A nie byl to przeciez list do znajomego ani tez przepisany fragment starego romansu. Bylo to rozwiazanie niezwykle skomplikowanego zagadnienia matematycznego i pomyslec — dokonano tego w ciagu jednej doby! Przez kilka godzin bez przerwy wlepialem oczy w zapisane kartki i z kazda godzina coraz bardziej roslo moje zdumienie.
Gdzie Kraftstudt wynalazl takiego matematyka? Na jakich warunkach pracuje u niego? Co to za jeden? Chyba jakis nieznany geniusz? A moze to jeden z tych przypadkow cudu natury ludzkiej, ktore spotyka sie czasem na granicy normalnosci i oblakania? Moze to jeden z takich unikatow, ktorego udalo sie Kraftstudtowi wynalezc w „przybytku medrcow”?
Historia zna wypadki, gdy genialni matematycy trafiali w koncu do szpitali psychiatrycznych. Moze matematyk, ktory tak wspaniale rozwiazal moje zadanie, nalezy rowniez do tej kategorii ludzi?
Takie oto pytania przesladowaly mnie przez caly dzien.
Mimo wszystko fakt pozostawal faktem. Zadanie rozwiazala nie maszyna, lecz czlowiek — jakis niebywaly geniusz matematyki, o ktorym swiat nic nie wie.
Nastepnego dnia, ochlonawszy nieco z wrazenia, jeszcze raz przestudiowalem rozwiazanie, tym razem rozkoszujac sie nim, jak potrafia sie rozkoszowac ludzie sluchajacy dobrej muzyki. Bylo ono tak niezrownane, tak scisle, tak przejrzyste, ze postanowilem… powtorzyc eksperyment i zlecic Towarzystwu Kraftstudta rozwiazanie jeszcze jednego zadania.
Na szczescie nie zbywalo mi na nich; wybralem rownanie, ktorego rozwiazanie uwazalem zawsze za absolutnie beznadziejne, i to nie tylko w postaci skonczonej; uwazalem za niemozliwe nawet sprowadzenie go do postaci potrzebnej, by podac je do rozwiazania maszynie matematycznej.
Rownanie to takze dotyczylo teorii rozchodzenia sie fal radiowych, ale tym razem zagadnienie bylo specyficzne i wyjatkowo skomplikowane, ze zrodlami ruchomymi w osrodku, ktorego wlasciwosci podlegaja zmianom w czasie i w przestrzeni. Bylo to jedno z owych rownan, ktore teoretycy fizyki wypisuja po to jedynie, by sie nimi podelektowac, a potem puscic w niepamiec, bo i tak sa zbyt skomplikowane, by mogly sie przydac komus w praktyce…
Gdy rozwarly sie drzwi w scianie z czerwonej cegly, przywital mnie znow ten sam mlody czlowiek. Ujrzawszy mnie usmiechnal sie tajemniczo.
— Mam jeszcze jedno zadanie… — zaczalem.
Kiwnal glowa i tak jak za pierwszym razem poprowadzil mnie przez ciemne korytarze do swej mrocznej poczekalni bez okien.
Znalem juz procedure, podszedlem do okienka i podalem mu kartke z rownaniem.
— To u panow nie maszyny licza?
— Jak pan widzi — odrzekl, nie odrywajac oczu od kartki.
— Czlowiek, ktory rozwiazal moje pierwsze zadanie to wielki talent matematyczny — rzeklem.
Mlody czlowiek nie odpowiedzial nic, zaglebiony w czytaniu rekopisu.
— Jednego maja go panowie czy tez kilku? — zapytalem.
— A czy to ma cos wspolnego z tym, czego pan potrzebuje? Firma daje gwarancje…
Nie zdazyl dokonczyc zdania. Gleboka cisze podziemi rozdarlo przerazliwe, nieludzkie wycie. Przebiegl mnie dreszcz i zaczalem nasluchiwac. Krzyk dochodzil skads zza sciany. Ktos krzyczal, a wlasciwie wydzieral sie na cale gardlo, jakby go tam poddawano nieludzkim torturom. Mlody czlowiek zmial kartke z moim zadaniem, umknal spojrzeniem w bok, potem spojrzal na mnie i wybiegajac zza przegrodki zlapal mnie za reke i pociagnal ku wyjsciu.
— Co to bylo? — zapytalem go, ledwie lapiac oddech, juz przy samych drzwiach na ulice.
Zamiast odpowiedzi wypalil:
— Rozwiazanie otrzyma pan pojutrze o dwunastej. Pieniadze prosze przekazac goncowi.
Po tych slowach zniknal — zostalem sam przed taksowka.
