Quidditcha? Jak ma to powiedziec Hermionie i Ronowi? Jak wytlumaczy reszcie druzyny?
Nie byl zly na Snape'a. Wiedzial, ze to tylko i wylacznie jego wina. Pil, zeby sie upic. A pozniej przyszedl tutaj i wszystko wypaplal. Snape go do niczego nie zmuszal, chcial mu dac eliksir na wytrzezwienie, ale Harry go nie przyjal. I skonczylo sie tak, jak sie skonczylo... I musi teraz poniesc kare. Ta mysl bolala, ale wiedzial, ze nie ma innego wyjscia.
- Powinienes wracac do dormitorium - uslyszal glos Snape'a. - Jest juz pozno. Jezeli twoi przyjaciele nie sa tacy pijani jak ty, to lada chwila moga zorientowac sie, ze nie ma cie w lozku, i zaczna cie szukac.
Harry pokiwal glowa i podniosl sie.
- Przepraszam - wyszeptal. - Za wszystko, co powiedzialem. I za wszystko, co zrobilem. - Nie podnoszac wzroku, odwrocil sie i zdazyl zrobic zaledwie kilka krokow w strone drzwi, kiedy zatrzymal go glos Snape'a:
- Potter. - Harry odwrocil sie powoli i spojrzal na mierzacego go uwaznym spojrzeniem mezczyzne. Snape wygladal, jakby sie nad czyms zastanawial. Albo jakby z czyms walczyl. -Idz juz spac - powiedzial w koncu, choc jeszcze przed chwila zdawalo sie, ze mial na koncu jezyka cos zupelnie innego. - Mam nadzieje, ze masz ze soba peleryne? - Harry skinal glowa i wyjal z kieszeni mieniacy sie material. - Dobrze, idz najkrotsza droga. I zadnych przystankow po drodze. Masz isc prosto do wiezy Gryffindoru. Zrozumiales?
Harry ponownie skinal glowa, po czym odwrocil sie i bez slowa wysliznal sie z pomieszczenia.
Podroz do wiezy byla dluga i niezwykle meczaca. Harry pokonal cala droge niepewnym, zamyslonym krokiem. Probowal przetrawic wszystkie wydarzenia, ale byly zbyt ciezkie. Czul ucisk w klatce piersiowej, a kolana uginaly sie pod nim niemal przy kazdym kroku.
Kiedy dotarl do Pokoju Wspolnego, uslyszal dochodzace z gory chrapanie. Wszyscy spali. Nikt go nie szukal. Ron i Hermiona pewnie tez sporo wypili, skoro nie zauwazyli, ze zniknal. I dobrze. Czul sie wykonczony. Psychicznie i fizycznie. Nekaly go wyrzuty sumienia, ogarnialy fale calkowitego przygnebienia.
Caly ten wieczor... Sekret, ktory odkryl, tesknota za Snape'em, niewinne slowa Luny 'to znaczy, ze go kochasz', ktore przerazily go bardziej niz sam Voldemort, wszystkie te lzawe, wylewne wyznania, jakie wymamrotal Snape'owi, sekret, ktory tak bezmyslnie wypaplal, a teraz... koniec Quidditcha. Ostateczny.
To zbyt wiele...
Spojrzal na trzaskajacy cicho ogien i zamrugal kilka razy, czujac, ze zaczynaja go szczypac oczy. Wyjatkowo uporczywie.
Opadl na kanape i ukryl twarz w dloniach. Nie wiedzial, jak dlugo tak siedzial, nie mial pojecia, ile czasu uplynelo. Podejrzewal jedynie, ze calkiem sporo. Ale on nie potrafil wstac, nie potrafil podniesc sie z kanapy i zmusic sie do wykonania jakiejkolwiek czynnosci. Mial wrazenie, ze wszystko sie zawalilo.
...nigdy nie bedziesz mnie tak calowal...
...nigdy tego nie poczuje...
To bylo zalosne. Tak bardzo zalosne, ze wciaz nie potrafil uwierzyc, ze to powiedzial.
Ale to byla prawda. I bolala. Bolala go za kazdym razem, gdy o tym pomyslal, niewazne, jak bardzo probowal wmawiac sobie, ze tak nie jest.
Dlaczego, kiedy wszystko wydaje sie w koncu ukladac, on zawsze musi to zepsuc? Dlaczego musial tyle pic? Dlaczego poszedl do Snape'a? Dlaczego nie przyjal od niego eliksiru? Dlaczego zachowal sie jak skonczony idiota? Dlaczego musial znowu skomlec o te glupie pocalunki? Dlaczego musial wszystko wygadac? Dlaczego chociaz raz nie potrafil sie powstrzymac?
