zapragnie.
— Bylem na Ganimedzie — oswiadczyl Gregor.
— Zwariowac mozna — rzekl Potapow. Wylaczyl swa pile i odwalil ze sciany olbrzymi blok lodu. — No tak.
— Potnij na kawalki — poradzil mu Stecenko.
— Nie tnij — rzekl Kozlow. Wlasnie wylaczyl swa pile i takze odwalil ze sciany bryle lodu. — Przeciwnie… — Z wysilkiem pchnal bryle, ktora powoli odjechala do wyjscia z tunelu. — Przeciwnie, Walnodze wygodniej, gdy bloki sa duze.
— Lod — powtorzyla Hala. — Zupelnie jak na Ziemi. Teraz zawsze bede tu przychodzila po pracy.
— Czy bardzo tesknicie za Ziemia? — niesmialo zapytala Zojka. Zojka byla o dziesiec lat mlodsza od Hali, pracowala jako laborantka w obserwatorium astrometrycznym i w obecnosci swej kierowniczki czula wyrazne oniesmielenie.
— Bardzo — odpowiedziala Hala. — Tesknie w ogole za Ziemia, Zojeczko, tak bym chciala posiedziec sobie na trawie, pojsc wieczorem na spacer do parku, potanczyc… I to nie te nasze napowietrzne tance, lecz zwyczajnego walca. I pic z normalnych szklanek, a nie z tych idiotycznych grusz. I nosic suknie, a nie spodnie. Strasznie stesknilam sie za zwykla spodniczka.
— Ja tez — rzekl Potapow.
— Za spodniczka, no tak — powiedzial Kozlow.
— Dzieciaki.
— Pleciuchy — odparla Hala. — Dzieciaki.
Podniosla odlamek lodu i rzucila nim w Potapowa. Potapow podskoczyl, uderzyl plecami o sufit i wlecial na Stecenke.
— Daj spokoj — rozzloscil sie Stecenko. — Nie wpadnij pod pile.
— No, chyba juz dosyc — rzekl Kozlow, odwalajac ze sciany trzeci blok. — Ladowac, chlopaki.
Zaladowali lod na platforme, po czym Potapow chwycil znienacka jedna reka Hale, a druga Zojke i obydwie rzucil na lodowe bryly. Zojka zapiszczala przerazliwie i chwycila sie kurczowo Hali. Hala rozesmiala sie.
— No, jazda — zawolal Potapow. — Zaraz Walnoga da wam premie: po misce zupy z chlorelli na gebe.
— Nie odmowilbym — odburknal Kozlow.
— I przedtem nigdy nie odmawiales — stwierdzil Stecenko. — Co wiec mowic teraz, gdy glod…
Platforma wyjechala z „Eisgrotte” i Gregor zamknal odrzwia.
— Jakiz to glod? — odezwala sie Zojka z wysokosci lodowej piramidy. — Niedawno czytalam ksiazke o wojnie z faszystami, tam to rzeczywiscie byl glod. W Leningradzie, w czasie blokady.
— Bylem w Leningradzie — oswiadczyl Gregor.
— Przeciez zajadamy czekolade — ciagnela dalej Zojka — a tam wydawano po sto piecdziesiat gramow chleba na dzien. I to jakiego chleba! Pol na pol z trocinami.
— O, zaraz z trocinami — niedowierzal Stecenko.
— Wyobraz sobie, ze wlasnie z trocinami.
— Czekolada czekolada — stwierdzil Kozlow — ale nietego bedzie z nami, jesli „Tachmasib” nie przyleci.
Kozlow niosl pile elektryczna na ramieniu jak karabin.
— Przyleci — powiedziala z przekonaniem Hala. Zeskoczyla z platformy i Stecenko skwapliwie ja podtrzymal. — Dziekuje, Kostia. Na pewno przyleci, zobaczycie, chlopcy.
— Mysle, ze mimo wszystko trzeba zaproponowac kierownikowi zmniejszenie racji dziennych — rzekl Kozlow. — Chocby tylko dla mezczyzn.
— Bzdury — stwierdzila Zojka. — Gdzies czytalam, ze kobiety o wiele latwiej znosza glod niz mezczyzni.
Szli korytarzem w slad za powoli jadaca platforma.
— Tak, kobiety — skomentowal Potapow. — Ale nie dzieci.
— Alez dowcip — odparla Zojka. — Nie ma co!
— Nie, koledzy, naprawde — powiedzial Kozlow.
— Jesli Bykow nie przyleci jutro, trzeba zwolac ogolne zebranie
1 zapytac wszystkich, czy sie zgadzaja na zmniejszenie racji.
