– Nic – oznajmil zwiezle.
– Musimy wiedziec, kto jest na tej liscie – warknal Jim.
– Co mam zrobic: porwac ja i torturowac?
– Musi ja miec, tak?
– Nie ma jej w elektronicznej poczcie, wiec musiala ja skopiowac.
– Skoro nie znalazles jej w gabinecie, zabrala ja do domu.
– Logiczne. – Berrington domyslil sie, do czego zmierza Jim Proust. – Czy mozesz zalatwic… – Nie chcial w rozmowie telefonicznej uzyc slow: „zeby FBI przeszukalo jej mieszkanie”. – Czy mozesz zalatwic, zeby to sprawdzili?
– Chyba tak. David Creane nie wywiazal sie z obietnicy, wiec jest mi winien grzecznosc.
– Najlepiej bedzie zrobic to jutro rano. Posiedzenie zaczyna sie o dziesiatej i potrwa kilka godzin.
– Rozumiem. Zalatwie to. A jesli trzyma ja w pieprzonej torebce, to co zrobimy?
– Nie wiem. Dobranoc, Jim.
– Dobranoc.
Berrington odlozyl sluchawke i siedzial przez kilka chwil nieruchomo, przygladajac sie scianom waskiej klitki, ktora Jeannie ozywila jaskrawymi kolorami. Jesli sprawy potocza sie zle, Jeannie zasiadzie jutro z powrotem przy tym biurku i rozpocznie sledztwo, ktore moglo zniszczyc trzech porzadnych ludzi.
To sie nie moze zdarzyc, pomyslal z rozpacza, to sie nie moze zdarzyc.
PIATEK
38
Jeannie obudzila sie w swoim pomalowanym na bialo saloniku, lezac w objeciach Steve'a na czarnej kanapie, ubrana tylko w rozowy szlafrok.
Skad sie tu wziela?
Spedzili razem noc, przygotowujac sie do posiedzenia komisji. Serce zamarlo jej w piersi: dzisiaj mial sie rozstrzygnac jej los.
Jak to sie stalo, ze lezala w jego objeciach?
Kolo trzeciej ziewnela i zamknela na chwile oczy.
A potem…?
Musiala zasnac.
I Steve przeszedl do sypialni, wzial z lozka koldre w niebieskie i czerwone pasy i przyniosl ja tutaj, poniewaz byla nia okryta.
Nie byl jednak odpowiedzialny za poze, w jakiej lezala, opierajac glowe o jego udo i obejmujac go reka w pasie. Musiala ulozyc sie w ten sposob sama, we snie. Bylo to troche krepujace: jej twarz znajdowala sie kilka cali od jego krocza. Zastanawiala sie, co o niej mysli. Zachowywala sie jak wariatka. Najpierw rozebrala sie na jego oczach, potem zasnela na nim; traktowala go tak, jakby byl jej starym kochankiem.
Coz, miala powod, zeby sie po wariacku zachowywac: to byl wariacki tydzien.
W ciagu zaledwie kilku dni wdala sie w pyskowke z posterunkowym McHentym, obrabowal ja ojciec, zaatakowal „New York Times”, postraszyl nozem Dennis Pinker, wyrzucil z pracy rektor i o malo nie zostala zgwalcona w swoim samochodzie. Czula sie zdruzgotana.
Bolala ja twarz po wczorajszym uderzeniu, lecz odniosla nie tylko zewnetrzne obrazenia. Atak pozostawil slady w jej psychice. Przypominajac sobie walke w samochodzie, czula, jak ogarnia ja z powrotem gniew. Miala ochote zlapac napastnika za gardlo. Czula sie nieszczesliwa, tak jakby z powodu tego, co sie stalo, jej zycie stracilo nagle na wartosci.
Dziwne, ze mogla w ogole zaufac jakiemus mezczyznie; ze mogla zasnac na kanapie z kims, kto wygladal dokladnie tak samo jak jej napastnik. Ale teraz moze byc jeszcze bardziej pewna Steve'a. Zaden z pozostalych nie spedzilby takiej nocy, sam na sam z dziewczyna, nie probujac jej wziac sila.
Zmarszczyla czolo. Miala wrazenie, ze Steve robil jej cos w nocy, cos milego. Tak, pamietala przez sen jego duze dlonie, gladzace ja po wlosach, bardzo dlugo, podczas gdy ona drzemala niczym glaskana po siersci kotka.
Usmiechnela sie i zmienila lekko pozycje.
– Nie spisz juz? – zapytal natychmiast.
Ziewnela i przeciagnela sie.
– Przepraszam, ze na tobie spalam. Dobrze sie czujesz?
– Mniej wiecej o piatej krew przestala mi doplywac do lewej nogi, ale jakos sie do tego przyzwyczailem.
Usiadla na kanapie, zeby mu sie lepiej przyjrzec. Mial pogniecione ubranie, potargane wlosy i lekki zarost na twarzy, ale mimo to wygladal tak apetycznie, ze miala ochote go schrupac.
– Spales?
Steve potrzasnal glowa.
– Zbyt wielka przyjemnosc sprawialo mi patrzenie na ciebie.
– Nie powiesz chyba, ze chrapie?
– Nie chrapiesz. Troche sie tylko slinisz – powiedzial, wskazujac mokra plamke na swoich spodniach.
– Och, przepraszam. – Jeannie wstala i zerknela katem oka na wiszacy na scianie zegar: bylo wpol do dziewiatej. – Nie mamy duzo czasu – stwierdzila zaniepokojona. – Posiedzenie zaczyna sie o dziesiatej.
– Wez prysznic, a ja zrobie kawe – oznajmil wielkodusznie.
Popatrzyla na niego z niedowierzaniem.
– Przyslal cie swiety Mikolaj?
Steve rozesmial sie.
– Wedlug twojej teorii pochodze z probowki – stwierdzil, a potem spowaznial. – Kto to zreszta moze wiedziec.
Jej takze przeszla ochota do zartow. Rozebrala sie w sypialni i weszla pod prysznic. Myjac sie rozmyslala, jak ciezko harowala przez ostatnie dziesiec lat: ubieganie sie o stypendium, intensywne treningi i nauka po nocach, wysluchiwanie zrzedliwych uwag promotora swojej pracy doktorskiej. Tyrala jak wol, zeby osiagnac to, co osiagnela, dlatego ze pragnela byc uczona i pomoc ludzkiej rasie zrozumiec sama siebie. A teraz Berrington Jones chcial jej to wszystko odebrac.
Prysznic poprawil jej samopoczucie. Kiedy wycierala wlosy, zadzwonil telefon. Odebrala z aparatu w sypialni.
– Jeannie, tu Patty.
– Czesc, siostrzyczko, co slychac?
– Wrocil ojciec.
Jeannie usiadla na lozku.
– Co u niego?
– Goly, ale wesoly.
– Najpierw przyszedl do mnie – poinformowala siostre. – Pojawil sie w poniedzialek. We wtorek troche sie na mnie boczyl, bo nie ugotowalam mu obiadu. W srode wyprowadzil sie, zabierajac moj komputer, moj telewizor i wieze stereo. Musial juz wydac albo przegrac w karty to, co za nie dostal.
Petty westchnela glosno.
– Och, Jeannie, to okropne!
– Dobrze to ujelas. Wiec schowaj lepiej kosztownosci.
– Zeby okradac wlasna rodzine! O Boze, jesli Zip sie dowie, wywali go na ulice.
– Mam jeszcze gorsze problemy, Patty. Moga mnie dzis wyrzucic z pracy.
– Dlaczego?