nieglebokie miejsca w przybrzeznej strefie wysp. Nie mialem ani pieniedzy, ani srodkow do badan glebin oceanu. A ci, co mieli pieniadze, nie wierzyli mi. Raz tylko udalo mi sie namowic pewnego Amerykanina do przeprowadzenia badan na duzej glebokosci.
Byl to rok 1914, lato. Przez kilka miesiecy dragowalismy dno w miejscu, gdzie powinno sie bylo znajdowac wielkie miasto Atlantow. Ale dragi wyciagaly tylko popiol wulkaniczny i kawalki porowatej lawy.
Amerykanin byl wsciekly. Grozil, ze wyrzuci mnie za burte, wreszcie wysadzil na pustynna rafe w zachodniej grupie Azorow. Spedzilem tam sam jak palec kilka tygodni i omal nie umarlem z glodu. Ale mimo wszystko duren wyswiadczyl mi wielka przysluge. Tam na tej rafie znalazlem w piasku laguny marmurowa dziewczeca reke, kawalek cudownego posagu jakiegos genialnego rzezbiarza Atlantydy. Widziales ja. Juz sobie ostrzylem zeby na tego osla, jaki to miazdzacy list napisze do niego po powrocie. Ale kiedy udalo mi sie wrocic na Madere, w Europie wrzala wojna. Atlantyda nie interesowala juz nawet historykow i pisarzy.
Przez dlugi czas nie moglem pojac przyczyn naszego niepowodzenia.
Wreszcie zrozumialem. Mialem kawalki bazaltu, ktore wyciagnela draga.
Kilka lat temu przeslalem jeden z nich do laboratorium w Cambridge. Tam okreslono absolutny wiek skaly. Rowne dwanascie tysiecy lat. Rozumiesz.
Zapadaniu sie Atlantydy towarzyszyly olbrzymie kataklizmy. Tak utrzymywal i Platon. Prawdopodobnie miasto, ktoregosmy szukali, lezalo przywalone warstwami popiolow wulkanicznych i potokami lawy.
Di Riveira zamilkl. Slonce zaszlo i nad naszymi glowami zablysly pierwsze gwiazdy. Wiatr robil sie coraz bardziej rzeski, coraz glosniej szelescily liscie palm.
— No, na mnie czas — rzekl starzec, wstajac od stolu. — Dziekuje za kolacje. Chyba wezme resztki pasztetu i chleb. Moj stary dozorca jest chory i nie wychodzi. Trzeba mu dac jesc.
Pospiesznie zawinal resztki kolacji w papierowe serwetki i schowal wszystko do kieszeni.
— Wiec jak ostatecznie bylo z tym Atlanta — zapytalem przy wyjsciu z kawiarni — skad wzial sie na brzegu… i jak zdolal pan sie z nim porozumiec?
— Nie poszlo latwo — odparl di Riveira. — Zanim zrozumielismy go, sprobowalismy z dziesieciu chyba jezykow. A gdy zrozumielismy, przydala sie moja greka. Jest troche podobna do jednego z jezykow Atlantydy. Aha… jeszcze jedno… Atlanci, najprawdopodobniej, posiadali wielki dar, ktorego brak ludziom dzisiejszym. Mam wrazenie, ze znali sztuke telepatii. Jeszcze w niejednym nas wyprzedzili.
— No, a sam Atlanta — upieralem sie — nie wynurzyl sie tez chyba z dna Atlantyku?
— Czy nie powiedzialem? — zmiarkowal sie starzec. — Oczywiscie, ze nie. Nawet nie wiedzial o istnieniu oceanu. On… Ale to bardzo dluga historia. Jestem zmeczony — potarl reka czolo. — W glowie mi sie kreci.
Czlowiek nieprzyzwyczajony. Kolacja za obfita dla mnie… I wino…
Sluchaj, wszystko jedno i tak nie mam komu przekazac mojej tajemnicy.
Moze ze mna umrzec. Was, Rosjan, zupelnie nie znam. Zreszta, przepraszam, znalem jednego i, zdaje sie, niezly byl chlopak. Wnioskujac z tego, jak wsciekle na was pluje wszelka holota… jestescie nie tacy jak wszyscy. Jesli sie zdecyduje, moze i zdradze wam, gdzie szukac… Ale nie teraz… Bywaj…
Zlapalem go za reke.
— A co z Atlanta?
— Po co ci on teraz? I tak juz wiesz wiecej niz inni.
— Chcialbym zrozumiec… zeby uwierzyc…
— Opowiem ci… Ale pozniej… Albo nie… Zreszta masz — wyciagnal z bocznej kieszeni pomiety zeszyt. — Po angielsku czytasz. Tu znajdziesz wszystko o nim. Tego nikt nie wie. Ale pamietaj, zes obiecal…
Wyciagnalem reke.
