— A niech to diabli! — odezwal sie Jurkowski.
Cos potoczylo sie po podlodze z metalicznym brzekiem. Zylin wypadl na korytarz. Zaczynalo sie dziac cos niedobrego.
Statkiem bez przerwy miotalo jak deska na falach. Zylin biegl korytarzem i powtarzal w myslach: ten obok… i ten obok. Ten tez obok, wszystko obok… Wtem z tylu dolecial go przerazliwy syk: Pak-psz-sz-sz-sz… Zylin przywarl gwaltownie plecami do sciany i obrocil sie. W pustym korytarzu o jakies dziesiec krokow od niego stal gesty oblok bialej pary; wygladalo to zupelnie tak, jakby pekl nagle balon z cieklym helem. Syk szybko ucichl. W korytarzu zapanowal chlod.
— Trafil, gad — powiedzial Zylin i oderwal sie od sciany. Za nim, osiadajac z wolna, wlokl sie bialy oblok.
W kabinie nawigacyjnej bylo bardzo zimno. Zylin dostrzegl zamroz lsniacy teczowo na scianach i na podlodze. Michail Antonowicz siedzial przy maszynie matematycznej i podciagal ku sobie tasme z zapisami. Bykowa tutaj nie bylo, widocznie znajdowal sie za oslona reaktora.
— Co, znow trafilo? — cieniutkim glosem zawolal nawigator.
— Czy inzynier pokladowy juz jest? — huknal basem Bykow spoza oslony reaktora.
— Jestem — odezwal sie Zylin.
Przebiegl przez kabine, slizgajac sie po szronie. Bykow wyszedl mu na spotkanie i rude wlosy staly mu na glowie deba.
— Do kontroli zwierciadla — zakomenderowal.
— Tak jest — odpowiedzial Zylin.
— Nawigatorze, czy jest gdzies jakies przejscie?
— Nie, Loszenka. Wszedzie jednakowa gestosc meteorytow. Alez dogodzilo nam…
— Wylacz zwierciadlo. Sprobuje sie przebic na silnikach awaryjnych.
Michail Antonowicz okrecil sie pospiesznie na fotelu obrotowym, w strone pulpitu aparatury sterujacej. Polozyl reke na klawiszach i rzekl:
— Mozna by bylo…
Zamilkl wpol zdania. Jego twarz wykrzywil grymas przerazenia. Tarcza z klawiszami urzadzen sterujacych wygiela sie, potem sie wyprostowala i bezszelestnie splynela na podloge. Zylin uslyszal krzyk Michaila Antonowicza i w poplochu wybiegl spoza oslony reaktora. Na scianie kabiny, wczepiona w miekkie obicie, siedziala poltorametrowa jaszczurzyca marsjanska, ulubienica Jurkowskiego — Warieczka. Widoczny na jej bokach rysunek klawiszy sterowniczych zaczal sie juz zacierac, ale na strasznym trojkatnym pysku wciaz jeszcze migotalo wolniutko czerwone odbicie swiatelka „stop”. Michail Antonowicz wpatrywal sie w cetkowana Warieczke i pochlipywal, przyciskajac reke do serca.
— Poszla won! — wrzasnal Zylin. Warieczka rzucila sie gdzies w bok i zniknela.
— Zatluke! — ryknal Bykow. — Zylin, na miejsce, do stu diablow! Zylin odwrocil sie i w tym wlasnie momencie „Tachmasib” oberwal zdrowo.
Amaltea, „Stacja J”
Po kolacji wujek Walnoga wszedl do swietlicy i nie patrzac na nikogo powiedzial:
— Potrzeba mi wody, kto na ochotnika?
— Ja — zglosil sie Kozlow.
— I ja — rzekl Potapow, podnoszac glowe znad szachownicy.
— Oczywiscie, ja tez — odezwal sie Kostia Stecenko.
— A czyja moge? — zapytala cieniutkim glosem Zojka Iwanowa.
— Mozesz — odpowiedzial Walnoga, spogladajac w sufit. — No wiec przychodzcie.
— A ile potrzebujecie tej wody? — zapytal Kozlow.
— Nieduzo — odrzekl wujek Walnoga. — Jakies dziesiec ton.
— Dobra — powiedzial Kozlow. — Zaraz bedziemy. Wujek Walnoga wyszedl.
— Pojde z wami — oswiadczyl Gregor.
