Przylozyl rozdzke do skroni i zaczal sobie przypominac. Caly wczorajszy i przedwczorajszy dzien. Wyjscie z Ronem i Ginny, prosbe Hermiony, znudzenie podczas imprezy, pojscie do Snape'a, wpadniecie na Ginny, schowek...
Kiedy byl pewien, ze pomyslal juz o wszystkim, odciagnal rozdzke od skroni i strzasnal srebrnobiala mgielke do misy. Spojrzal w wirujaca substancje i zacisnal usta.
Schowal rozdzke do kieszeni, powoli odwrocil sie od myslodsiewni i ruszyl w kierunku drzwi, nawet na chwile nie spogladajac na mroczna sylwetke Snape'a. Z najwiekszym trudem pochylil sie i podniosl z podlogi swoja peleryne. Kiedy znalazl sie przy drzwiach i dotknal klamki, zawahal sie na moment.
Nie wiedzial, na co czeka. Ale czekal. Na cokolwiek.
Kiedy jednak nic sie nie wydarzylo, powietrza nie przecielo zadne slowo, nawet jeden szelest, nacisnal na klamke i wyszedl.
Nie wiedzial, co ma robic. Nie wiedzial, gdzie isc, poza tym, ze glowa pulsowala mu tak bardzo, ze nie mogl juz wytrzymac i z kazdym krokiem robilo mu sie coraz bardziej niedobrze.
Zarzucil na siebie peleryne niewidke i szedl przed siebie, powloczac nogami. Nie chcial o niczym myslec. Nie chcial przypominac sobie tego cierpienia, ani wzroku Severusa... Poniewaz sam nie wiedzial, co bylo dla niego wieksza meka.
Na pierwszym pietrze zrobilo mu sie juz tak niedobrze, ze wpadl do pierwszej z brzegu lazienki i zwymiotowal do umywalki. Czul nieznosne uderzenia goraca, ktore opanowywaly cale jego cialo. Pot znowu zaczal splywac mu po ciele grubymi kroplami. Caly sie trzasl.
Musi isc do skrzydla szpitalnego. Nie... nie wytrzyma tego.
Oplukal twarz zimna woda i wyszedl z lazienki, kierujac sie prosto do skrzydla szpitalnego. Kiedy w koncu tam dotarl, byl juz tak spocony, ze ubranie lepilo sie do niego. Na migi pokazal pielegniarce, ze nie moze mowic i kiedy rzucila na niego Finite Incantatem, wymamrotal cos o tym, ze podczas kolacji ktos musial mu dodac czegos do posilku, po czym zwymiotowal jej pod nogi. Pielegniarka wlala w niego kilka eliksirow, zlorzeczac na uczniow i ich durne zabawy i przysiegajac, ze musi powaznie porozmawiac z dyrektorem i poprosic go o ukrocenie takich praktyk, bo w koncu moze dojsc do prawdziwej tragedii.
Harry nie mogl powiedziec, zeby eliksiry za wiele mu pomogly. Glowa nadal mu pekala i bylo mu niedobrze, ale przynajmniej przestal sie tak pocic i trzasc. Pomfrey chciala zostawic go na noc w skrzydle szpitalnym, ale sklamal, ze czuje sie juz znacznie lepiej. Wymamrotal podziekowania i wyszedl. Na korytarzu oparl sie na chwile o sciane, probujac odegnac tanczace mu przed oczami ciemne plamy i wtedy to uslyszal... odlegle, znajome kroki. Zblizaly sie.
W panice wyciagnal z kieszeni peleryne i zarzucil ja na siebie. Udalo mu sie to zrobic w ostatnim momencie. Zza zakretu wylonil sie Snape. Zblizal sie do niego w dlugich, zamaszystych krokach, a peleryna lopotala za nim, kiedy sunal przez korytarz, utkwiwszy spojrzenie w drzwiach szpitala. I kiedy przechodzil obok, Harry'emu wystarczylo jedno spojrzenie na jego twarz, aby wiedziec:
Zobaczyl wspomnienia!
Nie bylo juz na niej pustki. Wrecz przeciwnie. Emanowala takim wzburzeniem, jakiego Harry jeszcze nigdy nie widzial. Jednak zanim zdazyl przyjrzec sie dokladniej, mezczyzna zniknal za drzwiami szpitala i Harry uslyszal jego podniesiony glos:
- Byl tutaj Potter?
- Och, profesorze Snape... musze z panem powaznie porozmawiac! Tak, byl tutaj, wyszedl doslownie przed chwila! Gdyby pan widzial, co uczniowie panskiego domu mu zrobili! Znowu dosypali mu czegos do posilku! Wygladal wprost okropnie! Wymiotowal i... prosze sie do mnie nie odwracac plecami, kiedy do pana mowie! Profesorze Snape! Profes...
