przyjscie na gore.
– Klamiesz!
– Doc! Doc! Musisz ja powstrzymac! – krzyknela histerycznie Annie. – Ona mnie zastrzeli!
– Co sie tu dzieje?! – Drzwi otworzyly sie z trzaskiem i w progu stanal potezny, odrazajacy typ. Zaciskal groznie piesci.
Jessie odwrocila sie.
– Kim jestes? – spytala, nieporuszona jego wygladem. W koncu miala bron.
– Wlascicielem lokalu, w ktorym robisz zamieszanie, wiec lepiej sie wynos!
Mimo tych groznie brzmiacych slow zachowywal sie spokojnie i pojednawczo. Nie spuszczal jednak oczu z rewolweru Jessie, ktora opuscila bron w chwili, gdy poczula na ramionach dlonie Doca.
– Chodz, panienko – powiedzial lagodnie Meddly. – Zabierzmy wreszcie twojego przyjaciela i polozmy go do czystego lozka. Jestem pewien, ze to wszystko odbylo sie wlasnie tak, jak mowila Ann. Idziemy!
Jessie popatrzyla na Annie, ktora nadal nie mogla otrzasnac sie z szoku.
– W porzadku – powiedziala i schowala bron. – Ten jednak, kto podnosi reke na moja wlasnosc, musi wiedziec, ze nie ujdzie mu to na sucho. Slyszysz, Annie? Jesli sklamalas, wpakuje ci kule w serce.
Pozwolila, by doktor wyprowadzil ja z saloonu. Pochod zamykali trzej mezczyzni niosacy Chase'a owinietego starannie w stary welniany koc. Obchodzili sie z nim delikatnie jak z niemowleciem, gdyz slyszeli slowa tej sekutnicy Jessie Blair. Stanowczo woleli, by nie pomyslala, ze niezbyt dobrze potraktowali kogos, kto nalezy do niej. Co to, to nie!
Rozdzial 27
Aby zawiezc Chase'a na ranczo, Jessie wynajela woz. Wyruszyli nastepnego poranka. Billy powozil, a Goldenrod szedl uwiazany do dyszla. Doc Meddly twierdzil, ze Chase moze podrozowac.
Jessie siedziala z tylu; Chase lezal obok na brzuchu, z glowa na jej kolanach. Nadal nie odzyskal przytomnosci, lecz doktor twierdzil, ze na to trzeba czasu – nie tyle z powodu rany, co alkoholu.
Niech to diabli, alez zrobila z siebie posmiewisko! I dla kogo? Dla mezczyzny, ktory zadawal sie z dziwkami! Dla ' hazardzisty! Aroganckiego, wscibskiego natreta! Nie powinna byla go szukac. Czy naprawde chciala, zeby jej dziecko wychowywal ktos taki? W zadnym wypadku! Potrafila sobie swietnie wyobrazic te dzisiejsze komentarze: biedna Jessie Blair, taka zakochana w swoim mezczyznie, ze potrafi mu wszystko wybaczyc, nawet to, ze oberwal nozem w lozku dziwki. Z ulga wyjezdzala z Cheyenne. Wiedziala, ze nigdy nie uda sie zatuszowac tak ogromnego skandalu!
Z drugiej strony nie powinna sie tym przejmowac. Nadszedl czas, aby przestala dbac o to, co mowia o niej ludzie, gdyz i tak zadnej kobiecie nie uszlo nigdy na sucho dziecko spoza malzenskiego loza.
Od samego rana meczyly ja mdlosci, jesli jednak nie jadla, mogla to jakos wytrzymac. Teraz, na trzesacym sie wozie, zolc znowu podeszla jej do gardla. Slyszala stekanie Chase'a, lecz sama pozieleniala na twarzy i jej wlasny jek zagluszyl pijackie pomruki mezczyzny. Chcac przesunac sie jak najszybciej na bok, zsunela glowe Summersa z kolan. Ranny upadl twarza na deski.
Otworzyl na chwile oczy, ale przerazliwy bol kazal mu je natychmiast zamknac. Gdyby lezal na plecach, martwilby sie jedynie o zjawy pojawiajace sie w polu jego widzenia, lecz z jakiegos niezrozumialego powodu lezal na brzuchu i cos wytrzasalo z niego wnetrznosci. Z trudem znow odemknal powieki i zamrugal z niedowierzaniem, sadzac, iz tkwi w drewnianej skrzyni. Ale ta skrzynia najwyrazniej nie miala jednego boku, dzieki czemu ujrzal najjaskrawszy blekit, jaki mial kiedykolwiek okazje ogladac. Swiatlo oslepilo go, wiec Chase znow przymknal oczy. Nie odczul jednak ulgi. Skrzynia, w ktorej go uwieziono, trzesla sie i podskakiwala, wiec – chcac nie chcac – przechylil sie i oprozni! zoladek. Od razu poczul sie lepiej.
