Odwrocil sie i biegiem ruszyl do schodow, ktorymi zjechal na dol, a nastepnie skierowal sie prosto na siodme pietro.
Szlaban ze Snape'em za pietnascie minut! Jasne! Na pewno na niego pojdzie! Wolalby juz spedzic te trzy godziny w jednym pokoju ze stadem Krakwatow!
Czul buzujaca w sobie, przesycona gorycza zlosc i nie mial pojecia, w jaki sposob moglby ja wyladowac.
Oto caly Snape! Moze sobie grac w te swoje gierki, udawac, ze mu zalezy, probowac go podejsc, a tak naprawde jest takim samym sukinsynem, jakim zawsze byl! Ze tez Harry prawie dal mu sie nabrac... Powinien byl wiedziec, ze to wszystko jest tylko wielkim przedstawieniem. Bo przeciez to oczywiste, ze Snape predzej wypije eliksir Neville'a, niz bedzie 'bawil sie w psychologa i terapeute dla tego zapatrzonego w siebie Pottera, ktory pozjadal wszystkie rozumy i ktorego potrzebami nie ma zamiaru sie zajmowac'! Caly on! Dwulicowy, podstepny waz!
Przeszedl trzy razy wzdluz sciany i wpadl do Pokoju Zyczen, po czym rzucil sie na zielony fotel i zapatrzyl w plomienie.
Teraz bedzie musial siedziec tu przez najblizsze trzy godziny i to wszystko, absolutnie wszystko byla wina Snape'a!
Harry spojrzal na zegar.
*
Snape oderwal spojrzenie od zegara, przeniosl je na drzwi, a nastepnie na w polowie oprozniona butelke, ktora stala przed nim na stoliku.
Byla za pietnascie osma.
Siegnal po butelke, napelnil szklanke i wypil duszkiem cala jej zwartosc. Na jego twarzy pojawilo sie ledwie zauwazalne skrzywienie, kiedy palacy napoj poplynal przez jego przelyk. Przymknal powieki i odstawil szklanke na blat.
W ciagu kolejnych trzydziestu minut oproznil butelke do konca i otworzyl druga. Co jakis czas spogladal na zegarek i po kazdym takim zerknieciu wypijal duszkiem cala szklanke. Jego oczy staly sie szkliste. Siedzial w fotelu z rozstawionymi szeroko nogami, a czarne szaty splywaly miekko na podloge. W zrenicach odbijalo sie padajace z kominka swiatlo. Nie patrzyl na nic konkretnego. Po prostu wpatrywal sie w przestrzen przed soba. Trudno powiedziec, czy rozmyslal, wspominal, czy tez staral sie nie robic ani tego, ani tego.
Ponownie zerknal za zegarek. Za pietnascie dziewiata.
Pochylil sie do przodu, sprobowal siegnac po butelke, co udalo mu sie dopiero za drugim razem i nalal sobie do pelna. Czesc trunku wyladowala na blacie. Siegnal po szklanke w tym samym momencie, w ktorym do jego uszu dobieglo odlegle pukanie.
Gwaltownie podniosl glowe, spogladajac na drzwi szeroko otwartymi oczami. To byla chwila. Zerwal sie, odtracajac szklanke i butelke, ktore przewrocily sie na stol, rozlewajac swoja zawartosc i rzucil sie do drzwi. Wpadl do gabinetu, przemierzyl go w kilku krokach i z rozmachem otworzyl drzwi na korytarz.
Wyraz jego twarzy zmienil sie. Przeszyl ja cien, a usta wykrzywil nieprzyjemny grymas.
- Czego chcesz? - warknal w strone stojacej na korytarzu Slizgonki.
- Uch... Chcialam tylko zapytac, czy moglby pan na chwile przyjsc? Chlopcy z czwartego roku pobili sie w dormitorium i pomyslalam...
- Nie mam czasu! Zejdz mi z oczu! - wysyczal, po czym z calej sily trzasnal drzwiami. Odwrocil sie i lekko sie chwiejac, wrocil do salonu. Z jego twarzy ciezko byloby cokolwiek wyczytac, ale wyraz jego oczu byl teraz nieco inny. Cos w nich plonelo. I nie bylo to odbicie plomieni z kominka.
