Od depresji do szczescia w kilka chwil. Tylko Snape potrafil go do tego doprowadzic.
Podszedl tylem do schodow, nie spuszczajac wzroku z przypatrujacego mu sie zmruzonymi oczami mezczyzny.
Ale zanim odwrocil sie, aby wbiec na gore, usmiechnal sie jeszcze raz i powiedzial radosnym szeptem:
- Dobranoc, Severusie.
Na wargach Snape'a pojawil sie krzywy usmieszek.
- Dobranoc.
Harry odwrocil sie i wbiegl po schodach, czujac, ze jego serce jest lzejsze niz kiedykolwiek.
* 'Something I can never have' by Nine Inch Nails
_________________
--- rozdzial 35 ---
35. Christmas Time
I'm lost in you everywhere I run
Everywhere I turn I'm finding something new
Lost in you, something I can't fight
I cannot escape
I could spend my life lost in you! Lost in you!*
Czesc 1
Harry obudzil sie w niezwykle dobrym humorze, pomimo tego, ze zasnal dopiero nad ranem, kiedy niebo juz sie rozjasnialo. Nawet metaliczny posmak w ustach, jezyk przylepiony do podniebienia i pulsujacy bol glowy nie potrafily mu zepsuc samopoczucia. I nie czul sie wcale zmeczony. No, moze odrobine... To niewazne, ze nogi sie pod nim uginaly, a kiedy wstal, zakrecilo mu sie w glowie i musial usiasc ponownie na lozku, aby sie nie przewrocic. Przepelniala go radosna energia i przyjemne podekscytowanie. Po tym, co sie wczoraj wydarzylo, najblizsze dziesiec dni przerwy swiatecznej zapowiadalo sie jeszcze lepiej, niz wczesniej. Musi, musi dopilnowac, aby miec jak najwiecej czasu, ktory bedzie mogl spedzic z Severusem. Chocby mial przez caly czas jedynie siedziec w kacie i gapic sie na niego. To wystarczy.
Przepelniony energia zerwal sie z lozka i po kilku chwiejnych krokach, nie czekajac ani na Rona, ani na Neville'a, poszedl wziac prysznic, po czym zbiegl na dol na sniadanie. Severusa nie bylo. Och, a tak bardzo chcial go zobaczyc! Ale moze to dobrze, ze go nie bylo. Nie potrafilby sie chyba powstrzymac, aby sie do niego nie usmiechac, a to wydaloby sie podejrzane.
Wszystko bylo dobrze, a przynajmniej jego przepelniony endorfinami umysl mu to wmawial, dopoki nie spojrzal na ociekajace tluszczem smazone kielbaski i jajecznice na bekonie.
Nagle, nie wiedzac dlaczego, poczul sie bardzo, bardzo zle i ku zaskoczeniu kilkorga uczniow, ktorzy tak jak on, przybyli na sniadanie wczesniej, wybiegl z Wielkiej Sali kierujac sie prosto do najblizszej ubikacji. Po spedzeniu kwadransa nad jedna z umywalek, przemyl twarz woda i poczlapal z powrotem. Ron i Hermiona siedzieli juz przy stole i takze wygladali na nieco chorych, ale nie przeszkadzalo im to zajmowac sie soba i ledwie zwracac uwage na otoczenie. Usmiechali sie do siebie, rumieniac sie na przemian i szepczac cos zawziecie. Harry nawet nie staral sie podsluchiwac. Sam byl zbyt zajety mysleniem o przytulajacym go i dotykajacym jego twarzy Snapie. I patrzacym na niego w taki sposob, jakby chcial powiedziec mu cos bardzo waznego, ale nie mogl tego z siebie wydusic.
Nie masz pojecia...
O czym nie mial pojecia? O czym nie mogl miec pojecia? Ta mysl nie dawala mu spokoju.
Nie masz pojecia...
Bal sie w ogole konczyc to zdanie. Probowal, ale wszystko wydawalo sie zbyt trywialne, zbyt... nieprawdopodobne. Zniszczyloby tylko wyzierajaca z niego tajemnice, splaszczyloby przekaz i mogloby odebrac tlaca sie w sercu nadzieje. Nie chcial myslec o tym, jak mogloby brzmiec zakonczenie. Poniewaz mogloby to byc cos, czego wcale nie chcialby uslyszec... Ale z drugiej strony, nie potrafil przestac sie nad tym zastanawiac. Ciekawosc byla silniejsza od strachu.
Jego sny na jawie przerwal blysk teczowych wlosow. Harry odwrocil glowe i zobaczyl wchodzaca do Wielkiej Sali Tonks. Jej czupryna mienila sie wszystkimi kolorami teczy. Uczniowie odwracali glowy i przygladali sie jej z pelnym zachwytu milczeniem. Harry szybko poszukal wzrokiem Luny, ale przyjaciolka nie przyszla na sniadanie. To bylo niezwykle wrecz dziwne. Chociaz w przypadku Luny to slowo nie wydawalo sie zbyt adekwatne, zwazywszy na to, ze wszystko, co sie z nia wiazalo, bylo 'dziwne'. A jednoczesnie takie... prawdziwe.
