glebiej glowe w ramiona, pochylajac sie rownoczesnie nad pulpitem. Raz cos stuknelo mocno i rozsypalo sie z brzekiem tuz za jego plecami. Potem sygnaly na ekranie poczely stopniowo zanikac, az wreszcie przestaly sie pojawiac. Atak meteorytow sie skonczyl.
Wowczas Bykow spojrzal na kursograf.
„Tachmasib” spadal. Statek lecial przez egzosfere Jowisza i szybkosc jego byla teraz o wiele mniejsza od szybkosci orbitalnej. „Tachmasib” spadal po wciaz zwezajacym sie torze spiralnym. Statek stracil szybkosc w czasie ataku meteorytow. Zwykle tak bywa, ze w czasie ataku meteorytow statek schodzi nieco z kursu i traci szybkosc. Tak sie zdarza w pasie asteroidow podczas normalnych rejsow na trasie Jowisz-Mars lub Jowisz-Ziemia. Ale tamto nie stwarza zadnego niebezpieczenstwa. Tutaj, nad Jowiszem, utrata szybkosci oznaczala niechybna smierc. Statek splonie, gdy tylko wejdzie w geste warstwy atmosfery potwornej planety. Tak bylo dziesiec lat temu z Paulem Dangerem. A jesli nawet nie splonie, to spadnie w otchlan wodoru, skad nie ma juz powrotu. Tak sie stalo prawdopodobnie z Sergiuszem Pietruszewskim w poczatkach biezacego roku.
Mozna by sie z tego wyrwac tylko za pomoca silnika fotonowego. Bykow zupelnie machinalnie nacisnal podluzny klawisz startera, ale na pulpicie urzadzen sterujacych nie zaplonela ani jedna lampka. Zwierciadlo zostalo uszkodzone i automat awaryjny blokowal nierozsadne rozporzadzenie. To juz koniec, pomyslal Bykow. Teraz wyrownal dokladnie lot statku i wlaczyl na cala moc silniki awaryjne. Sila pieciokrotnego przeciazenia wtloczyla go w fotel. To byla jedyna rzecz, jaka Bykow mogl obecnie przedsiewziac — zmniejszyc szybkosc spadania statku do minimum, aby w ten sposob uchronic go przed splonieciem w warstwach atmosfery. Bykow siedzial jakies trzydziesci sekund bez ruchu, spogladajac na swe rece, nabrzmiewajace szybko pod wplywem przeciazenia. Potem zmniejszyl doplyw paliwa i przeciazenie ustalo. Silniki awaryjne beda powoli hamowaly szybkosc spadania, dopoki starczy paliwa. A paliwa bylo niewiele. Jak dotychczas nikogo jeszcze i nigdy nie uratowaly rakiety awaryjne nad Jowiszem. To mozliwe nad Marsem, nad Merkurym, nad Ziemia, ale nie nad ta gigantyczna planeta.
Bykow z trudem wstal i spojrzal ponad pulpit. Na podlodze, posrod odlamkow masy plastikowej, lezal na wznak nawigator Michail Antonowicz Krutikow.
— Misza — odezwal sie, nie wiedziec czemu, szeptem Bykow. — Misza, zyjesz?
Rozleglo sie jakies skrobanie, zza oslony reaktora wypelzl na czworakach Zylin. Wyglad mial nieszczegolny. Obrzucil wzrokiem kapitana, nawigatora, skierowal wzrok na sufit i usiadl, podwinawszy nogi.
Bykow wydostal sie zza pulpitu i przykucnal obok nawigatora, z wysilkiem zginajac nogi w kolanach. Potrzasnal nawigatora za ramie i powtorzyl:
— Misza, zyjesz?
Michail Antonowicz zmarszczyl czolo i nie otwierajac oczu oblizal wargi.
— Loszenka — powiedzial cicho.
— Czy cos cie boli? — zapytal Bykow i zaczal obmacywac nawigatora.
— Oj! — jeknal nawigator, szeroko otwierajac oczy.
— A tu?
— U! — jeknal zbolalym glosem nawigator.
— A tu?
— Oj, daj spokoj! — zachnal sie nawigator i usiadl, wspierajac sie rekami o podloge. Glowa opadla mu na ramie. — A gdzie Waniusza? — zapytal.
Bykow obejrzal sie. Zylina nie bylo widac.
— Wania — zawolal cicho Bykow.
— Jestem tutaj — odezwal sie Zylin zza oslony reaktora. Slychac bylo, jak zaklal po cichu, gdy cos wypadlo mu z rak.
— Iwan zyje — poinformowal nawigatora Bykow.
— No, to chwala Bogu — rzekl Michail Antonowicz i uczepiwszy sie ramienia kapitana wstal.
— Misza, jak tam? — zapytal Bykow. — Czy jestes w stanie…?
— Chyba tak — bez przekonania odparl nawigator, przytrzymujac sie Bykowa. — Mysle, ze tak. — Popatrzyl chwile na Bykowa zdziwionymi oczami, po czym stwierdzil: — Czlowiek to twarde bydle, Loszenka… Oj, twarde!