— Poczatek nie ma znaczenia, ostatnia strona tez — wymamrotal wyrywajac z zeszytu kilka kartek. — Reszte masz. Oddasz mi… przed odjazdem… Bywaj.
— Don Antonio — rzeklem sciskajac jego sucha, zimna reke. — Jesli pan mi wierzy, mnie i nam, wierzy pan, ze nikt z nas nie zakwestionuje panskiego pierwszenstwa. Nasz szkuner ma glebinowe traly i sprzet do pobierania probek z dna. Moge porozmawiac z kierownikiem ekspedycji, moge go przekonac. Za tydzien, poltora konczymy remont i podnosimy kotwice. Moze zgodzilby sie pan jechac z nami i wskazac miejsca badan.
Daje panu slowo…
Usmiechnal sie z gorycza.
— Trzeba bylo zarzucic kotwice u brzegow Madery chocby kilka lat wczesniej. Podroz morska juz nie dla mnie. Zreszta o tym potem… Potem.
Kiwnal glowa, ruszyl wolniutko w strone bulwaru i wkrotce zniknal w tlumie przechodniow.
Dopiero przed switem wrocilem na poklad. Kierownik obrugal mnie, zaniepokojony moja dluga nieobecnoscia. Pokrotce opowiedzialem mu, gdzie bylem i kogo poznalem, potem zszedlem do kajuty i wydobylem zeszyt starca.
Poczatkowo z trudnoscia odcyfrowywalem drobne paciorkowate pismo, wkrotce jednak wciagnalem sie i zaczalem czytac szybciej. Kiedy skonczylem ostatnia strone rekopisu, slonce stalo juz wysoko nad horyzontem. Jeszcze raz przeczytalem calosc i zlapawszy kilka kartek papieru, zabralem sie niecierpliwie do pisania przekladu. Przytaczam go w calosci.
… — zaproponowal Jacques. Ostroznie przenieslismy nieznajomego w cien i Jacques zaczal robic mu sztuczne oddychanie.
— Dziwne — rzekl wreszcie, opuszczajac bezwladne rece nieznajomego. — Wszystko wskazuje, ze wyrzucila go na brzeg burza, ktora szalala przez cala ostatnia noc. Ale stawiam swoja palete przeciw pudelku dzieciecych farbek, ze niedlugo przebywal w wodzie.
— Rob dalej swoje — poradzilem. — Oddycha rowniej, wyraznie slysze wolne uderzenia serca.
— Co za atleta — zachwycal sie Jacques podnoszac i opuszczajac rece nieznajomego. — Popatrz, jak zbudowany. Mielismy w Akademii Wlocha — pozowal nam do malowania rzymskich bogow. Klne sie na wszystkie moje obrazy, te co juz namalowalem i te co namaluje, przy tym czlowieku wygladalby jak chuchro. Jak myslisz, ile on ma lat? Gdyby nie ta sniezna siwizna, powiedzialbym, ze nieduzo, troche starszy od ciebie czy mnie.
— Nie, na pewno duzo starszy — zaoponowalem. — Spojrz na jego twarz.
— Twarz spiacego greckiego boga — rzekl Jacques — spiacy Apollo.
Widzialem ten posag w zeszlym roku w Atenach.
— Pst… jakby sie poruszyl.
— Rozetrzyj mu skronie — rzucil Jacques, masujac szeroka piers nieznajomego.
Odgarnalem ze skroni dlugie biale wlosy i znalazlem lekka zlota obrecz scisle opasujaca glowe.
— Spojrz, Jacques!
— Dziwna ozdoba. I taki sam wzor jak na plaszczu. Znaczy, ze byl to jego plaszcz.
— Bez watpienia.
— Moze to aktor… w czasie widowiska zmyla go fala z pokladu?
— Zaraz sie dowiemy. Wraca do siebie. Nieznajomy poruszyl sie, rzesy mu drgnely.
Rzecz dziwna, w tejze chwili pociemnialo mi w oczach i wyraznie ujrzalem niezglebiona czern nieba usiana niewiarygodnie jasnymi gwiazdami. Wsrod gwiazd wisialo strzepiaste, oslepiajaco jaskrawe fiolkowobiale slonce. Potrzasnalem glowa i wszystko nagle utonelo w bialej mlecznej mgle. Mialem wrazenie, ze lece w jakas przepasc bez dna.
Wszystko to trwalo kilka sekund. Kiedy przyszedlem do siebie i rozejrzalem sie, dostrzeglem, ze Jacques trze sobie czolo.
— Co ci jest? — spytalem go szeptem.
— Nie wiem. W glowie mi sie zakrecilo… Patrz, oprzytomnial.
Oczy nieznajomego wpatrywaly sie we mnie i Jacques’a.
— Niezmiernie sie ciesze, ze czuje sie pan lepiej — rzekl szybko Jacques, uprzejmie uchylajac