Potem lacznosc urwala sie. Domyslilismy sie, ze Centralne Obserwatorium Atlantydy zostalo zniszczone.

Nieznajomy zamilkl, jego glowa bezsilnie opadla na piers.

— Co ci powiedzial? — zapytal Jacques, ciagnac mnie za rekaw.

— Cicho badz, znow wraca do przytomnosci.

Nieznajomy z wolna rozwarl powieki. Powiodl dokola oczyma — potem znow wpatrzyl sie w ocean.

— Trace sily — wyszeptal. — To juz ostatnie chwile. Sluchajcie mnie, nowi ludzie Ziemi. Starajcie sie zrozumiec i zapamietac moje slowa. Nie wiem, jaki poziom osiagnely wasze nauki. Ale jesli nauka Atlantow zginela razem z nimi, jesli zaczynaliscie wszystko od nowa, pamietajcie…

w swiecie wokol was, w najprostszych cialach kryja sie olbrzymie zasoby energii. Jesli ja nieostroznie wyzwolicie, czeka was los Atlantow. Badzcie rozsadni.

Jego glos zadrzal i urwal sie…

— W czym mozesz nam pomoc? — zapytalem, odgarniajac mu wlosy opadle na twarz.

— W niczym. Nade mna smierc… Moi towarzysze pomarli w drodze, pochowalem ich w Kosmosie. Sam jeden wrocilem na Ziemie. Chcialem za wszelka cene zobaczyc ojczyzne, nie wiedzialem, ze zostala z niej tylko… legenda.

— Twoja ojczyzna jest cala Ziemia. Masz ja przed soba.

— Dziekuje ci, nowy czlowieku Ziemi. Kto wie, moze masz racje. I z ta mysla lzej mi umierac. Nie ma nic gorszego nad samotnosc. Wreszcie pochowalem i Anar, moja wierna przyjaciolke, wiecznie mloda towarzyszke.

Na usta cisnelo mi sie wciaz jedno pytanie. Zadalem je, ledwie Atlantyda umilkl.

— Czy dotarles wreszcie z przyjaciolmi na Assar?

Na jego wargach pojawil sie pelen nieopisanej goryczy usmiech.

— Niestety, lepiej by nam bylo nie dotrzec. Tam martwe piaski zasypuja ruiny martwych miast. Martwe sa morza, bo zginelo w nich zycie, a nawet powietrze przesycone jest zabojczym promieniowaniem. Nie wiedzielismy… i zaplacilismy za to. Naszym przodkom, ktorzy zamieszkiwali martwa planete, nie starczylo w pewnej strasznej chwili rozsadku. W bezmyslnej okrutnej wojnie zniszczyli nawzajem i siebie, i wszystko, co zylo.

Kiedy zrozumielismy to, natychmiast opuscilismy Assar. Niestety, los nasz byl juz przesadzony. Ja gine ostatni, ale jestem bezgranicznie szczesliwy, ze przed koncem mej dlugiej wedrowki ujrzalem nowe pokolenie, nowych ludzi. W imie zycia, nad ktore nie ma nic piekniejszego we wszechswiecie, badzcie rozsadni!

Glos jego brzmial coraz ciszej, oddech urywal sie.

— Co on mowi? — szeptal mi nad uchem Jacques.

— Ciszej, umiera…

— Wiec nie mozemy mu w niczym pomoc?

— W niczym.

Wargi nieznajomego drgnely, ale glosu juz prawie nie bylo slychac.

Przysunalem sie tuz do jego twarzy, probujac zrozumiec ostatnie slowa.

— Nowy czlowieku, przyrzeknij mi, przysiegnij, ze opowiesz ludziom o zatopionym kraju… Znajdz kamienie jego miast. Nie mogly przepasc bez sladu. Niech legenda stanie sie prawda. Przestrzez swoje pokolenie.

— Przysiegam — rzeklem sciskajac jego stygnace rece.

— I jeszcze… W te noc… statek miedzygwiezdny… ladujac… doznal awarii… Teraz… lezy na dnie oceanu. Opuscilem go, kiedy tonal. Fale wyrzucily mnie na ten brzeg. Szczesliwy jestem… widzialem was…

Oddaj moje cialo oceanowi… Niech spocznie… tam… gdzie wszystko.

Ostatnich slow juz nie doslyszalem.

Padlem przy nim na kolana, chcialem sie modlic i… zrozumialem, ze juz nie ma po co. Czulem, ze policzki mam mokre od lez i nie wstydzilem sie tego.

Umierajacy drgnal. Glos jego znow nabral sily.

— Ludzie nowej Ziemi, gdzie jestescie? Nie widze was. Podajcie mi rece. O, tak. Odchodze… Zegnajcie.

