***
Kiedy budzimy sie rano, mamy tylko kilka sekund... kilka sekund blogiej nieswiadomosci, zanim dryfujaca przez krainy snu jazn powroci do naszego ciala, przynoszac ze soba... strach. Kilka sekund cudownej niewiedzy, zanim zrozumiemy, kim jestesmy, gdzie sie znajdujemy i co nas czeka. Zaledwie kilka sekund, by przygotowac sie na uderzenie swiata. I nagle nie jestesmy juz unoszaca sie w bezpiecznej ciemnosci istota stworzona z marzen... dopada nas rzeczywistosc. Uswiadamiamy sobie nagle z cala moca, ze to, co wydarzylo sie wczoraj, bylo prawda i ze dzisiaj moze byc tylko gorzej. I nie ma przed tym ucieczki. Trzeba wstac i... przezyc jakos ten dzien. Nie mozemy zanurzyc sie z powrotem w niewiedzy. Nie ma juz odwrotu.
Harry nie byl wyjatkiem. Kiedy obudzil sie tego chlodnego, wtorkowego poranka, przez kilka sekund byl kims innym. Kims, kto nie odczuwa, nie marzy, nie zaluje... Kims, kogo swiat nadal istnieje i nadchodzacy dzien nie kojarzy mu sie jedynie z bolem i pustka.
Ale trwalo to tylko kilka sekund. Potem w jednej wstrzasajacej chwili wszystko nagle powrocilo. I musial bardzo mocno zacisnac powieki, by powstrzymac wlewajaca sie do jego umyslu gesta lawe wspomnien. Ale wraz z obrazami i slowami nadplynelo rowniez cos, co zacisnelo mu petle na gardle i sprawilo, ze poczul bolesny ucisk w klatce piersiowej.
Wzial gleboki, drzacy oddech i jeszcze przez kilka chwil ludzil sie, ze to moze jednak tylko sen. Ze zaraz obudzi sie naprawde i nie bedzie czul tego uscisku ani goryczy i bedzie mogl po prostu wstac z lozka i... zyc. A moze ktos rzucil na niego zaklecie Legilimens Evocis i zamknal go w koszmarze?
Jego reka bez udzialu woli powedrowala pod poduszke w poszukiwaniu chlodnej, gladkiej powierzchni kamienia. Ale nie znalazla go tam.
To nie byl koszmar. To byla prawda.
Ostroznie uniosl powieki.
Jestes i zawsze bedziesz dla mnie nikim. Rozumiesz? Nikim!
Ponownie zacisnal powieki.
Nie! Nie chcial sobie tego przypominac! Jaki to mialo sens? To byl juz koniec.
Koniec.
Coz, to slowo nie brzmialo zbyt optymistycznie. Nie, brzmialo... ostatecznie. Czul sie tak, jakby stracil kogos bliskiego. Bylo w nim takie miejsce, w ktorym ten ktos mieszkal, ale teraz juz go tam nie bylo. Teraz zostala tylko luka, ktorej na razie nie potrafil zapelnic. Nie wiedzial, czym moglby ja zapelnic. Ani czy to w ogole mozliwe.
Westchnal i ponownie otworzyl oczy. Nie potrafil przed tym uciec. Nie potrafil uciec przed przewijajacymi mu sie przez glowe wspomnieniami wszystkiego, co wydarzylo sie wczorajszego dnia, od wejscia do klasy az po...
*
- Stary, co to mialo byc? - zapytal Ron, kiedy Harry podszedl do czekajacych na niego przed klasa Eliksirow przyjaciol. Nie spojrzal na nich. Przeszedl obok bez slowa, nie podnoszac glowy i nie odzywajac sie. Nie mial ochoty na zadne rozmowy. Nie mial ochoty na jakiekolwiek towarzystwo. Po prostu chcial stad odejsc. Odejsc i schowac sie gdzies.
Jednak Ron ruszyl za nim. Po chwili wahania, Hermiona rowniez. Przez jakis czas szli bez slowa. Mijali umocowane na scianach lochow pochodnie, ktore wydawaly sie ciagnac w nieskonczonosc, tak jakby zimne, surowe korytarze nie mialy konca. Po pewnym czasie Harry uslyszal za soba niepewny glos Rona:
- Powiesz nam w koncu, o co poszlo? Przeciez Snape...
- Ron! - przerwala mu ostrzegawczo Hermiona, ale rudzielec zdawal sie tego w ogole nie zauwazyc.
