Bylem niemile zaskoczony, gdy sie zorientowalem, ze drzwi, ktore wedlug wszelkiego prawdopodobienstwa prowadzily do biura Towarzystwa Kraftstudta, stanowily jednoczesnie wejscie do „przybytku medrcow”. „Czy Kraftstudt aby nie zaangazowal wariatow do wykonywania wszelkiego rodzaju prac matematycznych?” — pomyslalem sobie i usmiechnalem sie.

Podszedlem do drzwi i nacisnalem guzik dzwonka. Czekalem dlugo, chyba z piec minut. Wreszcie drzwi sie otworzyly. Ukazal sie w nich mlody czlowiek o bladej twarzy i zjezonych gestych wlosach, mruzac oczy porazone swiatlem dziennym.

— Slucham pana? — zwrocil sie do mnie.

— Czy tu sie miesci Towarzystwo Matematyczne Kraftstudta? — zapytalem.

— Tak.

— Panowie dawali ogloszenie w gazecie…

— Tak.

— Przynioslem zamowienie.

— Prosze, niech pan pozwoli.

Zwrocilem sie do kierowcy, powiedzialem, zeby zaczekal, i pochylajac sie wszedlem do srodka. Gdy zamknely sie za mna drzwi, znalazlem sie w zupelnych ciemnosciach.

— Prosze, niech pan pozwoli za mna. Ostroznie, tu schodki. Teraz na lewo. Znow schodki. Teraz pojdziemy w gore…

Mowiac to, moj przewodnik prowadzil mnie za reke przez ciemne, krete korytarze, schodami to w dol, to w gore…

Wreszcie nad glowa zajasnialo przycmione zoltawe swiatlo; wspiawszy sie po stromych kamiennych schodach Znalazlem sie w niewielkim hallu z oszklona przegroda. Mlody czlowiek szybko wszedl za przepierzenie, otworzyl szerokie okienko i zwrocil sie do mnie:

— Slucham pana.

Mialem uczucie, jakbym trafil nie tu, gdzie trzeba. Ten polmrok, ten podziemny labirynt i wreszcie ten gluchy pokoj, bez okien, z jedna jedyna slabiutka zarowka pod sufitem — to wszystko w zaden sposob nie kojarzylo mi sie z nowoczesnym osrodkiem obliczeniowym.

Stalem, ogladajac sie z niedowierzaniem wokol.

— Slucham pana — powtorzyl mlody czlowiek, wychylajac sie przez okienko.

— Ach, tak! A wiec to tu miesci sie osrodek obliczeniowy Towarzystwa Kraftstudta?

— Tak, tak — przerwal mi z nuta zniecierpliwienia w glosie. — Mowilem juz panu, ze tutaj. O co chodzi w panskim zamowieniu?

Wyciagnalem z kieszeni kartke z zapisem rownan i podalem mu przez okienko.

— To jest przyblizenie liniowe tych oto rownan, podane w pochodnych czastkowych — zaczalem wyjasniac niepewnym glosem. — Chcialbym, zeby panowie rozwiazali mi je cyfrowo, przynajmniej na granicy dwoch osrodkow… Rozumie pan, to jest rownanie dyspersji i tutaj szybkosc rozchodzenia sie fal radiowych jest zmienna w kazdym punkcie.

Mlody czlowiek zmial w dloni moja kartke i zwrocil sie do mnie nieoczekiwanie.

— Wszystko jasne. Na kiedy potrzebne jest panu rozwiazanie?

— Jak to na kiedy? — zdziwilem sie. — To panowie powinni mi powiedziec, kiedy otrzymam wynik.

— Jutro. Odpowiada panu? — zapytal, zwrociwszy na mnie czarne oczy o glebokim spojrzeniu.

— Jutro?!

— Tak, jutro. Powiedzmy, na godzine dwunasta.

— Boze, coz za maszyne panowie maja?! Tak szybko pracuje?

— Wiec tak, jutro o dwunastej otrzyma pan rozwiazanie. Cena — czterysta marek. Oplata gotowka.

Bez slowa podalem mu pieniadze i wizytowke, na ktorej widnialo moje nazwisko oraz adres.

Prowadzac mnie przez podziemny labirynt do wyjscia, mlody czlowiek zapytal:

— Ach, wiec to pan jest profesorem Rauchem?

— Tak, owszem. A dlaczego pan pyta?

— Kiedy organizowalismy osrodek obliczeniowy, przypuszczalismy, ze wczesniej czy pozniej zjawi sie pan u nas.

— Dlaczego panowie tak sadzili? — zapytalem.

— A od kogoz jeszcze mozna spodziewac sie zlecen w tej dziurze?

Odpowiedz wydala mi sie calkiem przekonujaca.

Nie zdazylem sie nawet pozegnac z mlodym czlowiekiem, gdy drzwi sie za mna zatrzasnely.

