wlasnie wygladal pokoj mojej matki: mnostwo krepy i tiulu i rznietego szkla blyskajacego w przycmionym swietle, na toaletce rzedy buteleczek i sloikow, jak gdyby zamknieta w nich armia duchow wyczekiwala uwolnienia. Zaiste jest cos niezdrowego w takim nagromadzeniu slodyczy, na pol dotrzymana obietnica owocow zakazanych. Staralem sie nie patrzec, nie wachac.
Powitala mnie dosyc grzecznie. Zobaczylem ja tym razem wyrazniej: dlugie czarne wlosy skrecone w wezel, oczy tak ciemne, ze nie widac zrenic. Brwi idealnie proste, nadajace jej surowosc, ktorej przeczy, zartobliwa, bym powiedzial, linia jej ust. Dlonie kwadratowe, widac, ze sprawne. Nieumalowana, a przeciez ma w twarzy cos nieprzyzwoitego. Patrzy prosto w oczy, bez zenady, szacuje wzrokiem, zgola nietaktownie, no i ten jej ironiczny pol-usmieszek na ustach. Jest wysoka, za wysoka jak na kobiete, mojego wzrostu. Wyzywajaco unosi podbrodek, odchyla w tyl ramiona. Ma na sobie dluga kloszowa spodnice plomiennego koloru i obcisly czarny sweter. Kolory tak dobrane wygladaja niebezpiecznie jak waz albo jak zadlacy owad, sa ostrzezeniem dla wrogow.
A ona jest moim wrogiem. Wyczulem to natychmiast. Wyczulem jej wrogosc i podejrzliwosc, chociaz przez caly czas mowila glosem stonowanym i milym. Chyba zwabila mnie do siebie, aby mi uragac, chyba zna pewien sekret, ktorego nawet ja… Ale to nonsens. Co ona moze wiedziec? Co moze zrobic? To tylko przemawia moje poczucie ladu, urazone tak, jak sumiennego ogrodnika moglyby urazic mniszki rozpuszczajace nasiona na klombach. Mon pere, nasienie niezgody jest wszedzie. I rozsiewa sie. Rozsiewa.
Wiem. Zatracam perspektywe, niemniej musimy byc
czujni, ty, mon pere, i ja. Pamietasz Les Marauds i tych Cyganow, ktorych usunelismy z brzegow Tannes. Pamietasz, jak dlugo to trwalo, tyle bezowocnych miesiecy minelo na skargach i pisaniu listow, dopoki nie wzielismy tej sprawy w swoje rece. Pamietasz moje kazania? Odniosly skutek. Jedne po drugich zamykano drzwi przed tymi Cyganami. Niektorzy sklepikarze zaczeli wspolpracowac od razu. Pamietali Cyganow i te choroby, kradzieze, lajdactwa. Byli po naszej stronie. Przypominam sobie, ze musielismy wywierac nacisk na Narcisse'a, ktory typowo, jak to on, zaproponowal Cyganom zatrudnienie przez lato na jego polach. Ale wreszcie usunelismy stad wszystkich tych ponurych mezczyzn, ich kobiety – zuchwale kocmoluchy,
ich bose, plugawe dzieci, wychudle psy. Wyniesli sie i ochotnicy uprzatneli brudy, ktore po nich zostaly. Jedno nasienie mniszka, mon pere, wystarczy i oni beda tu z powrotem. Wiesz o tym, mon pere, rownie dobrze jak ja. Wiec-jesli ona jest owym nasieniem…
Rozmawialem wczoraj z Joline Drou. Otoz Anouk Ro-cher zaczela chodzic do naszej szkoly podstawowej. Aroganckie dziecko, czarnowlose po matce i bezczelnie wesolo usmiechniete. Joline mi powiedziala, ze jej synek Jean z innymi dziecmi bawil sie w jakas zabawe z mala Rocher na szkolnym boisku. Deprawujace to bylo, jak wnosze, jakies wrozenia czy takie tam bzdury, przy czym kosci i koraliki z torby rozlecialy sie po ziemi… Mowilem ci, mon pere, ze znam ten rodzaj ludzi. Joline kategorycznie zabronila Jeanowi bawic sie z nia kiedykolwiek znowu, lecz chlopiec jest uparty i tylko sie naburmuszyl. W tym wieku jedyne rozwiazanie to najsurowsza dyscyplina. Zaofiarowalem sie, ze sam przemowie mu do rozumu, ale matka sie nie zgodzila. Takie one sa, mon pere. Slabe. Slabe. Zastanawiam sie, ile z nich juz nie dotrzymuje postnego slubowania. Zastanawiam sie, ile z nich w ogole zamierzalo dotrzymac. Mnie osobiscie post oczyszcza. Widok wystawy rzeznika mnie przeraza; zapachy czuje intensywniejsze, tak ze miewam zawroty glowy. Rankiem powiew wypiekow z piekarni Poitou to wiecej, niz