puscil jego twarz i wyprostowal sie. - A teraz wracaj do lozka. Chyba nie masz zamiaru stac tutaj do rana i uzalac sie nad soba?
Harry usmiechnal sie mimowolnie.
- Nie - odparl.
- A to nowosc - prychnal mezczyzna, odsuwajac sie i odwracajac glowe. Jego glos stal sie nagle ostrzejszy. - Przeciez ty tak uwielbiasz sie nad soba uzalac.
Ciagle musze cie nianczyc, Potter, pocieszac, wspierac, wyciagac z kolejnego dolka, w ktory postanowiles wdepnac w tej swojej spirali samounicestwienia. Ciagle tylko jeczysz i zawodzisz. Doprowadzasz mnie do bialej goraczki. Jak taki nadwrazliwy, zalosny dzieciak moze byc uwazany za tajna bron w walce przeciwko Czarnemu Panu? Jak Dumbledore moze byc az tak pomylony, by uwazac, ze go pokonasz? Jestes zbyt slaby, zbyt glupi...
- Nie uzalam sie - odparl Harry. - Mialem tylko zly sen. Powiedzialem ci, ze mozemy juz isc spac.
- To dobrze, bo mam dosyc nianczenia cie - odparl cierpko Snape.
Gardze takimi slabeuszami jak ty. Nie masz do zaoferowania niczego wartosciowego. Zadnej nadzwyczajnej mocy, zadnej cechy, ktora moglaby mnie zainteresowac. Nic, poza wiernoscia i oddaniem, ale te mozna wypracowac u kazdego zgarnietego z ulicy psa. Gdybys nie byl mi potrzebny do zabicia Czarnego Pana, to w ogole nie zawracalbym sobie toba glowy.
Obraz zaczal falowac i rozmywac sie. Nalozyly sie na niego cienie innych scen. Ponownie znajdowali sie w komnatach Mistrza Eliksirow, siedzac w fotelach naprzeciw siebie.
- Ciekaw jestem... co by sie stalo, gdybys to ty wypil ten eliksir? Jakie jest twoje najwieksze pragnienie? - zapytal Harry, usmiechajac sie szelmowsko.
Oczy Severusa rozswietlil nagly, krotki rozblysk, kiedy odwrocil glowe w strone biblioteczki. Przygladal jej sie przez chwile, a w eterze rozbrzmiala echem jedna, ale bardzo wyrazna mysl:
Opanuj sie! Natychmiast sie opanuj!
Powoli odwrocil sie z powrotem w strone Harry'ego. Jego oczy znow byly czarne jak tafla jeziora w czasie bezwietrznej nocy, a twarz nieczytelna.
- Ja niczego nie pragne, Potter - odparl twardo z gorycza w glosie. - Jestem teraz zajety - rzucil nagle, zrywajac sie z fotela i odwracajac w strone swojej sypialni - wiec mam nadzieje, ze sam trafisz do wyjscia. Zegnam. - Po tych slowach ruszyl naprzod i w kilku krokach opuscil pomieszczenie, glosno trzaskajac drzwiami. Kiedy znalazl sie sam w swej pograzonej w ciemnosci sypialni, oparl sie plecami o drewniana powierzchnie, pochylil glowe i zacisnal powieki.
Obraz zadrzal i rozbil sie na bardzo wiele odlamkow, a w kazdym z nich zamajaczylo odbicie wielu roznych scen. Po chwili jednak wszystkie polaczyly sie w jedna, ukazujac rozlegle, pograzone w mroku pomieszczenie, pod ktorego scianami stalo kilkadziesiat osob odzianych w ciemne szaty, kaptury i maski. Absolutna, pelna zgrozy cisza, ktora wisiala w powietrzu, byla wynikiem rozgrywajacej sie na srodku pomieszczenia sceny. Wzrok wszystkich obecnych skierowany byl na odzianego w czern mezczyzne, przywiazanego za nadgarstki do ciezkich, zwieszajacych sie z sufitu magicznych lancuchow. Jego plecy byly obnazone, a glowa pochylona do przodu, ukrywajac twarz pod kurtyna czarnych wlosow. Jego klatka piersiowa unosila sie i opadala w plytkich, szybkich oddechach. Unieruchomione w kajdanach dlonie zaciskaly sie w piesci z taka sila, iz paznokcie wbijaly sie w skore i po jego nadgarstkach splywala krew, wsiakajac w mankiety szaty.
Stojacy przed nim Voldemort opuscil rozdzke, w jego czerwonych oczach plonal gniew.
- Zawiodles mnie. Wydalem ci jasny rozkaz, a ty go zignorowales. Nie tego spodziewalem sie po jednym z moich najwierniejszych slug. Miales wyciagnac z nich informacje, bardzo wazne