W drodze powrotnej przez caly czas myslalem o tym dziwnym osrodku obliczeniowym, ktory znajdowal sie pod wspolnym dachem z „przybytkiem medrcow”. Gdzie i kiedy spotkalem sie z nazwiskiem Kraftstudta?

Nazajutrz z niecierpliwoscia oczekiwalem porannej poczty.

Gdy o godzinie pol do dwunastej rozlegl sie przy drzwiach dzwonek, zerwalem sie z miejsca i ruszylem, by otworzyc listonoszowi. Ku swemu zdumieniu ujrzalem przed soba chudziutka, blada dziewczynke, trzymajaca w rekach wielka niebieska koperte.

— Czy pan profesor Rauch? — zapytala.

— Tak.

— Przynioslam przesylke od Kraftstudta. Prosze o pokwitowanie.

Cieniutkie jej raczki grzebaly chwile w kieszeniach palta, po czym dziewczynka podala mi ksiazke.

Na pierwszej kartce ksiazki, ktora mi wreczyla, widnialo jedno jedyne nazwisko — moje. Pokwitowalem i chcialem jej dac pare fenigow.

— O, co pan — zarumienila sie i baknawszy cichutko „do widzenia”, ulotnila sie.

Z koperta w reku wrocilem do gabinetu. Patrzac na fotokopie gesto zapisanego rekopisu, z poczatku nie moglem nic zrozumiec. Po elektronowej matematycznej maszynie cyfrowej spodziewalem sie czegos wrecz innego: dlugich kolumienek cyfr, w ktorych po jednej stronie powinny widniec wartosci argumentow, po drugiej zas — wartosci rozwiazania rownan.

To, co mialem przed soba, w niczym tego nie przypominalo. Bylo to dokladne i kompletne rozwiazanie moich rownan!

Przebieglem oczami kartke po kartce, coraz bardziej zaglebiajac sie w scisle i zdumiewajace swa doskonaloscia, jasnoscia i pomyslowoscia obliczenia. Czlowiek, ktory rozwiazywal rownania, dysponowal imponujaca wiedza matematyczna… Mogliby mu jej pozazdroscic najtezsi matematycy. Rozwiazania dokonano w oparciu o prawie wszystkie dziedziny matematyki: teorie rownan rozniczkowych i calkowych, liniowych i nieliniowych, teorie funkcji zmiennej zespolonej, teorie grup, teorie mnogosci — a nawet o takie dzialy matematyczne, zdawaloby sie, nie majace blizszego zwiazku z tym konkretnym problemem, jak topologia, teoria liczb oraz logika matematyczna.

Omal nie krzyknalem z podziwu, gdy w wyniku uogolnienia wielkiej ilosci twierdzen, rozwiazan szczegolnych, wzorow i rownan, pojawilo sie wreszcie i samo rozwiazanie, ktorego zapis matematyczny zajmowal cale trzy wiersze.

Najbardziej jednak fantastyczne bylo to, ze nieznany matematyk postaral sie rowniez nadac owej tasiemcowej formule zapis przejrzysty.

Znalazl on przyblizona, lecz bardzo przy tym scisla, krotka i prosta forme zapisu matematycznego, skladajacego sie z samych tylko elementarnych wyrazen algebraicznych i trygonometrycznych.

Na koncu, na niewielkiej wklejce, rozwiazanie rownan zostalo przedstawione w formie graficznej.

Niczego wiecej nie mozna bylo sobie zyczyc. Rownanie, ktore jak sadzilem nie da sie przedstawic w postaci skonczonej, zostalo rozwiazane.

Ochlonawszy z pierwszego zdziwienia i zachwytu, zabralem sie ponownie do dokladniejszego studiowania fotokopii. Tym razem zauwazylem, ze czlowiek, ktory rozwiazywal moje zadanie, pisal goraczkowo, drobniutkim pismem, jakby chcac zaoszczedzic kazdy milimetr papieru i kazda sekunde czasu. Calosc stanowila dwadziescia osiem stron i wyobrazilem sobie, jak tytaniczna musiala byc praca owego matematyka. Prosze sprobowac napisac wlasnorecznie w ciagu jednej doby list do kogos ze znajomych o objetosci dwudziestu osmiu stron albo zapelnic dwadziescia osiem stron wlasnego zyciorysu, lub wreszcie sprobowac z jakiejkolwiek badz ksiazki, w sposob zupelnie mechaniczny, bez zwracania uwagi na sens slow, po prostu zwyczajnie przepisac dwadziescia osiem stron, a przekonacie sie, ze to piekielna praca.

Вы читаете Ostatni z Atlantydy
Добавить отзыв
ВСЕ ОТЗЫВЫ О КНИГЕ В ИЗБРАННОЕ

0

Вы можете отметить интересные вам фрагменты текста, которые будут доступны по уникальной ссылке в адресной строке браузера.

Отметить Добавить цитату