zlapac oddech. Nie obchodzilo go, czy natknie sie na Filcha, Irytka, czy na kogokolwiek innego. Musial biec, musial uciec. Musial nie czuc.
Gniew. Gniew byl dobry. Wystarczajaco intensywny, aby zagluszyc wszystko inne. Musial byc zly na siebie. Nie, nie musial. Byl zly. Rozpaczliwie zly. Wsciekly.
Po co to, do cholery, zrobil? Po co?!
Uderzyl piescia w sciane. Raz. Drugi. Pozniej nastepny. Czul bol, ale ten bol byl lepszy, poniewaz zagluszal tamten drugi. Chcial wiecej tego bolu. Zaczal kopac w kamienne bloki. Kopac i uderzac z calej sily. Poniewaz tylko tak mogl wyrzucic z siebie przepelniajacy go gniew.
I wtedy uslyszal kroki. Dlugie i zdecydowane. Tak bardzo znajome...
On... szedl za nim.
Rzucil sie do ucieczki. Wpadl na posag, uderzajac sie kolanem o marmur z taka sila, iz przez chwile mial wrazenie, ze stracil czucie w nodze. Zacisnal zeby i zmusil sie aby, utykajac, pobiec dalej.
Musi dostac sie do wiezy Gryffindoru! Mgliscie przypominal sobie, ze mial sie spotkac z Ginny przed portretem Grubej Damy. Zaczal mozolnie wspinac sie po schodach, na przemian pojekujac, zaciskajac zeby i zagryzajac warge, poniewaz kolano dokuczalo mu coraz bardziej.
W koncu udalo mu sie dotrzec na sama gore. Przystanal na chwile, probujac zlapac oddech i odegnac krazacy w nim gniew, ktory jeszcze nie do konca udalo mu sie rozladowac. Utykajac, ruszyl w strone portretu. Ginny jeszcze nie bylo. Rozejrzal sie wokol, majac nadzieje, ze lada chwila sie pojawi.
I wtedy ponownie uslyszal kroki. Nieuchronnie zblizajace sie kroki. Zamarl, zmrozony strachem. Odwrocil sie, aby rzucic haslo Grubej Damie i jak najszybciej znalezc sie bezpiecznie w Pokoju Wspolnym, ale wtedy rozlegl sie glos Ginny:
- Hej, Harry! - Z przeciwleglego korytarza wynurzyla sie rudowlosa Gryfonka, machajac do niego. - Przepraszam za spoznienie. Cos mnie... zatrzymalo - powiedziala, przystajac przed nim z rumiencem na policzkach i poprawiajac sukienke.
Harry zerknal nerwowo na korytarz za soba. Kroki ucichly. Moze Snape zrezygnowal?
- Och, co ci sie stalo? - pisnela cicho dziewczyna, wskazujac na jego kolano, na ktorym poszarpane spodnie odslanialy zdrapana skore. - Krwawisz!
- Co? - Harry nieprzytomnym wzrokiem spojrzal na swoja noge. - Aa... To... Przewrocilem sie po drodze.
- A co z twoimi dlonmi? - Ginny przypadla do niego i zlapala jego rece. - Masz poranione i pokaleczone kostki. Harry! - Spojrzala na niego z przestrachem. - Biles sie z kims?
- Nie - zaprzeczyl szybko. - Ja tylko... skaleczylem sie przy upadku.
- Trzeba cie opatrzyc. Ja znam tylko zaklecia leczace siniaki, ale moze Hermiona bedzie wiedziala co robic. - Spojrzala na niego ze wspolczuciem. - Och, biedactwo... Zajme sie toba, niczym sie nie przejmuj.
Zajme sie toba...
Te slowa, odbijajace sie echem w jego glowie, sprawialy teraz tylko bol. Czy to byly klamstwa?
Pokiwal glowa z wdziecznoscia. A jednak komus na nim zalezalo...
- Dzieki - wymamrotal.
- Nie ma za co. - Ginny usmiechnela sie. - Wiesz, ze zawsze mozesz na mnie liczyc.
- Wiem - wyszeptal cicho.
