faksem. Mial sie ukazac nastepnego dnia.
Reszte poranka i popoludnia spedzily podobnie jak poprzedniego dnia – zakupy, leniuchowanie na plazy, rozmowa o niczym i pyszna kolacja. Gazete przyniesiono wczesnie rano. Teresa, skonczywszy bieganie, wrocila, zanim Deanna i Brian wstali. Pierwsza wiec wziela gazete do reki. Rozlozyla ja i zaczela czytac.
Cztery dni temu, gdy bylam na wakacjach, sluchalam starych nagran w radiu i uslyszalam Stinga spiewajacego piosenke „List w butelce”. Zachecona do dzialania przez jego namietne zawodzenie, pobieglam na plaze, zeby znalezc moja wlasna butelke. Po kilku minutach znalazlam ja i oczywiscie w srodku byl list. (W rzeczywistosci nie uslyszalam piosenki, wymyslilam to dla lepszego efektu dramatycznego. Ale naprawde znalazlam poprzedniego ranka butelke ze wzruszajacym listem w srodku). Nie moglam przestac o tym myslec. Zazwyczaj nie pisze o takich sprawach, ale mialam nadzieje, ze uznacie ten list za rownie wazny jak ja w czasach, gdy coraz rzadziej spotyka sie wierna milosc i przywiazanie.
Kiedy Deanna dolaczyla do Teresy przy sniadaniu, przeczytala kolumne, zanim zabrala sie za cos innego.
– Fantastyczne – powiedziala, gdy skonczyla czytac. – W druku wyglada lepiej, niz myslalam. Dostaniesz mnostwo listow po tym tekscie.
– Naprawde tak sadzisz?
– Jestem tego pewna.
– Wiecej niz zwykle?
– Cale tony. Czuje to. Zadzwonie dzis do Johna. Polece mu, by w tym tygodniu dwa razy rozeslal tekst. Moze nawet znajdziesz go w niedzielnych wydaniach.
– Zobaczymy – odparla Teresa i ugryzla rogalik, niepewna, czy wierzyc Deannie, czy nie, ale i tak byla zaciekawiona.
Rozdzial trzeci
W sobote Teresa wrocila do Bostonu.
Gdy tylko otworzyla drzwi do mieszkania, z sypialni wybiegl Harvey. Otarl sie o jej nogi, mruczac cicho. Teresa wziela go na rece i zaniosla do kuchni. Z lodowki wyjela kawalek sera i dala go Harveyowi. Glaskala kota po glowie, zadowolona, ze sasiadka Ella zgodzila sie nim zaopiekowac w czasie jej nieobecnosci. Po zjedzeniu sera zeskoczyl z jej ramion i skierowal sie do rozsuwanych przeszklonych drzwi prowadzacych do malego patia. W mieszkaniu panowal zaduch, rozsunela wiec drzwi na osciez.
Rozpakowala rzeczy, odebrala klucze i poczte od Elli, nalala sobie kieliszek wina, podeszla do wiezy i nastawila niedawno kupiona plyte Johna Coltrane'a. Gdy pokoj wypelnily dzwieki jazzu, przejrzala poczte. Jak zwykle, byly to glownie rachunki i odlozyla je na pozniej.
Na automatycznej sekretarce nagrano osiem wiadomosci – dwie z nich od mezczyzn, z ktorymi kiedys sie spotykala. Prosili o telefon, gdyby znalazla wolna chwile. Zastanowila sie krotko, potem doszla do wniosku, ze do nich nie zadzwoni. Zaden z nich jej nie pociagal i nie miala ochoty spotykac sie tylko dlatego, ze byla wolna. Wysluchala wiadomosci od matki i siostry. Pomyslala, ze powinna do nich w tygodniu zadzwonic. Kevin sie nie odezwal. Plywal tratwa i rozbijal ze swoim ojcem oboz gdzies w Arizonie.
Bez Kevina dom wydawal sie pusty i cichy. Na pocieszenie mogla sobie powiedziec, ze milo jest przyjechac do domu i sprzatac tylko po sobie. W perspektywie miala jeszcze dwa tygodnie urlopu za ten rok. Planowala spedzic z synem troche czasu nad morzem. Zostawal wiec jeszcze tydzien. Zwykle brala urlop przed Gwiazdka, ale w tym roku Kevin mial pojechac na swieta do swojego ojca. Nie cierpiala spedzac Bozego Narodzenia samotnie – to zawsze byly jej ulubione swieta, ale tym razem nie miala wyboru i doszla do wniosku, ze rozmyslanie nad tym, czego nie moze zmienic, nie ma sensu. Moze powinna wybrac sie na Bermudy lub na Jamajke albo gdzies na Karaiby, ale nie chciala jechac tak zupelnie sama, a nie wiedziala, kto moglby jej towarzyszyc. Janet raczej nie wchodzila w rachube. Miala sporo zajec przy trojce dzieci, a Edward prawdopodobnie nie dostalby urlopu. Moze powinna wykorzystac ten tydzien do zrobienia w domu tych wszystkich rzeczy, ktore zaplanowala… ale wydawalo jej sie, ze troche szkoda. Kto by chcial spedzic wakacje, malujac i tapetujac mieszkanie?
Wreszcie postanowila, ze jesli nic ciekawego nie wymysli, to zachowa urlop na przyszly rok. Moze pojada z Kevinem na dwa tygodnie na Hawaje.
Poszla do lozka i siegnela po powiesc, ktora zaczela czytac jeszcze w Cape Cod. Czytala szybko, nie odrywajac oczu, i zaliczyla prawie sto stron, zanim poczula zmeczenie. O polnocy zgasila swiatlo. Snilo jej sie, ze spaceruje pusta plaza, ale nie wiedziala dlaczego.
W poniedzialek na biurku zastala stos listow. Bylo ich prawie dwiescie, a kolejne piecdziesiat przyniosl pozniej listonosz. Gdy tylko weszla do redakcji, Deanna z dumna mina pokazala:
– Widzisz, mowilam ci.
Teresa poprosila, aby nie laczono do niej rozmow i od razu zabrala sie do otwierania kopert. Wszystkie listy byly reakcja na opublikowany tekst. Wiekszosc napisaly kobiety, chociaz bylo tez kilka kartek od mezczyzn. Terese zdumiala jednomyslnosc opinii. Czytala kartke za kartka i z kazdej dowiadywala sie, jak bardzo byli wzruszeni anonimowym listem. Wiele osob pytalo, czy wie, kto jest jego autorem, a kilka kobiet stwierdzilo, ze jesli ten mezczyzna jest wolny, pragna go poslubic.
Odkryla, ze prawie wszystkie wydania niedzielne w calym kraju zamiescily jej kolumne, a korespondencja w tej sprawie nadeszla az z Los Angeles. Szesciu mezczyzn twierdzilo, ze sa autorami listu, czterech zadalo tantiem za opublikowanie. Jeden z nich nawet grozil sadem. Gdy jednak dokladnie przyjrzala sie charakterom ich pisma, stwierdzila, ze zaden nawet nie przypominal tego, ktory nalezal do autora listu.
W poludnie poszla na lunch do swojej ulubionej japonskiej restauracji. Kilka osob jedzacych przy innych stolikach wypowiadalo sie na temat jej kolumny.