Harry podskoczyl, kiedy drzwi otworzyly sie z rozmachem i wypadl zza nich Snape. Rozejrzal sie po korytarzu blednym wzrokiem. Harry mocniej przywarl do sciany, wstrzymujac oddech.
Mezczyzna podszedl o krok w jego strone. Harry cofnal sie nieznacznie, probujac nie wydac zadnego dzwieku. Przez chwile Severus przygladal sie scianie obok miejsca, w ktorym stal Harry, a po chwili znowu zblizyl sie o krok i jego nozdrza zadrgaly.
Harry wpatrywal sie w jego zmruzone oczy, uwaznie badajace przestrzen i wiedzial tylko jedno: nie chce miec z nim teraz nic wspolnego. Absolutnie nic. Nie po tym...
Moze sobie pojdzie... Moze stwierdzi, iz tylko mu sie wydawalo, ze poczul jego zapach...
Ale wtedy Harrym targnely torsje. Przycisnal dlon do ust, probujac powstrzymac wymioty, ale i tak wydal z siebie dziwny, bulgoczacy odglos.
Oczy Snape'a rozszerzyly sie i przesunal glowe nieco w bok, spogladajac dokladnie w to miejsce, w ktorym znajdowal sie Harry, a wyraz jego twarzy zmienil sie. Pojawilo sie na nim cos dziwnego. Cos, co kazalo Severusowi zagryzc warge i zmarszczyc brwi, jak gdyby walczyl z czyms. Jak gdyby walczyl ze soba. Harry wpatrywal sie wprost w jego blyszczace oczy, widzac w nich cala game barw i nie majac pojecia, skad sie tam wziely, poniewaz w korytarzu bylo zbyt ciemno, aby moglo to byc odbijajace sie swiatlo.
Przez chwile po prostu stali tak, niczym zawieszeni w czasie, a wtedy Severus odwrocil wzrok i odsunal sie, ruszajac w glab korytarza. Harry wpatrywal sie w jego oddalajace sie plecy i zastanawial sie...
Co teraz?
***
Kiedy Harry wrocil do Pokoju Wspolnego, znalazl Hermione i Rona przy kominku. Cwiczyli zaklecia kopiujace. Wyjasnil im, ze tym razem to jemu Slizgoni wsypali cos do jedzenia i musial szybko isc do skrzydla szpitalnego, dlatego tak nagle wybiegl. I ze czuje sie paskudnie, bo eliksiry pani Pomfrey byly zbyt slabe, aby mu pomoc. Ignorujac wzburzenie Hermiony, ktora poprzysiegla, ze przy najblizszej okazji powie o wszystkim profesor McGonagall i tym razem Harry jej nie powstrzyma oraz grozby Rona, ze napisze do blizniakow, aby przyslali mu cos naprawde wstretnego i nastepnym razem dosypie to wszystkim Slizgonom do ich soku dyniowego, Harry wymamrotal, ze po prostu chce sie polozyc i poszedl do dormitorium. Ta krotka rozmowa wyczerpala wszystkie jego sily i kilka razy byl juz prawie pewien, ze znowu zwymiotuje. Rzucil sie na lozko, nie majac sily ruszyc nawet palcem i po prostu pragnac zasnac. Przespac to wszystko. A najlepiej spac i spac i nigdy sie nie obudzic. Ale nie byl w stanie tego zrobic. Glowa wciaz chciala mu eksplodowac, dreczyly go dusznosci, mial rewolucje zoladkowe i czul sie tak zle, jak jeszcze nigdy w calym swoim zyciu.
Nagle przez szum w uszach i zawroty glowy do jego umyslu przebil sie dziwny dzwiek. Jakby ktos stukal w okno. Z trudem uniosl glowe. Na parapecie po drugiej stronie szyby siedziala mala brazowa sowka.
Jego glowa ponownie opadla na lozko. Mial nadzieje, ze sowa wkrotce odleci. Nie mial sily, aby wstac i ja wpuszczac. Moze to cos do Neville'a...
Stukanie w okno przybralo na sile. Stekajac i pojekujac, podniosl sie z lozka i podszedl do okna. Jednak w momencie, kiedy je otworzyl, zoladek podskoczyl mu do gardla i zaczal wymiotowac na podloge. Czul pieczenie w przelyku. To byla zolc. Nie mial juz czym wymiotowac.
Probujac sie nie przewrocic, wyprostowal sie, wytarl usta i chwiejnie podszedl do lozka. Opadl na nie i wtedy zauwazyl, ze sowa usiadla na jego poslaniu.
Nie spodziewal sie zadnej korespondencji. Coz to moglo byc?
Zaciekawiony siegnal do pakunku, odwiazal go od nozki ptaka, ktory natychmiast wylecial przez otwarte okno, a nastepnie otworzyl. W srodku znalazl dwie fiolki. I zwitek pergaminu.
Drzacymi dlonmi,
