– Nie chciales!
Potem glosy przycichly i do uszu Jessie dotarlo jedynie trzasniecie drzwi. Zachodzila w glowe, dlaczego Chase tak szlachetnie wzial cala wine na siebie. Oboje przeciez wiedzieli, ze to ona nie chciala sie wycofac. A jednak Chase pozwolil, by Rachel sadzila, ze to on jest wszystkiemu winien. Co wlasciwie chcial udowodnic?
Jessie myslala o tym bardzo duzo w ciagu najblizszych tygodni. O sprawie przypominala jej bowiem nieustannie zbolala, stroskana mina Rachel. Cala sytuacja stala sie zreszta absurdalna. Ta kobieta potraktowala Chase'a tak, jakby dokonal ohydnego przestepstwa. Jessie uwazala, ze ta dziwka wzniosla sie doprawdy na szczyty hipokryzji. Utrata dziewictwa nie miala dla dziewczyny zadnego znaczenia, ale Rachel zachowywala sie tak, jakby jej corka padla ofiara gwaltu.
Nie wspominala nigdy Chase’a. Odnosila sie do Jessie w taki sposob, jakby corka byla krucha figurka z porcelany, ktora mogloby roztrzaskac nieprzemyslane slowo. Kompletny absurd!
Zachowanie Rachel irytowalo Jessie rowniez z innego powodu. Nie tylko nie pragnela wspolczucia, ale przez te zalobna atmosfere nie mogla zapomniec o Chasie, na czym bardzo jej zalezalo.
Gardzily nim teraz obie, zarowno matka, jak i corka, tyle ze z roznych powodow. Jessie nie mogla wybaczyc Chase'owi tego, jak ja potraktowal przed wyjazdem, lecz najbardziej irytowal ja fakt, ze juz nigdy nie bedzie miala okazji, aby sie na nim zemscic.
Kiedy w polowie pazdziernika zaczela chorowac, przyjela ten stan rzeczy jak specyficzny rodzaj blogoslawienstwa. Zle samopoczucie oderwalo bowiem jej mysli od innych problemow. Przez pierwszych kilka dni sadzila, ze dolegliwosc szybko minie, ale nudnosci bardzo ja denerwowaly. Potem, kiedy torsje nie ustepowaly, zaczela sie martwic. Udalo sie jej ukryc chorobe, choc bylo to bardzo trudne. Nie chciala jednak, by ktokolwiek – a zwlaszcza Rachel – troszczyl sie o nia. Nigdy dotad nie chorowala i nie byla do tego przyzwyczajona. Po tygodniu doszla do wniosku, ze nadszedl czas, by zasiegnac porady doktora, ale nie miala sily na dluga jazde konna. Skorzystala wiec z powoziku, tlumaczac, ze zlamala obcas w butach do konnej jazdy.
Nie spodziewala sie towarzystwa, ale tez nie oponowala specjalnie, kiedy Billy wyrazil chec towarzyszenia jej. Po przybyciu do miasta pozbyla sie go bez trudu, gdyz maly az sie palil do tego, by zalatwic formalnosci meldunkowe w hotelu. Kiedy tylko zniknal jej z oczu, ruszyla do gabinetu Doca Meddly'ego.
Nie wiedziala, czy Doc jest prawdziwym lekarzem, weterynarzem czy znachorem. W Cheyenne sytuacja i tak przedstawiala sie jednak niezle; miasto mialo pomoc medyczna, podczas gdy w wielu zachodnich miasteczkach nie istniala ona w ogole. A Meddly sprawial wrazenie czlowieka, ktory wie, co robi. Zadawal tez bardzo logiczne pytania. Tym razem jednak zmarszczka nie zniknela mu z czola nawet gdy Jessie skonczyla mowic. Dziewczyna wpadla w panike.
– Co sie dziej e? – spytala. – Czy to zarazliwe? Umieram? Mezczyzna wyraznie sie stropil.
– Prawde powiedziawszy, nie mam pojecia, co panience dolega. Gdybym nie wiedzial, ze to bzdura, stwierdzilbym pewnie, ze jest panienka w ciazy, ale w przypadku nietknietej mlodki musze to wykluczyc. Nic innego jednak nie pasuje. Mdlosci pojawiaja sie tylko rano, a przez pozostala czesc dnia wszystko jest w porzadku…
Z tego, co mowil Doc, do Jessie dotarlo tylko jedno slowo: ciaza.
