utworzyl sie napis:
PROBA SFORSOWANIA
INTRUZ: HARRY POTTER
GRYFFINDOR
SZOSTY ROK
Harry otworzyl szeroko oczy.
O cholera! Skad to sie...? Przeciez nigdy wczesniej... Kto w ogole...?
Blyskawicznie siegnal po Mape Huncwotow. Pani Pince i Dumbledore wciaz znajdowali sie w Wielkiej Sali. Filch takze. A wiec kto?
Jego wzrok przykula przesuwajaca sie w rogu mapy kropka, zdecydowanie zmierzajaca w strone biblioteki i to wyjatkowo szybko.
Severus Snape.
O kurwa!
Harry wypadl na korytarz, nie przejmujac sie rzucaniem na drzwi Alohomory, i w ostatniej chwili schowal sie za najblizszym rogiem. Zza zakretu po drugiej stronie korytarza wylonil sie Snape. Peleryna powiewala za nim, kiedy pospiesznie sunal w strone biblioteki. Na jego sciagnietej, surowej twarzy widnialo cos w rodzaju gniewnego poirytowania. Kiedy mezczyzna zniknal w drzwiach biblioteki, Harry ruszyl szybko z powrotem do wiezy Gryffndoru.
A wiec to byl Snape. Ten niemozliwy dran zablokowal mu dostep do dzialu! A przeciez mowil Dumbledore'owi, ze nie zamierza nic z tym zrobic, ze kompletnie go to nie interesuje! A wiec dlaczego...?
Harry przystanal. Dopiero teraz zrozumial. Snape nigdy nie chcial i nie zamierzal uczyc go Czarnej Magii. Nigdy. Dlatego zawsze zbywal Harry'ego, kiedy chlopak go o to prosil. Dlatego tak naskoczyl na Dumbledore'a, ze pozwala mu chodzic do Dzialu Ksiag Zakazanych. Ale dlaczego nie chcial go uczyc? Dlaczego w takim razie uczyl Notta?
Odpowiedz byla bardzo prosta, ale Harry w obecnym stanie umyslu, nie potrafil na nia wpasc. Wciaz wzburzony, ruszyl prosto do dormitorium, siarczyscie przeklinajac po drodze Snape'a i jego bariere.
***
Nastepny dzien minal wzglednie spokojnie, chociaz Harry wciaz nie potrafil pozbyc sie zlosci i rozczarowania z powodu zablokowania dostepu do Dzialu Ksiag Zakazanych. Jak mial sie czegokolwiek nauczyc? Prawdziwie przydatne rzeczy znajdowaly sie tylko i wylacznie w zablokowanym dziale. Jaki byl glupi, ze nie wyniosl stamtad kilku ksiazek i nie ukryl ich w Pokoju Zyczen, poki mial jeszcze okazje!
Dzisiaj znowu czekal go udawany szlaban. Po kolacji poszedl do biblioteki i probowal wybrac dla siebie cos, czego jeszcze nie czytal, a co mogloby mu sie przydac, ale nic takiego nie znalazl. Z pustymi rekami wspial sie wiec na siodme pietro, przeszedl trzy razy wzdluz sciany i poczekal na pojawienie sie drzwi. Pchnal je, wszedl do komnaty i przystanal na srodku pokoju, zastanawiajac sie, co bedzie robil przez najblizsze trzy godziny. Drzwi, skrzypiac nieprzyjemnie, powoli zatrzasnely sie za nim. Harry spojrzal na plonacy kominek. Bylo cicho. Ale cos w atmosferze tego miejsca zmienilo sie. Poczul to dopiero teraz. Jakas... obecnosc. Chlodna aure, ktorej nie powinno tutaj byc. Zamarl, nasluchujac i jednoczesnie odwracajac glowe nieco w bok.
I wtedy katem oka dostrzegl za soba cos ciemnego. I uslyszal cichy szelest szorstkiej peleryny.
Odwrocil sie blyskawicznie i... wciagnal gwaltownie powietrze, czujac krew uderzajaca do glowy, uginajace sie pod nim kolana i zasnuwajaca mu oczy czarna mgle.
Bo oto przed nim stal... Snape. Wpatrujac sie w niego swoimi czarnymi, zmruzonymi oczami, tak jakby usilowal zajrzec mu do duszy.
Harry mimowolnie cofnal sie o krok, podczas gdy jego umysl zalala fala paniki i wscieklosci jednoczesnie.