— Mhm — mruknal niepewnie Bykow. — Twarde. Sluchaj, Misza… — Bykow umilkl na chwile. — Kiepsko z nami. Spadamy, bracie, ot co. Jezeli jestes w stanie, siadaj i oblicz, co i jak. Maszyna matematyczna, zdaje sie, ocalala. — Spojrzal na nia. — Zreszta zobacz sam.
Oczy Michaila Antonowieza zrobily sie calkiem okragle.
— Spadamy? — powiedzial. — Ach, wiec to tak! Spadamy. Spadamy na Jowisza.
Bykow w milczeniu pokiwal glowa.
— Oj-j ej-j ej! — rzekl Michail Antonowicz. — No wiec trzeba…! Dobrze. Zaraz, ja zaraz…
Postal jeszcze chwile, marszczac sie i krecac glowa, potem puscil ramie kapitana, uchwycil sie brzegu pulpitu i pokustykal na swoje miejsce.
— Zaraz oblicze — mruczal pod nosem. — Zaraz.
Bykow patrzyl, jak Krutikow trzymajac sie za bok, probuje mozliwie najwygodniej usadowic sie w fotelu. Fotel byl wyraznie skrzywiony. Gdy Michail Antonowicz wreszcie sie usadowil, spojrzal nagle z przerazeniem na Bykowa i zapytal:
— Ale przyhamowales, Alosza, co? Zahamowales?
Bykow skinal glowa i poszedl do Zylina, rozdeptujac z chrzestem odlamki lezace na podlodze. Na suficie dostrzegl niewielka czarna plame i druga taka sama tuz przy scianie. Byly to dziury po uderzeniach meteorytow zaciagniete smoloplastem. Wokol plam drzaly wielkie krople osiadlej rosy.
Zylin siedzial po turecku przed urzadzeniem kontrolnym zwierciadla. Oslona aparatury byla rozpruta na pol. Wnetrze nie wygladalo zachecajaco.
— Co tam u ciebie? — zapytal Bykow. Zylin podniosl opuchnieta twarz.
— Nie wiem jeszcze dokladnie — odpowiedzial. — Ale widac, ze wszystko poszlo w kawalki.
Bykow przysiadl obok.
— Jedno bezposrednie uderzenie meteorytu — oznajmil Zylin. — No i dwa razy ja sam tu wjechalem. — Wskazal palcem miejsce, w ktore wjechal, ale i bez tego bylo ono widoczne. — Za pierwszym razem tuz na poczatku nogami, a pozniej — glowa.
— Tak — rzekl Bykow. — Tego nie wytrzymalby zaden mechanizm. Ustawiaj aparature zapasowa. I wiesz co jeszcze? Spadamy.
— Slyszalem, Aleksieju Pietrowiczu — odparl Zylin.
— W zasadzie — powiedzial Bykow w glebokiej zadumie — po co nam te urzadzenia kontrolne, jesli zwierciadlo zostalo rozbite?
— A moze nie rozbite? — zastanawial sie Zylin.
Bykow popatrzyl na niego z usmiechem.
— Taka karuzele — wyjasnil — moga spowodowac tylko dwie przyczyny. Albo — albo. Albo z jakichs powodow zmienilo sie nagle polozenie ogniska spalania sie plazmy, albo odlupal sie wielki kawalek zwierciadla. Mysle, ze to zwierciadlo zostalo rozbite, poniewaz Boga nie ma, a wiec nie ma sily, ktora zmienilaby ogniskowa spalania sie plazmy. Ale mimo wszystko dzialaj, ustawiaj zapasowa aparatura.
Bykow wstal i zadzierajac glowe zaczal ogladac sufit.
— Trzeba jeszcze solidnie zabezpieczyc dziury. Tam w dole panuje wielkie cisnienie i smoloplast nie wytrzyma. Ale sam to zrobie.
Odwrocil sie, zamierzajac odejsc, ale przystanal jednak jeszcze na moment i zapytal cicho:
— Nie boisz sie, malcze?
W szkole malcami nazywano pierwszoroczniakow i w ogole wszystkich mlodszych.
— Nie — odpowiedzial Zylin.
— Dobra! Zabieraj sie do roboty — powiedzial Bykow. — Pojde obejrzec statek. Trzeba jeszcze uwolnic pasazerow z amortyzatorow.
Zylin milczal. Odprowadzal wzrokiem szerokie, przygarbione plecy kapitana i nagle tuz obok zobaczyl Warieczke. Stala na tylnych nogach i wolno mrugala wylupiastymi oczami. Cala byla granatowa w biale kropki, na jej pysku straszyla sie szczecina wasow. Znaczylo to, ze Warieczka jest bardzo niespokojna i ze zle sie czuje. Zylin widzial ja juz kiedys w takim stanie. Bylo to przed miesiacem na rakietodromie Mirza-Charle, kiedy Juricowski wiele rozprawial o zadziwiajacej zdolnosci przystosowywania sie jaszczurek marsjanskich, a na dowod tego wrzucil