moge zniesc, zapach goracego tluszczu z rotisserie na placu des Beaux-Arta jest jak piorun z piekiel. Od tygodnia nie tknalem miesa ani ryb, ani jajek. Pozwalam sobie tylko na chleb, zupy, salatki i jedna szklaneczke wina w niedziele, jestem oczyszczony, mon pere, oczyszczony… Wszelako zaluje, ze nie moge zrobic nic wiecej. To nie jest cierpienie. To nie jest pokuta. Czasami czuje, ze gdybym tylko mogl im pokazac, dac wlasciwy przyklad, gdybym mogl byc na krzyzu krwawiacy, cierpiacy… Ta wiedzma Yoizin kpi sobie ze mnie, gdy przechodzi z koszykiem zakupow. Ona jedna w tej rodzinie poboznych zacnych parafian nie praktykuje, gardzi kosciolem. Usmiecha sie do mnie od ucha do ucha w kapeluszu slomkowym przywiazanym czerwonym szalikiem, gdy przechodzi noga za noga, stukajac laska w bruk… Znosze ja tylko ze wzgledu na jej podeszly wiek i prosbe rodziny. Uparcie nie chce sie leczyc, nie chce tez slow pociechy, mysli, ze bedzie zyc wiecznie. Ale ktoregos dnia sie zalamie. Oni zawsze sie zalamuja. I dam jej rozgrzeszenie z cala pokora. I zaplacze nad nia pomimo jej wielu zboczen, pychy i wyzywajacej bezczelnosci. Bede ja w koncu mial, mon pere, bo czyz nie bede mial ich wszystkich?
11
Czwartek, 20 lutego
Weszla oczekiwana przeze mnie. Plaszcz w szkocka krate, wlosy nietwarzowo sciagniete do tylu, rece czerwone, zwinne jak rece rewolwerowca. Josephine Muscat, kobieta z zapustow. Czekala, az wyjda moi stali klienci – Guillaume, Georges i Narcisse – po czym weszla, wkladajac rece do kieszeni, i usiadla niewygodnie na stolku przy ladzie.
– Czekolade poprosze – powiedziala do pustych szklanek, ktorych jeszcze nie zdazylam umyc…
– Prosze bardzo. – Nie zapytalam, jaka chce czekolade, tylko od razu podalam z wiorkami i chantilly, i dwie kawowe kremowki na talerzyku z boku.
Przez chwile patrzyla na to zmruzonymi oczami, po czym niepewnie ujela szklanke.
– Tamtego dnia – powiedziala niby niedbale – zapomnialam za cos zaplacic. – Ma dlugie palce stwardniale na czubkach, a przeciez dziwnie delikatne. I twarz teraz, kiedy jest spokojniejsza, nie tak bardzo przestraszona, ma Prawie ladna.
– Przepraszam. – Wyciagnela dziesiec frankow, polozyla na ladzie dosc wyzywajaco.
– Nie ma o czym mowic – powiedzialam niby obojetnie.
Spojrzala przeciagle, podejrzliwie, nie zobaczyla we mnie zlosliwosci, wiec odprezyla sie nieco.
– Dobre – pochwalila, popijajac czekolade. – Rzeczywiscie dobre.
– Sama robie – wyjasnilam – z likworu czekoladowego, zanim sie doda tluszczu, zeby zakrzepl. Wlasnie taka czekolade pili Aztecy przed wiekami.
Rzucila mi szybkie, znow podejrzliwe spojrzenie.
– Dziekuje pani za prezent – powiedziala po dlugiej chwili – migdaly w czekoladzie. Moje ulubione. -I nagle poplynely slowa w rozpaczliwym niezdarnym pospiechu. – Nigdy nie bralam rozmyslnie. Mowia o mnie, wiem. Ale ja nie kradne. One mowia – wygiela usta z pogarda gniewna, pelna nienawisci – ta lafirynda Clairmont i jej przyjaciolki od serca. Klamczuchy. – Znow na mnie spojrzala, na pol wyzywajaco. – Slyszalam, ze pani nie chodzi do kosciola. – Glos sie jej zalamal, zbyt donosny dla nas dwoch w tym malym sklepie.
Usmiechnelam sie.
– To prawda, nie chodze.
– W takim razie dlugo sie tu pani nie utrzyma – powiedziala tym samym tlukacym sie jak szklo donosnym glosem. – Wykurza pania stad tak jak kazdego, kto im nie w smak. Zobaczy pani. To wszystko – podrywajac reke, wskazala polki, bombonierki, ^wystawe z pieces montees -wiele nie pomoze. Slyszalam, wciaz slysze, co mowia.
– Ja tez – nalalam sobie ze srebrnego czajniczka czekolade do kubka, mala czarna jak espresso, i wzielam lyzeczke do czekolady, zeby zamieszac. – Ale ja nie musze sluchac – zaznaczylam lagodnie. Napilam sie. – Pani tez nie musi.
