wrazenie, ze zaraz rozsypie sie na kawalki.
Widzial ciemna, rozmazana sylwetke. I czerwien. Czerwien, ktora zalewala mu oczy, rozszarpywala go od srodka, sprawiala, ze cos w jego wnetrzu zaczelo ryczec, chcac wyrwac sie na zewnatrz, dosiegnac Snape'a, uderzyc, go, podrapac, ugryzc, rozedrzec na strzepy, zranic...
Niczym bestia ogarnieta szalem, rzucil sie do przodu, wyciagajac piesci i pazury, i natarl na mezczyzne. Uderzyl na oslep, probujac dosiegnac twarzy, szyi, czegokolwiek, ale Snape zlapal go za rece, blokujac atak, odwrocil i przycisnal do drzwi. Szarpnal nim kilka razy, z calej sily wciskajac go w drewniana powierzchnie, podczas gdy Harry wrzeszczal i wyciagal szyje, probujac go ugryzc, kopnac, zrobic mu cokolwiek, byle tylko nakarmic peczniejaca w sobie zadze mordu. W tej jednej chwili mial ochote go zabic.
Snape sprawnie uniknal wymierzonego w siebie kopniaka, a Harry wykorzystal okazje i z nadludzkim wysilkiem wyszarpnal jedna reke i zamachnal sie. Mezczyzna odchylil sie w ostatniej chwili, ale piesc Harry'ego zdazyla trafic go w podbrodek.
Tak!
Bestia wewnatrz Harry'ego zawyla. Snape wydawal sie zaskoczony takim obrotem spraw. Zlapal reke Harry'ego i wykrecil mu ja. Chlopak poczul piekacy bol w ramieniu.
- Nienawidze cie! - ryknal, wkladajac w slowa tyle jadu, ze byl zaskoczony, iz nie tryska mu on z ust. Wcisniety mocno w drzwi, z unieruchomionymi rekami, nie mial szans sie poruszyc. Mogl jedynie dyszec ciezko i wzrokiem bazyliszka wpatrywac sie w twarz gorujacego nad nim mezczyzny. Och, gdyby tylko spojrzenie moglo zabijac...
- Tak sie sklada, ze ja rowniez cie nienawidze, Potter. - Glosem, ktorym wypowiedzial to Snape, mozna by przepalic nawet zelazo. Mial obnazone zeby i wygladal tak, jakby mial zamiar go pozrec.
Harry czul zawroty glowy i mrowienie we wszystkich czesciach ciala, splywajace coraz nizej... Buzujaca w nim adrenalina spalala sie w ogniu wscieklosci i czegos jeszcze, co plynelo poprzez jego zyly, rozpalajac skore i pobudzajac pewne partie ciala, ktore nie powinny w takiej sytuacji byc pobudzone. Byl niczym naladowany pocisk, gotow do wystrzelenia.
- Ale ja cie nienawidze bardziej, ty popierdolencu! - wrzasnal i szarpnal sie do przodu, gotow ukasic.
- Jak smiesz... - Syk, ktory wydobyl sie z ust mezczyzny wibrowal tak przenikliwa furia, ze Harry mial wrazenie, ze zaraz potnie mu skore. Dlon Severusa puscila jego reke i wystrzelila w gore, lapiac za migoczacy czerwienia i czernia krawat i gwaltownie zaciskajac go wokol szyi Harry'ego. Chlopak poczul, ze nie moze oddychac. Zaczal charczec, probujac zlapac oddech, ale nie byl w stanie. Uwolniona reka staral sie rozewrzec dlugie palce zaciskajace sie na krawacie, ale nie mial na to sily. Bolaly go pluca i krecilo mu sie w glowie tak bardzo, ze mial wrazenie, ze zaraz sie przewroci. Obraz rozmazal mu sie jeszcze bardziej, widzial juz tylko ciemne plamy, kiedy nagle z oddali doplynal do niego stalowy glos:
- Przepraszasz?
Desperacko pokiwal glowa. Uscisk zelzal. Gwaltownie wciagnal do pluc upragnione powietrze i natychmiast zaczal sie krztusic. Mial lzy w oczach. Pochylil glowe do przodu, dyszac ciezko i kaszlac. Kiedy doszedl do siebie na tyle, ze mogl mowic, podniosl glowe i zachrypnietym glosem wycharczal:
- Ty pojebany sukinsynu...
Silne szarpniecie za wlosy sprawilo, ze przed oczami znowu zatanczyly mu ciemne plamy. Jego glowa zostala odchylona do tylu, a na twarzy poczul parzacy oddech. Spojrzal prosto w dwa nieskonczone tunele i ponownie zaparlo mu dech. W czarnych oczach szalalo tornado. Sam czul sie jak wulkan na granicy erupcji, a wiedzial, ze spotkanie tornada i wulkanu moze zakonczyc sie tylko