— No coz — przyznal Stecenko. — Przypuszczam, ze sprzeciwow nie bedzie.
— Ja nie bede sie sprzeciwial — oswiadczyl Gregor.
— To dobrze — rzekl Potapow. — A ja juz zastanawialem sie nad tym, co zrobimy, jesli okaze sie raptem, ze sie nie zgadzasz.
— Czesc woziwodom! — zawolal przechodzacy obok astrofizyk Nikolski.
Hala odezwala sie z rozdraznieniem:
— Nie rozumiem, jak mozna troszczyc sie tylko o swoj brzuch. Przeciez „Tachmasib” nie jest automatem i na jego pokladzie sa tez zywi ludzie.
Potapow poczerwienial ze wstydu, speszyl sie i nawet nie wiedzial, co na to odpowiedziec. Ostatni kawalek drogi do kuchni wszyscy przeszli w milczeniu. W kuchni wujek Walnoga siedzial pochmurny i zgnebiony przy olbrzymiej maszynie do wymiany jonow podczas oczyszczania wody. Platforma zatrzymala sie u wejscia do kuchni.
— Wyladowujcie — rzekl wujek Walnoga, wpatrujac sie w podloge.
W kuchni bylo niezwykle cicho, troche zimno i nie czuc tu bylo zadnych zapachow. Wujek Walnoga ciezko przezywal te sytuacje.
W milczeniu zdjeto bloki lodu z platformy i wlozono w otwarta gardziel filtrow wodnych.
— Dziekuje — rzekl wujek Walnoga, nie podnoszac wzroku.
— Prosimy bardzo, wujku Walnoga — odpowiedzial Kozlow. — No, koledzy, chodzmy.
W milczeniu ruszyli do magazynu, a potem w milczeniu wrocili do swietlicy. Hala wziela ksiazke i polozyla sie w fotelu przed magnetowideofonem. Stecenko pokrecil sie niesmialo obok niej, popatrzyl na Kozlowa i Zojke, ktorzy znow zasiedli do odrabiania zadan (Zojka studiowala na wydziale zaocznym Instytutu Energetyki, a Kozlow pomagal jej w nauce), westchnal gleboko i ruszyl wolniutko do swego pokoju. Potapow zwrocil sie do Gregora: — Twoj ruch. Twoja kolej.
Rozdzial 2
Awaria
Duzy meteoryt uderzyl prawdopodobnie w zwierciadlo, gdyz symetria rozkladu sily ciagu na powierzchni paraboloidu zostala gwaltownie zaklocona i „Tachmasibem” zakrecilo w kolo. W kabinie nawigacyjnej tylko kapitan Bykow nie stracil przytomnosci. Co prawda, uderzyl bolesnie o cos najpierw glowa, a potem bokiem i przez pewien czas zupelnie nie mogl zlapac tchu. Udalo mu sie jednak uczepic nogami i rekami fotela, na ktory rzucilo go przy pierwszym wstrzasie. Bykow chwytal sie wszystkiego co popadlo, podciagal sie i pelzl dopoty, az dobrnal w koncu do pulpitu sterowania. Wszystko wokol wirowalo z nieprawdopodobna szybkoscia. Skads z gory zwalil sie Zylin i przelecial obok z rozrzuconymi na boki rekami i nogami. Bykowowi wydalo sie, ze Zylin w ogole nie daje znaku zycia. Kapitan pochylil sie nad pulpitem sterowania i starannie mierzac nacisnal palcem potrzebny klawisz.
Nawigator cybernetyczny wlaczyl awaryjne silniki wodorowe i Bykow poczul wstrzas jak przy gwaltownym hamowaniu auta w pelnym biegu, tyle ze o wiele silniejszy. Kapitan byl na to przygotowany i z calych sil wparl sie nogami w podstawe pulpitu, dzieki czemu nie wylecial z fotela. Pociemnialo mu tylko w oczach i poczul, ze usta ma pelne drobniutkich odpryskow emalii z zebow. „Tach-masib” wyrownal kurs. Wowczas Bykow poprowadzil statek prosto przez chmure odlamkow kamieni i zelaza. Na ekranie ukladu kontrolnego raz po raz ukazywaly sie niebieskie rozblyski. Bylo ich wiele, bardzo wiele, ale statkiem juz nie rzucalo na boki — wylaczone urzadzenia przeciwmeteorytowe nie wplywaly juz na dzialanie nawigatora cybernetycznego. Bykow poprzez szum w uszach kilkakrotnie uslyszal przerazliwe pak-psz-sz-sz i za kazdym razem, gdy dosiegal go oblok lodowatej pary, wciagal