rekami i usilowalem przypomniec sobie, co wiedzialem o Kraftstudcie.

Potem znow zasiadlem do genialnego manuskryptu, rozkoszujac sie jego trescia, studiujac wszystko oddzielnie i po kolei, zaglebiajac sie w tok dowodzenia poszczegolnych twierdzen i wyprowadzenia wzorow. Nagle zerwalem sie na rowne nogi. Teraz bowiem przypomnial mi sie przerazliwy, nieludzki krzyk rownoczesnie z nazwiskiem Kraftstudta.

Skojarzenie to nie bylo przypadkowe. Inaczej zreszta byc nie moglo.

Tak wlasnie — nieludzki krzyk kogos katowanego i Kraftstudt! Oba te elementy tworzyly nierozlaczna calosc. W czasie drugiej wojny swiatowej niejaki Kraftstudt byl oficerem sledczym w hitlerowskim obozie koncentracyjnym w Grazu. Po wojnie stanal przed sadem. Za katowanie i mordowanie ludzi zostal skazany na dozywotnie wiezienie. Od tamtej chwili wszelki sluch o nim zaginal.

Przypomnialem sobie opublikowane we wszystkich gazetach zdjecie tego czlowieka w mundurze obersturmfuhrera SS, w pince-nez, o oczach szeroko otwartych, nawet jakby zdziwionych, i otylej twarzy. Trudno bylo uwierzyc, ze czlowiek o takiej fizjonomii mogl byc oprawca w hitlerowskich katowniach. Jednakze, rownoczesnie ze zdjeciem, podawano szczegolowe zeznania swiadkow i wyniki sledztwa. Tak, Kraftstudt rzeczywiscie byl oprawca.

Co sie z nim stalo po procesie? Czy aby go teraz nie zwolniono, tak jak wielu innych zbrodniarzy?

Ale co on moze miec wspolnego z matematyka? Gdziez tu jakis logiczny zwiazek: oprawca z obozow i genialne rozwiazywanie rownan rozniczkowych i calkowych?

W tym miejscu nic moich rozwazan rwala sie i wiedzialem, ze nie potrafie powiazac tych dwu ogniw. Cos sie tu nie zgadzalo, kryla sie w tym jakas tajemnica, ktorej nie bylem w stanie wyjasnic za pomoca czysto abstrakcyjnego rozumowania.

Nie wiem, jak dlugo lamalem sobie nad tym glowe i probowalem sprowadzac do wspolnego mianownika wszystkie te elementy — Kraftstudta, „przybytek medrcow” i grupe genialnych matematykow — i w zaden sposob to mi sie nie udawalo. W dodatku jeszcze ta dziewczynka, ktora oswiadczyla, ze „oni i tak sie o wszystkim dowiedza…” Jakaz byla bojazliwa i wylekniona!

Po kilku dniach dreczacych rozmyslan doszedlem do przekonania, ze jesli nie wyjasnie tej tajemnicy, to calkiem mi sie w glowie pomiesza.

Przede wszystkim postanowilem sie przekonac, czy Kraftstudt z osrodka matematycznego i Kraftstudt, zbrodniarz wojenny, to jedna i ta sama postac.

Kiedy stanalem po raz trzeci przed niskimi drzwiami, wiodacymi do firmy Kraftstudta, poczulem, ze teraz musi sie stac cos takiego, co odegra zasadnicza role w calym moim zyciu. Nie wiem czemu, ale zwolnilem taksowke i dopiero gdy auto skrylo sie za zakretem, zadzwonilem do drzwi.

Odnioslem wrazenie, jak gdyby mlody czlowiek o zamknietej, prawie starczej twarzy, oczekiwal mnie. Od razu wzial mnie za reke i nie pytajac o nic poprowadzil przez ciemne podziemia do tej samej poczekalni, w ktorej bylem juz dwukrotnie.

— A wiec, z czym pan znow przychodzi? — zapytal impertynencko.

— Chcialbym widziec sie osobiscie z panem Kraftstudtem — baknalem.

— Czy ma pan jakies pretensje do firmy, panie profesorze? — spytal.

— Chcialbym widziec sie z panem Kraftstudtem — powtorzylem, starajac sie nie patrzec w jego wielkie czarne oczy, ktore mialy w tej chwili zly i uragliwy wyraz.

— To panska sprawa. Mnie to malo obchodzi — rzekl, gdy wytrzymalem trwajace dluzsza chwile spojrzenie jego badawczych oczu.

— Prosze poczekac tutaj.

Po czym znikl w jakichs drzwiach za oszklona przegroda i nie bylo go przeszlo pol godziny.

Zdrzemnalem sie juz prawie, gdy poslyszalem szmer w koncu sali i w polmroku ukazala sie postac czlowieka w bialym fartuchu ze stetoskopem w rekach. „Doktor — pomyslalem sobie. — Zaraz zacznie mnie badac i osluchiwac. Czyz musze przejsc przez to, zanim zobacze sie z panem Kraftstudtem?”

— Pan pozwoli — rzekl doktor uprzejmie. Ruszylem za nim, nie majac zielonego pojecia o tym, co za chwile stanie sie ze mna i jakie konsekwencje moga wyniknac z tego mojego pomyslu.

