- To ja przepraszam - powiedziala po dluzszej chwili i przewrocila gruba, szeleszczaca stronice.
I to bylo wszystko. Ale nic wiecej nie bylo potrzebne.
*
Po kolacji wrocil do biblioteki, wypozyczyl kilka tomow, ktorych nie zdazyl jeszcze przejrzec, i obladowany nimi, ruszyl na siodme pietro w kierunku gobelinu przedstawiajacego Barnabasza Bzika probujacego nauczyc trolle baletu. Zatrzymal sie przy przeciwleglej scianie, przeszedl trzy razy w te i z powrotem, usilnie myslac o najlepszym miejscu odosobnienia, w ktorym moglby sie ukryc na reszte wieczoru, i po chwili w scianie pojawily sie drzwi.
Otworzyl je, wszedl do Pokoju Zyczen i... zatrzymal sie gwaltownie, kiedy zobaczyl tak dobrze znajoma mu komnate. Fala goraca zalala cale jego cialo, a serce zabilo mu mocniej.
Dobry wieczor, Severusie.
Siadaj, Potter.
Echo tych slow odbilo sie w jego glowie i poczul bolesny ucisk w piersi. Spojrzal szeroko otwartymi oczami w strone barku.
Ale nie bylo tam nikogo.
Zamknal oczy i westchnal gleboko.
'Prosze, niech ta komnata zniknie, prosze, prosze' - powtarzal jak mantre, bojac sie otworzyc oczy. Jednak po kilku minutach uchylil powieki i znow ujrzal ten sam znajomy barek, biblioteczke, kominek, stolik, zielony fotel...
Przesunal glowe nieco w bok i przelknal sline. Nie bylo drugiego fotela.
Odetchnal ciezko i powoli ruszyl w glab pokoju. Polozyl ksiazki na stoliku i usiadl w zielonym fotelu, spogladajac na trzaskajace w kominku polana. Dopiero po chwili byl w stanie siegnac po ksiazke. Kiedy ja otwieral, zauwazyl, jak bardzo drza mu palce. Zacisnal dlonie w piesci, kilka razy rozprostowal palce, ale niewiele to dalo. To pomieszczenie... czul, jak wspomnienia atakuja go ze wszystkich stron, a on nie byl w stanie z nimi walczyc.
Kazdy fragment tego pokoju, kazdy, doslownie kazdy znajdujacy sie w nim przedmiot nosil na sobie pietno zycia, ktore juz nie istnialo. Ktore juz nie nalezalo do niego.
Polki z ksiazkami, ktore ladowaly na podlodze przy kazdej wiekszej sprzeczce. Drzwi, w ktore tak wiele razy byl wciskany. Sciany, ktore nasiakly jego jekami i krzykiem. Ten zielony fotel na ktorym on i Sn... I barek, przy ktorym...
Barek!
Harry odlozyl ksiazke, podszedl do szafki i otworzyl ja, zagladajac ostroznie do srodka.
Staly tam. W rownym rzedzie. Butelki najlepszych trunkow. Puste.
Przeklal i zamknal barek. A mial tak wielka ochote sie czegos napic. Moze wtedy udaloby mu sie zapomniec. Chociaz na chwile. Na jedna, mala chwile. Czy tak wiele wymagal?
Westchnal i powrocil do fotela. Zapadl sie w niego i zapatrzyl w plomienie.
Koniec tego! Mial postanowienie! Snape juz dla niego nie istnial! Teraz mial inny cel. I to na nim powinien sie skupic. Pieprzyc to, gdzie sie znajduje! Pieprzyc to, co sie tu wydarzylo! Pieprzyc to, ile tu przezyl!
Szarpnal sie i siegnal po ksiazke. Podciagnal nogi, opierajac stopy na skraju fotela i polozyl sobie ksiazke na zgietych kolanach. Wbil wzrok w tekst i zaczal czytac, marszczac brwi w skupieniu i ani razu nie pozwalajac na to, aby jego oczy oderwaly sie od czarnych liter i
