Takze to, co wczoraj wieczorem podejrzal w stojacej za Swinskim Lbem szopie. Jego wyobraznia zostala natychmiast zaatakowana obrazami Luny i Tonks w uscisku, przytulonych do siebie, scalowujacych wahanie ze swych ust, dotykajacych sie i robiacych wszystkie te rzeczy... Wciaz zastanawial sie, czy to wydarzylo sie naprawde, czy tez byla to tylko projekcja jego zamroczonego alkoholem umyslu. Ale nie, to bylo zbyt realne... Wciaz mial w uszach dzwiek ciezkiego oddechu Luny i podmuch wymieszanego z perfumami cieplego powietrza, ktore uderzalo go w twarz, kiedy stal i zafascynowany przypatrywal sie rozgrywajacej sie we wnetrzu szopy scenie. Tak, to bylo absolutnie i niezaprzeczalnie prawdziwe.
Tak samo prawdziwe, jak usmiechnieta, promieniujaca radoscia kobieta - jego nauczycielka - ktora usiadla wlasnie przy stole nauczycielskim i jak gdyby nigdy nic zaczela konwersacje z pozostalymi czlonkami grona pedagogicznego. To bylo takie dziwne, znac te tajemnice. Czy Luna czula sie tak samo, kiedy patrzyla na Harry'ego albo Snape'a? Co mogla sobie myslec? A moze nie myslala nic, moze dla niej bylo to po prostu absolutnie naturalne i akceptowala to, ze Harry'emu moze podobac sie ponad dwa razy starszy mezczyzna? Moze widziala to, czego nie mozna bylo zobaczyc golym okiem? Moze rozumiala wiecej, niz przecietny obserwator? Dlaczego Hermiona, pomimo tego, ze byla przeciez taka inteligentna, nie potrafila tego dostrzec i zrozumiec?
To bylo fascynujace i Harry nie potrafil znalezc na to wyjasnienia. Podejrzewal jedynie, ze Luna bylaby w stanie zaakceptowac absolutnie wszystko, o ile nie krzywdziloby to jakiejs istoty. I to bylo w pewnym sensie... uspokajajace. Ze zawsze bedzie mial kogos, z kim bedzie mogl o wszystkim porozmawiac. Nie to, zeby mial taki zamiar, albo zeby tego potrzebowal. Ale milo bylo wiedziec, ze ktos taki jest. Prawda?
***
Przez caly ranek i czesc popoludnia nie mial nawet chwili dla siebie, poniewaz pomagal Ronowi sie pakowac i musial pogadac chwile z kazdym z wyjezdzajacych przyjaciol oraz pozegnac sie z nimi. Ginny nasmiewala sie z jego wczorajszych wyczynow, a Neville rumienil sie na kazda wzmianke o Anastassy. Tuz przed wyjazdem Harry podarowal prezenty Ronowi, Hermionie i Ginny i przekazal przyjacielowi paczke dla calej rodziny Weasleyow. Ron niezwykle ucieszyl sie z wielkiego kufra slodyczy z Miodowego Krolestwa, a Hermiona, ku zazdrosnemu spojrzeniu Rona, pocalowala go mocno w policzek, w podziekowaniu za nowy komplet podrecznikow o starozytnych runach. Od Rona otrzymal ksiazke o zaawansowanych technikach i zwodach dla szukajacych w Quidditchu (wcale go to nie zaskoczylo) a od Hermiony nowe pioro z mieniaca sie teczowo lotka (zrobilo mu sie glupio, kiedy jego umysl podsunal mu jedno bardzo konkretne skojarzenie). Ginny podarowala mu krawat w czarno-czerwone pasy, ktory w zaleznosci od nastroju, przybieral bardziej czerwona albo bardziej czarna barwe. Calkowita depresja oznaczala absolutna czern. A czerwien...
- ...no coz, to musisz sam odkryc - usmiechnela sie szelmowsko na pozegnanie i mrugnela do niego, po czym pomachala mu i odbiegla do czekajacego na nia z bagazami Grega. Harry pozegnal sie z przyjaciolmi, obiecujac, ze napisze zaraz po swietach i pomachal im, kiedy znikali w czarnych powozach.
Zostaly mu jeszcze dwa prezenty - dla Hagrida i dla Luny, ale nigdzie nie mogl dostrzec przyjaciolki. Coz, najwyzej wysle go sowa. Ale to troche dziwne, ze nie przyszla sie z nim pozegnac To bylo do niej niepodobne. Hagridowi zamierzal wreczyc prezent, gdy odwiedzi go w czasie swiat. Obiecal, ze to zrobi i nie mial zamiaru zlamac slowa.
Po kilkunastu kolejnych minutach, kiedy wszystkie powozy juz odjechaly, a w zamku zapadla cisza, Harry odwrocil sie i wszedl do holu glownego. Rozejrzal sie po opustoszalym zamku i wzial gleboki wdech, rozkoszujac sie panujacym wokol spokojem. Byl sam. Nie liczac nauczycieli, paru uczniow, ktorzy, tak jak on, zostali na swieta, calego zastepu duchow i mnostwa skrzatow domowych. No, prawie sam. I mial caly czas tego swiata (a dokladniej - dziesiec dni), aby spedzac go z Severusem, u Severusa i pod Severusem. No i moze na Severusie. Zachichotal pod nosem i ruszyl w dluga droge do Pokoju Wspolnego. Mial reszte popoludnia dla siebie, nie niepokojony przez nikogo, wiec moze zrobic to, co planowal juz od wczoraj. Czyli 'uzupelnic' prezent dla Snape'a o dzwieki i slowa. A zeby to zrobic, bedzie potrzebowal duzo skupienia, chociaz i tak wciaz sie wahal i nie byl pewien, czy da rade. Ale skoro juz sie przed nim masturbowal podczas jego urodzin, to nie powinno to byc takie trudne. Przynajmniej mial taka nadzieje.
***
Harry po raz dziesiaty juz przyblizyl ukryta w dloniach, blyszczaca figurke do ust i wyszeptal:
- Jecz dla mnie.
Teraz juz sie tak nie rumienil, kiedy z figurki zaczely dobiegac jego zduszone, przeciagle jeki i ciezkie, pelne przyjemnosci sapanie. Na poczatku, tuz po nagraniu, kiedy po raz pierwszy to odsluchal, mial wrazenie, ze jego twarz jest tak czerwona, iz niemal paruje. Dziwaczne bylo sluchanie swoich wlasnych jekow, ktore wydawal podczas masturbacji. Dziwaczne, a jednoczesnie
