Nie! Pokaze im wszystkim, ze nie jest tchorzem! Stanie do walki, jak postanowil! Zrobi wszystko, by pokonac Voldemorta! Jeszcze dzisiaj musi zaczac nauke. Skoro Snape nie chce go szkolic, to sam znajdzie sposob, zeby zdobyc potrzebna wiedze. Zakradnie sie do dzialu ksiag zakazanych i znajdzie cos, co mu pomoze.
Tak! Tak wlasnie zrobi. Musi tylko zaczekac, az zaczna sie lekcje i biblioteka opustoszeje.
***
Harry rzucil na stojacy obok fotela stolik trzy ciezkie, zakurzone tomy w czarnych okladkach. Sciagnal z siebie peleryne niewidke i opadl na fotel, wzdychajac z ulga. Niemal zostal nakryty przez pania Pince, kiedy jedna z ksiazek, zaczela go usilnie namawiac, zeby wybral ja, bo zawiera najtajniejsze, czarno-magiczne zaklecia. Chetnie by ja zabral, gdyby nie byla taka gadatliwa. Kiedy siegnal po pierwsza z ksiazek, poczul cieplo w kieszeni. Przeczuwajac klopoty, siegnal po kamien i odczytal wiadomosc.
Harry zamknal oczy i westchnal.
Czyli Snape juz sie dowiedzial, ze nie ma go na lekcjach.
Zacisnal kamien w dloni i odeslal:
Znal juz Severusa na tyle dobrze, by wiedziec, ze tak latwo nie zrezygnuje.
Nie pomylil sie. Po chwili otrzymal odpowiedz:
Harry mogl tylko ponownie zamknac oczy i westchnac. Dlaczego Snape nie chce dac mu spokoju? Dlaczego teraz zaczal sie nim interesowac? Przeciez jeszcze wczoraj wyrzucil go ze swoich komnat, wiec niech teraz nie udaje, ze mu zalezy!
Z wsciekloscia cisnal kamien w kat. Podciagnal kolana pod brode, objal je ramionami i oparl o nie czolo, wzdychajac ciezko.
Byl sam.
Nikt mu nie pomoze. Nikt.
***
Harry odlozyl ksiazke na stolik i przeciagnal sie. Bolaly go wszystkie kosci. Caly dzien siedzial i probowal nauczyc sie czegos z tych, ktore przyniosl z biblioteki, ale nic z nich nie rozumial. Byla w nich mowa o wyzszosci czarnej magii nad biala, o jej zastosowaniach, o emblematach, amuletach i eliksirach, ale ani slowa o zakleciach. W pozostalych, to samo. Co prawda, dowiedzial sie, jak rzucic klatwe na dowolny przedmiot, ale po pierwsze - potrzeba bylo do tego ogromnej mocy; po drugie - duszy przezartej przez zlo, a po trzecie - i tak do niczego by mu sie to nie przydalo. Przeciez nie wysle Voldemortowi przekletego bukietu kwiatow w prezencie. A poza tym, jezeli do kazdej klatwy trzeba miec 'dusze przezarta zlem', to mial coraz mniej nadziei na to, ze sam nauczy sie czegokolwiek. Ale nie podda sie tak latwo!
Panujaca w pomieszczeniu cisze rozdarl odglos, jakby ktos wlaczyl w poblizu mlot pneumatyczny, jaki Harry czesto slyszal na drogach podczas wakacji u Dursleyow. Dotknal swojego pustego brzucha i westchnal przeciagle. Nic dzisiaj nie jadl, a na pewno bylo juz po kolacji. Moze wymknie sie do kuchni i poprosi skrzaty o cos do jedzenia? Na pewno mu nie odmowia.
Kiedy podniosl sie z fotela i siegnal po peleryne niewidke, jego wzrok zatrzymal sie na polyskujacym zielonkawo kamieniu, lezacym w kacie pokoju. Podszedl i podniosl go z podlogi. W momencie, kiedy go dotknal, kamien rozjarzyl sie. Widniala na nim wiadomosc od Snape'a. Juz niemal wyblakla.
Ciekawe, kiedy Snape to wyslal? Pewnie juz dawno, a teraz siedzi i wscieka sie, ze Harry'ego jeszcze nie ma.
Nie wiedzial dlaczego, ale ta mysl sprawila mu przyjemnosc.
Harry poznal juz Snape'a na tyle, by wiedziec, ze i tak nie wymiga sie od tego spotkania. Ale nie mial zamiaru pozwolic mu znowu zmieszac sie z blotem. Postanowil, ze pojdzie do niego tylko na chwile i powie mu, ze nie chce wysluchiwac jego zlosliwosci. Naprawde nie mial na to ochoty. Byl glodny, zmeczony, a przed oczami wciaz stawal mu artykul z
Teraz wszyscy beda uwazac go za tchorza, ktory woli sie ukrywac w Hogwarcie, niz walczyc... Cudowna perspektywa. O ile bardziej wolal siedziec tutaj, zamkniety, odgrodzony od tych nieprzychylnych spojrzen. Kiedy stad wyjdzie, bedzie czekala go tylko walka... Nie tylko z Voldemortem, ale takze ze wszystkimi, ktorzy uwierzyli w ten artykul.
Zarzucil na siebie peleryne niewidke i ruszyl w kierunku lochow. Szedl wolno, pozwalajac myslom klebic sie w glowie, a kazda z nich stawala sie dla niego ciezarem, wgniatajacym go w podloge i sprawiajacym, ze ledwie powloczyl nogami.
A moze to prawda? Moze on naprawde jest tchorzem? Tchorzem, ktory woli sie ukrywac, niz stawic czolo rzeczywistosci? Tchorzem, ktory ceni swoje zycie ponad zycie innych? Przeciez wiedzial, ze kiedys do tego dojdzie... Ale dlaczego wczesniej mozliwosc walki z najwiekszym wrogiem byla dla niego tak emocjonujacym przezyciem, ktorego nie mogl sie doczekac, pomimo strachu i wlasnej niewiedzy? Dlaczego wczesniej poszedlby na wojne bez mrugniecia okiem,