— Lepiej zostan tutaj i zastanow sie nad swoim posunieciem — odrzekl mu Potapow. — Twoj ruch. Zawsze nad kazdym ruchem zastanawiasz sie z pol godziny.
To nic — odparl Gregor. — Zdaze sie jeszcze zastanowic.
— Halu, pojdziesz z nami? — zapytal Stecenko.
Hala lezala w fotelu przed magnetowideofonem. Leniwym glosem odpowiedziala:
— Chyba pojde.
Podniosla sie z fotela i przeciagnela rozkosznie. Hala miala dwadziescia osiem lat, wysoka, o smaglej cerze i bardzo ladna — byla najladniejsza kobieta tu, na stacji. Polowa chlopakow stacji kochala sie w niej. Hala kierowala pracami obserwatorium astrometrycznego.
— Chodzmy — rzekl Kozlow, zapial sprzaczki przy podkowach magnetycznych i ruszyl do drzwi.
Wszyscy skierowali sie do magazynu, wzieli stamtad futrzane kurtki, pily elektryczne i samobiezna platforme.
Miejsce, gdzie stacja zaopatrywala sie w wode na potrzeby techniczne, higieniczne i konsumpcyjne, nazywalo sie „Eisgrotte”. Amaltea — splaszczona kula o srednicy okolo stu trzydziestu kilometrow — byla zbudowana z czystego lodu. Najzwyklejszego lodu z wody, zupelnie takiego samego, jak na Ziemi, tyle ze na powierzchni przysypanego nieco pylem meteorytow oraz odlamkami kamieni i zelaza. O pochodzeniu lodowej planetki nikt nie potrafil powiedziec nic konkretnego.
Jedni, malo obeznani z kosmogonia, utrzymywali, ze Jowisz w pradawnych czasach zerwal otoczke wodna z jakiejs planety, ktora nieostroznie zblizyla sie do niego. Inni sklonni byli przypisywac powstanie piatego satelity procesowi kondensacji krysztalow wody. Jeszcze inni twierdzili, ze Amaltea nie nalezala w ogole do systemu slonecznego, ze przybyla z przestrzeni miedzygwiezdnej i zostala przechwycona przez Jowisza. Jakkolwiek by bylo, wazne, ze nieograniczone zapasy lodu, istniejace na Amaltei, stanowily dla „Stacji J” wielka wygode.
Platforma przejechala korytarzem dolnego poziomu i zatrzymala sie przed szerokimi odrzwiami „Eisgrotte”. Gregor zeskoczyl z platformy, podszedl do drzwi i, mruzac oczy krotkowidza, zaczal szukac guzika od zamku automatycznego.
— Nizej, nizej, slepy puchaczu — rzekl Potapow.
Gregor odnalazl guzik i odrzwia rozwarly sie. Platforma wjechala do „Eisgrotte”. „Eisgrotte” byla lodowa pieczara, tunelem
wyrabanym w litym lodzie. Trzy gazowe rurki oswietlaly tunel, ale swiatlo odbijalo sie od scian lodowych i sufitu, rozpraszalo i iskrzylo na wszystkich wystepach, dlatego tez wydawalo sie, ze „Eisgrotte” oswietla caly system luster.
Nie bylo tutaj pola magnetycznego, nalezalo wiec chodzic bardzo ostroznie. Panowal tu niezwykly chlod.
— Lod — rzekla Hala, rozgladajac sie wokol. — Zupelnie jak na Ziemi.
Zojka skulila sie z zimna, otulajac sie szczelnie futrzana kurtka.
— Jak na Antarktydzie — wyszeptala.
— Bylem na Antarktydzie — oswiadczyl Gregor.
— Gdzies ty nie bywal! — powiedzial Potapow. — Wszedzie byles!
— No, chlopcy, do roboty — zakomenderowal Kozlow.
Chlopcy ujeli pily elektryczne, podeszli do najbardziej oddalonej sciany i zaczeli wypilowywac bloki lodu. Pily ciely lod jak goracy noz maslo. W powietrzu zamigotaly lodowe opilki. Zojka i Hala podeszly blizej.
— Daj mi — poprosila Zojka, spogladajac na pochylone plecy Kozlowa.
— Nie dam — odparl Kozlow, nie odwracajac sie. — Mozesz sobie oczy uszkodzic.
— Zupelnie jak snieg na Ziemi — powiedziala Hala, podstawiajac dlon pod smuzke lodowych drobinek.
Tego dobra wszedzie jest dosyc — rzekl Potapow. — Na przyklad na Ganimedzie sniegu, ile dusza