Minawszy drzwi w oszklonej przegrodzie, pospieszylem za czlowiekiem w bialym fartuchu. Szlismy dlugim korytarzem, do ktorego skads z gory przenikalo swiatlo dnia. Korytarz konczyl sie wielkimi, masywnymi drzwiami. Doktor zatrzymal sie.

— Prosze tu zaczekac. Zaraz zostanie pan przyjety przez Kraftstudta.

Doktor zjawil sie znowu po pieciu minutach. Szeroko otworzyl drzwi i przez chwile widzialem ciemny zarys jego sylwetki w promieniach wpadajacego tu swiatla dziennego.

— No coz, chodzmy — rzekl glosem czlowieka, ktory zaluje tego, co ma za chwile nastapic.

Poslusznie ruszylem za nim. Gdy weszlismy do przestronnego jasnego pokoju o wielkich oknach, mimo woli przymknalem oczy. Z odretwienia wyrwal mnie ostry glos:

— Prosze blizej, profesorze Rauch.

Odwrocilem sie w prawo i zobaczylem Kraftstudta, tego samego Kraftstudta, ktorego znalem z licznych zdjec w gazetach.

— Zdaje sie, ze pragnal pan widziec sie ze mna — zapytal bez przywitania, nie wstajac zza biurka. — Czym moge sluzyc?

Szybko wzialem sie w garsc i przelknawszy sline podszedlem az do samego biurka, przy ktorym siedzial.

— Ach, wiec zmienil pan rodzaj zajec? — spytalem, patrzac mu prosto w twarz. W porownaniu z tym, jakim byl pietnascie lat temu, postarzal sie wyraznie, na twarzy, na ostro zarysowanych kosciach policzkowych pojawily sie grube, zwiedle faldy.

— Co pan ma na mysli, profesorze? — rzucil pytanie, patrzac na mnie i bacznie mnie obserwujac.

— Ja, panie Kraftstudt, sadzilem, a scislej mowiac, mialem nadzieje, ze pan wciaz jeszcze…

— Ach, o to chodzi!

I Kraftstudt rozesmial sie na caly glos.

— Inne czasy, Rauch. Inne… Co pana sprowadza do mnie, profesorze?

— Panie Kraftstudt, jak moze sie pan domyslac, znam sie cos niecos na matematyce. Mam na mysli oczywiscie matematyke wspolczesna.

Sadzilem wiec z poczatku, ze zorganizowal pan normalny osrodek obliczeniowy, wyposazony w elektronowe maszyny. Jednakze juz dwukrotnie przekonalem sie, ze tak nie jest. W panskim osrodku zadania matematyczne rozwiazuja ludzie. Rozwiazuja je wprost genialnie. A co najdziwniejsze — zdumiewajaco szybko, nadludzko szybko. Ja, jesli pan pozwoli, osmielilem sie przyjsc do pana, zeby zapoznac sie z panskimi matematykami, ktorzy naturalnie sa ludzmi nieprzecietnymi.

Kraftstudt poczatkowo skrzywil twarz w usmiechu, a potem zaczal smiac sie, najpierw cicho, pozniej coraz glosniej i glosniej.

— Czego pan sie tak smieje, panie Kraftstudt? — obruszylem sie. — Przeciez kazdy czlowiek o zdrowych zmyslach musialby popasc w zdumienie, zaznajomiwszy sie z tymi rozwiazaniami rownan, jakie przekazala do mojej dyspozycji panska firma!

— Smieje sie z czego innego, Rauch. Smieje sie z tego, ze jest pan ograniczony i naiwny jak prowincjusz. Smieje sie z tego, ze pan, profesorze, czlowiek ogolnie szanowany w miescie, zawsze wprawiajacy wszystkich w podziw swa uczonoscia, tak beznadziejnie nie nadaza za gwaltownym postepem wspolczesnej nauki!

Oburzyla mnie bezczelnosc bylego hitlerowskiego oprawcy.

— Prosze sluchac! — zawolalem. — Zaledwie pietnascie lat temu specjalnoscia pana bylo torturowanie niewinnych ludzi rozpalonym zelazem. Jakie ma pan dzis prawo wymadrzac sie na temat nauki wspolczesnej? Jesli chce pan wiedziec, Kraftstudt, przyszedlem, by sie przekonac, jakimi metodami zmusza pan swoich podwladnych, wielce utalentowanych ludzi, do wykonania w ciagu jednej doby pracy, ktorej podolac moglby tylko czlowiek genialny i to w ciagu paru lat. Przekonac sie i powiadomic o tym wszystkich.

Kraftstudt podniosl sie z krzesla i nasepiwszy brwi podszedl do mnie.

— Niech pan slucha, Rauch. Radzilbym panu nie wyprowadzac mnie z rownowagi. Wiedzialem, ze zglosi sie pan do mnie wczesniej czy pozniej.

Вы читаете Ostatni z Atlantydy
Добавить отзыв
ВСЕ ОТЗЫВЫ О КНИГЕ В ОБРАНЕ

0

Вы можете отметить интересные вам фрагменты текста, которые будут доступны по уникальной ссылке в адресной строке браузера.

Отметить Добавить цитату