Czyz musze mowic, ze po tym wypadku stracilem do reszty spokoj? Po pierwsze, nie moglem ani przez chwile zapomniec przerazajacego krzyku, ktory, zdawalo sie, wstrzasnal grubymi murami osrodka obliczeniowego Towarzystwa Kraftstudta. Po wtore, wciaz jeszcze znajdowalem sie pod wrazeniem tego, ze to jeden czlowiek w ciagu jednej doby rozwiazal tak trudne zadanie matematyczne. A po trzecie, jak w goraczce oczekiwalem na rozwiazanie mojego drugiego zadania. Jesli i ono zostanie rozwiazane, to wowczas…
W dwa dni pozniej rekami drzacymi z podniecenia odbieralem koperte, przyniesiona przez gonca Towarzystwa Kraftstudta. Z jej objetosci moglem wnosic, ze znajduje sie tam jednak rozwiazanie tego niezwykle skomplikowanego zadania matematycznego. Z pewnym niepokojem spogladalem na chudziutka istotke stojaca przede mna. Nagle olsnila mnie mysl.
— Prosze wejsc, juz przynosze pieniadze.
— Nie, nie trzeba — dziewczynka poruszyla sie jakby strwozona — zaczekam tutaj…
— Alez, prosze wejsc, po co ma pani marznac — rzeklem i prawie sila wciagnalem ja do pokoju. — Musze przejrzec prace i zobaczyc, czy warta jest, by za nia placic.
Dziewczynka przywarla plecami do drzwi i spogladala na mnie otwartymi szeroko oczami…
— To zabronione… — wyszeptala.
— Co zabronione?
— Wchodzic do domu klientow… Dostalam taka instrukcje, prosze pana.
— Niech pani machnie reka na te instrukcje. Ja tu jestem gospodarzem i nikt sie nie dowie, ze wstepowala pani do mnie.
— O, prosze pana… Oni o wszystkim sie dowiedza, a wtedy…
— Co wtedy? — zapytalem, podchodzac do niej.
— O, to straszne…
Nagle pochylila glowe i rozplakala sie. Polozylem reke na jej ramieniu, w tym momencie wzdrygnela sie gwaltownie i wyskoczyla za drzwi.
— Prosze natychmiast o siedemset marek, musze juz isc — wyrzekla glosem drzacym, ale pelnym stanowczosci.
Podalem jej pieniadze, wyrwala mi je z rak i umknela.
Gdy otworzylem koperte, omal nie krzyknalem ze zdumienia. Przez dluzsza chwile patrzylem na stosik fotokopii nie wierzac wlasnym oczom.
Najbardziej zdumialo mnie to, ze wyliczenia byly pisane innym charakterem pisma.
Drugi genialny matematyk! Ten wszakze byl jeszcze bardziej genialny niz pierwszy, gdyz na piecdziesieciu trzech arkuszach papieru rozwiazal rownania po stokroc trudniejsze niz poprzednie. Przebiegajac wzrokiem kartki, wypelnione energicznym, zamaszystym pismem, wpatrujac sie w calki, sumy, wariacje i inne wzory z najtrudniejszych dziedzin nauk matematycznych, pomyslalem sobie w pewnym momencie, ze znalazlem sie oto w jakims nie znanym mi dziwnym swiecie matematyki, w ktorym wszelkie trudnosci utracily znaczenie. Jakby po prostu nigdy nie istnialy.
Wydawac sie moglo, ze matematyk, ktory rozwiazal moje drugie zadanie, nie mial zadnych watpliwosci, tak samo jak my, gdy dodajemy lub odejmujemy w slupku dwucyfrowe liczby.
Kilkakrotnie przerywalem czytanie rekopisu, by zajrzec do podrecznikow matematyki. Zdumiewala mnie sprawnosc, z jaka nie znany mi matematyk poslugiwal sie najbardziej skomplikowanymi twierdzeniami i tematami. Logika jego byla wprost niewiarogodna, glebia mysli nieogarniona, a metoda rozwiazania nie nasuwala zadnych zastrzezen.
Gdyby najgenialniejsi matematycy wszystkich czasow i narodow, tacy jak: Newton, Leibniz, Gauss, Euler, Lobaczewski, Weierstrass, Hilbert i wielu innych, mogli widziec, jak rozwiazano to zadanie, byliby bez watpienia nie mniej ode mnie zdumieni.
Po przestudiowaniu rekopisu, calkiem oszolomiony i z zachwianym poczuciem rzeczywistosci, pograzylem sie w myslach. „Skad Kraftstudt wzial takich matematykow?” — Teraz bylem juz pewien, ze mial ich nie dwoch i nie trzech, lecz z pewnoscia cala grupe.
Nie mogl przeciez zakladac powaznego osrodka obliczeniowego zatrudniajac tylko dwie czy trzy osoby. Jak mu sie to udalo? Dlaczego firma miesci sie w tym samym gmachu, co dom wariatow? Kto i dlaczego krzyczal tak nieludzko tam za sciana? „Kraftstudt, Kraftstudt…” — nazwisko to gdzies i kiedys uslyszane chodzilo mi po glowie, dreczylo mnie. Ale gdzie i kiedy? Kto sie ukrywa za tym nazwiskiem? Chodzilem po gabinecie, sciskalem glowe