– Przeciez jeszcze za wczesnie… To znaczy minely dopiero trzy tygodnie… nie, cztery… A niech to diabli!
Uslyszawszy to nieskladne wyznanie, Doc Meddly chrzaknal z zazenowaniem i zaczal przekladac papiery na biurku.
– Zwykle nie trzeba wiele czasu, by stwierdzic, czy kobieta oczekuje dziecka… To znaczy od chwili, gdy byla z mezczyzna… A niech to, panienko, nie jestem przyzwyczajony do rozmow na takie tematy. Kobiety nie zasiegaja u mnie porady w tego rodzaju sprawach. Zalatwiaja to wszystko na ogol we wlasnym gronie.
– Sadzi pan naprawde, ze jestem w ciazy?
– Gdyby byla panienka mezatka, nie wahalbym sie ani przez chwile.
– Ale nie mam meza – odparla ostro. – I wolalabym sie dowiedziec, ze umieram.
Po wyjsciu z gabinetu Jessie oparla sie o drzwi, pragnac pozbierac mysli. Istnialo jednak zbyt wiele spraw, nad ktorymi musiala sie zastanowic. Dziecko!
Wrocila do hotelu, nie zwracajac uwagi na to, co sie wokol dzieje. Czekal na nia Billy, ktory – wyraznie czyms zaaferowany – odprowadzil ja do pokoju.
– Czy cos sie stalo? – spytal.
Nigdy przedtem nie widziala, aby byl rownie przejety.
– A co moglo sie stac? – Zasmiala sie cienko, siadajac na stanowczo zbyt miekkim lozku. Jeknela i przylozyla dlonie do skroni, jakby chciala w ten sposob odpedzic bol.
Billy zmarszczyl brwi.
– Myslalem, ze slyszalas moze o Chasie Summersie i zloscisz sie, ze on tu nadal jest.
Jessie wolno wyprostowala plecy.
– O czym ty mowisz?
– Chase jest w miescie. Nie wyjechal. Mieszka w tym hotelu.
– Widziales sie z nim?
– Nie.
– Wiec skad wiesz? – warknela.
– Od takich dwoch. – Wzruszyl ramionami. – Widzieli, jak wjezdzalismy do miasta. Mowili, ze znajdziemy go w saloonie. Slyszeli, ze kiedys dla nas pracowal, wiec chyba po prostu chcieli pomoc.
Zeskoczyla, z lozka.
– Przeciez Summers opuscil ranczo trzy tygodnie temu! Co on tu robi?
– Chcesz sie z nim spotkac?
– Nie!
Billy odsunal sie od lozka.
– Czy ty na pewno dobrze sie czujesz?
– Nie… Tak… Och… strasznie boli mnie glowa. Jesli to nie przejdzie, chyba zaczne chodzic po scianach. Potrzebuje spokoju. Zejdz na dol, zjedz kolacje i poloz sie spac. Dasz sobie sam rade? – spytala po chwili.
– No pewnie – odparl obrazonym tonem. – Ale ty tez powinnas cos zjesc.
– Nie, nie dzisiaj. Chyba od razu sie poloze i przespie ten bol. Obudze cie rano przed wyjazdem.
– A buty?
– Odbiore je. Aha, jesli zobaczysz przypadkiem Chase^, staraj sie go unikac. Wolalabym, aby on sie nie dowiedzial, ze tu jestesmy.
– Ty go chyba nie lubisz, prawda?
– A co mozna lubic w takim aroganckim, upartym… – Ugryzla sie w jezyk. – Nie, rzeczywiscie go nie lubie.
– To niedobrze.
– Dlaczego? – spytala zaskoczona.
– Bo ty i on moglibyscie,… Niewazne. Do zobaczenia rano.
– Zaczekaj… – Chciala, by dokonczyl, ale chlopiec zamknal juz za soba drzwi.
Rozdzial 25
Chase zapalal sympatia do butelki i jej magicznego dzialania. Zaraz po przybyciu do miasta hulal przez caly tydzien. Kiedy jednak wytrzezwial, przystapil do zarabiania pieniedzy, pieniedzy, dzieki ktorym moglby pojechac do Hiszpanii. Musial sie znalezc daleko stad. Gdyby juz raz wyjechal, nie uleglby pokusie, aby wrocic do kraju.
Na razie jednak bylo mu bardzo trudno i wlasnie z tego powodu trzymal butelke w zasiegu reki.