Odzyskawszy w niewielkim stopniu zdolnosc myslenia, nie ryzykujac ponownego otwierania oczu, probowal sie domyslic, gdzie wlasciwie sie znajduje. Wstrzasy, twarde podloze, sciany wysokie na piecdziesiat centymetrow – to wszystko nie mialo najmniejszego sensu. W dodatku dochodzily go odglosy torsji, mimo ze juz przeciez nie wymiotowal.
Musial rozejrzec sie wokol, jesli mial cokolwiek zrozumiec. Z wahaniem zerknal w bok, na ruchoma sciane, ktora zakrecila, pojechala naprzod i znow zakrecila. Znajdowal sie w skrzyni, otwartej skrzyni! Potem jednak przeniosl wzrok na druga strone i dostrzegl jedwabiste czarne wlosy, biala koszule i ksztaltny tyleczek w obcislych spodniach.
– Jessie…? – jeknal.
Jessie nie odezwala sie ani slowem, ledwo zaszczycila go spojrzeniem. Czula sie tak, jakby miala za chwile umrzec. Nudnosci nie chcialy ustapic, mimo ze w zoladku nie zostalo juz nic. Nadal jednak meczyly ja skurcze, tak bolesne, ze dziewczyna z trudem powstrzymywala lzy.
Przesunela sie wreszcie na srodek wozu. Chase przymknal oczy.
– Jesli nie bedziesz juz wypruwal z siebie flakow, poloz sie tutaj.
Chase odemknal powieki. Nie mogl sie jednak zdobyc na odpowiedz.
– Nie slyszysz?
– Obawiam sie… Obawiam sie, ze nie jestem najmilszym towarzyszem – wykrztusil mimo kolkowatego jezyka.
– Towarzystwo, rzeczywiscie… – wymamrotala. – Zalezy mi na twoim towarzystwie tak samo jak tobie na moim, ale przez glupie pijackie wybryki bede musiala je tolerowac.
– Nie rozumiem.
– Boze! Nie mozesz po prostu lezec spokojnie? Musisz odpoczywac, a ja nie mam ochoty na pogaduszki!
Chase pomyslal, ze najbardziej przydalby mu sie teraz lekarz. Albo butelka whisky. Jedno z dwojga. Sen mogl jednak zwalczyc kaca.
Miejsca nie bylo wiele, a Jessie okupowala juz polowe prowizorycznego poslania.
Przesunela sie na sam skraj legowiska, ale by sie tam zmiescic, Chase musialby polozyc glowe na jej kolanach. Nie mogla mu jednak tego zaproponowac, nie siadajac. Usiasc zas nie chciala, gdyz znow zrobiloby sie jej niedobrze.
Zwinieta na boku, ugiela noge.
– Twoja poduszka.
Mimo bolu Chase zdobyl sie na usmiech.
– Naprawde?
Dostrzegla charakterystyczny blysk w jego oczach, ale tym razem jej to nie zdenerwowalo. Przeciwnie, omal sie nie rozesmiala. Oboje mieli torsje, Chase'a, pomijajac juz bol spowodowany rana, na pewno trawila goraczka. A jednak nadal mial w glowie seks. Co za typ!
– Proponuje ci tylko oparcie, wiec wybij sobie z glowy te brudne mysli, Chasie Summers. – Chciala, by jej slowa zabrzmialy surowo, lecz przebijala w nich zartobliwa nuta. – Gdybym nie musiala tu tkwic, siedzialabym z pewnoscia na kozle, obok Billy'ego.
– Billy'ego?
– Tak. On powozi.
Chase uniosl glowe, ale znow oslepilo go slonce.
– Poloz sie na brzuchu. Tak kazal lekarz – powiedziala ostro.
Zmarszczyl brwi.
– Jaki znow lekarz? – spytal z irytacja w glosie. – Nigdy nie sypiam na brzuchu. Na pewno czulbym sie o wiele lepiej, gdybym dotad lezal na plecach.
– Nie mam cierpliwosci do twoich fochow! – odparla ze zloscia. – Lez na brzuchu albo na boku, byle nie na plecach!
– Dlaczego?
– Skoro nie wiesz, to znaczy, ze nie wytrzezwiales na tyle, aby bylo warto z toba