W tejze chwili zdarzylo sie cos niepojetego. Cos jak elektryczne iskry przeszylo moje cialo, przed oczyma zamigotaly mi szeregi dziwnych obrazkow i widokow niby w oszalalym, wirujacym gwaltownie kalejdoskopie. Olbrzymie sloneczne miasta, domy, palace z bialego marmuru w azurowej koronie kolumn, lukow i ornamentow, wysokie wieze podobne do scietych piramid.

Modre fale pluskaja o biale stopnie z marmuru i kolysza zgrabnymi korpusami dziwnych lekkich okretow. Tlumy wysokich, muskularnych mezczyzn i pieknych zlotowlosych kobiet w odswietnych purpurowych strojach schodza w dol po szerokich schodach. W mrocznych podziemiach, obok jakichs niezwyklych maszyn, krzataja sie powoli surowi, siwi ludzie o przenikliwym, wladczym spojrzeniu. Dlugie zaostrzone cygaro sterczy w blekit nieba… Morze glow ludzkich.

Wszystkie spojrzenia kieruja sie gdzies w jeden punkt.

Wybuch — oslepiajacy plomien — i hen w dole plynie kraj niby gigantyczna mapa obramowana niebieskim morzem. Na niej ciemne plamy miast, nitki drog, zielone pola i sniezne czapy szczytow gorskich.

I nagle wszystko to pokrywa czern rozgwiezdzonego nieba, drgaja swiecace strzalki niezliczonych instrumentow… W dlugim jasnym korytarzu dwa rzedy drzwi. Malutki pokoik z czarnym prostokatem okna.

Za oknem noc i nieprawdopodobnie jasne gwiazdy. Tu blisko pochyla sie mloda twarz kobiety. Czule wargi otwieraja sie i cos szepcza. Jakaz przepiekna zjawa!

I znow szeregi obrazow pedza jeden po drugim w oszalamiajacym wirze. Szkarlatna zorza oswieca upiorne ruiny. Wokol bezkresna, martwa pustynia. Smugi piasku zasypuja wyschle lasy. Dwa niezachodzace slonca zalewaja niebieskawym swiatlem powierzchnie planety dziobata od olbrzymich lejow. Smetne postaci w ciemnych plaszczach jedna za druga kryja sie w walcowaty korpus statku.

Zasuwaja sie ciezkie drzwi i znow czern nieba, i gwiazdy. Zaczynaja sie ruszac, szybciej, coraz szybciej, zmieniaja sie w migotliwe promienie niebieskiego ognia: oczy bola od ich strasznego blasku, a one plona i plona. Wsrod tego morza swiatla pojawia sie czyjas twarz. Zbliza sie.

Poznaje ja… To ona…

I nagle wszystko od razu znika. Otwieram oczy. Nad waskim brzegiem morza pietrza sie skaly. Leniwie pluskaja zielonkawe fale. Nieznajomy jakby spal. Ostroznie opuszczam jego reke na piasek. Zimna jak marmur.

To reka trupa.

Patrze na Jacques’a. Siedzi nieruchomo. Oczy ma szeroko otwarte.

Ostroznie ujmuje go za ramie. Odwraca sie.

— Widziales? — pytam.

W milczeniu potakuje.

— A zrozumiales?

— Oczywiscie. To bylo jego zycie.

* * *

Na tym urywa sie rekopis don Antonia Salvatora di Riveiry, ktoremu przypadlo w udziale spotkac i odprowadzic w ostatnia podroz ostatniego czlowieka Atlantydy.

W kilka dni pozniej szedlem z kierownikiem ekspedycji wzdluz cienistego bulwaru Porto Alte. Nasz szkuner stal juz gotowy do odplyniecia.

Ciezkie drzwi muzeum okazaly sie zamkniete. Zastukalem — nie odezwal sie nikt. Zaczelismy lomotac ile sil. Na lomot ten wylazl gdzies z glebi parku zgarbiony siwy starowinka w czepku, w starej welwetowej kurtce i wytartych skorzanych spodniach. Jego zolta twarz, cala poorana gesta siatka zmarszczek, przypominala pieczone jablko.

— Zamkniete — wymamrotal bezzebnymi usty.

— Musimy sie koniecznie widziec z don Antoniem. Gdzie on jest?

— Nie ma go. Umarl. Wczoraj byl pogrzeb.

Lzy pociekly po jego pomarszczonych policzkach, zaczal je ocierac rekawami welwetowej kurtki.

— Jak to? — spytalem zmieszany.

— Byl na kolacji z jakims turysta. Wrocil pozno. W nocy zrobilo mu sie zle, a pod wieczor umarl. Stary byl.

Вы читаете Ostatni z Atlantydy
Добавить отзыв
ВСЕ ОТЗЫВЫ О КНИГЕ В ИЗБРАННОЕ

0

Вы можете отметить интересные вам фрагменты текста, которые будут доступны по уникальной ссылке в адресной строке браузера.

Отметить Добавить цитату