Josephine parsknela krotkim smiechem. W ciszy obracaly sie mysli pomiedzy nami. Przez piec sekund. Dziesiec.
– Mowia, ze pani jest czarownica. – Znow to slowo. Wyzywajaco wysunela podbrodek. – Jest pani?
Wzruszylam ramionami, popilam czekolade.
– Kto tak mowi?
– Joline Drou. Caroline Clairmont. Biblijne towarzystwo cure Reynauda. Slyszalam rozmowy przed kosciolem, pani corka opowiadala dzieciom cos o duchach. – W jej glosie brzmiala ciekawosc i ociagajaca sie pod ciekawoscia wrogosc, ktorej nie rozumialam. – O duchach! -To az huknelo.
Sledzilam wzrokiem spirale szarej mgielki na tle zoltego kubka.
– Myslalam, ze pani sie nie interesuje tym, co ci ludzie maja do powiedzenia – odparlam.
– Jestem ciekawa, – Znow to wyzwanie, tak jakby nie chciala wzbudzic sympatii. -I pani niedawno rozmawiala z Armande. Nikt nie rozmawia z Armande oprocz mnie.
Armande Yoizin. Staruszka z Les Marauds.
– Lubie ja – powiedzialam po prostu. – Dlaczego mialabym z nia nie rozmawiac?
Teraz wzburzona Josephine zacisnela piesci. Odpowiedziala glosem tlukacym sie jak zamarzniete szklo.
– Bo jest stuknieta, oto dlaczego! – Machnela wymownie piescia ku skroni. – Stuknieta. – Znizyla glos. – Cos pani powiem. Lansquenet rozdziela granica. – Stwardnialym czubkiem palca zademonstrowala na ladzie. – Jezeli sie te granice przekracza, jezeli sie nie chodzi do spowiedzi, jezeli sie nie szanuje swojego meza, jezeli sie nie gotuje trzech posilkow dziennie i nie siedzi sie przy ogniu, myslac o przyzwoitych rzeczach, i nie czeka sie, zeby maz wrocil do domu… jezeli sie nie… nie ma dzieci… i nie przynosi sie kwiatow na pogrzeby znajomych, i nie odkurza sie salonu odkurzaczem, i nie… przekopuje sie klombow!… – Urwala bez tchu zaczerwieniona z wysilku i z wscieklosci. – To sie ma bzika! – palnela. – Bzika! Jest sie nienormalna i ludzie… mowia… za plecami i… i… -Znow urwala, wyraz wzburzenia zniknal, jak gdyby spuscila sobie na twarz zaluzje, nagle przyczajona beznadziejnie, nic nieokazujaca. Patrzyla w okno wystawowe, ale nie wiedzialam, co tam za lsniaca szyba widzi.
– Przepraszam. Troche mnie ponioslo. – Przelknela resztke czekolady. – Nie powinnam z pania rozmawiac. Pani nie powinna rozmawiac ze mna. Juz i bez tego bedzie zle.
– Czy tak mowi Armande? – zapytalam.
– Musze isc. – Przycisnela piesc do dolka tym obronnym gestem, chyba charakterystycznym dla niej. – Musze isc.
I znow na jej twarzy malowal sie przestrach, z ustami rozdziawionymi w panice wydawala sie prawie wariatka… A przeciez ta gniewna udreczona kobieta mowila przed chwila ze wszech miar logicznie. Co… kogo zobaczyla za oknem? Kiedy wyszla z glowa pochylona i wysunieta, jak w sniezna zawieje, podbieglam do wystawy i popatrzylam. Nikt do niej nie podszedl. I nikogo w poblizu La Praline nie bylo. Tylko przy luku drzwi koscielnych stal Reynaud z jakims lysym, ktorego nie rozpoznalam. Obaj chyba patrzyli na moj sklep.
Reynaud? Czy Josephine jego tak sie boi? Do licha, moze on ostrzegl ja przede mna. Jednak wspomniala mi o nim z pogarda, nielekliwie. Lysy byl niski, ale barczysty; w koszuli w szachownice, z rekawami podwinietymi na blyszczacych czerwonych rekach i w malych okularach intelektualisty, dziwacznie sie gryzacych z topornymi rysami jego miesistej twarzy. Wydawal sie jakis wrogi calemu swiatu i raptem zdalam sobie sprawe, ze widzialam go juz przedtem. Z biala broda i w czerwonej szacie miotal slodycze w tlum. Na zapustnej paradzie. Swiety Mikolaj – ciskal cukierki, jak gdyby mial nadzieje, ze komus wybije oko. Przy wystawie stanela gromadka dzieci, zaslaniajac mi widok. Zdazylam tylko zrozumiec, dlaczego Josephine uciekla z takim pospiechem.