- Lec - powiedzial, wyciagajac reke. Ptak rozpostarl skrzydla i odfrunal w ciemnosc, bardzo szybko zlewajac sie z mrokiem.
Snape musi zyc. Musi.
Niewazne, co zrobil. Niewazne, jak bardzo go skrzywdzil. Byl czescia zycia, ktore Harry pozostawil za soba. Byl jedyna osoba, ktora obdarzyl uczuciem. I nawet, jezeli ten mezczyzna okazal sie tym, kim sie okazal... to nie mogl pozwolic mu umrzec.
***
Nie mial ani ochoty, ani zamiaru z nikim rozmawiac. Wiec dlaczego wszyscy uparli sie, zeby zadreczac go pytaniami i swoja obecnoscia? I tak nic nie wiedzieli, nic nie rozumieli.
Zaraz po wyjsciu Rona i Hermiony w szpitalu zjawila sie profesor McGonagall wraz z Dumbledore'em, ale Harry jedynie odwrocil sie do nich tylem, przykryl po sama brode i udawal, ze spi. Nie spodziewal sie, ze dyrektor w to uwierzy, ale po pierwszym pytaniu, na ktore Harry mu nie odpowiedzial, zrezygnowal z kolejnych, najwyrazniej wyczuwajac, ze Harry nie ma najmniejszej ochoty z nim rozmawiac. Odszedl na bok z profesor McGonagall i przez chwile rozmawial z nia polszeptem, po czym opuscil szpital, pozostawiajac Harry'ego pod opieka pani Pomfrey.
Dumbledore... zawsze byl kims, komu Harry bezgranicznie ufal, ale po tym, co zobaczyl w tych nieszczesnych wspomnieniach, cale zaufanie runelo jak wieza o zbyt slabych fundamentach, pozwalajac mu nareszcie przejrzec na oczy. Dumbledore okazal sie... takim samym manipulantem jak inni. Wykorzystywal wszystkich wokol, aby osiagnac swoj cel. Potrzebny byl mu szpieg, wiec bez cienia wahania wyslal Snape'a na niemal pewna smierc. To przez niego Snape musial wrocic do Voldemorta, to przez niego stal sie takim potworem... To z powodu jego egoistycznej, malostkowej decyzji Snape zapragnal sie uwolnic i wykorzystal do tego Harry'ego. Obaj byli siebie warci.
Ale to nic. Nie bedzie o tym myslal. Teraz to juz niewazne. Wszystko jest niewazne. Pozostawil za soba tamto zycie, tamte uczucia, tamte marzenia... Teraz ma pewien cel do zrealizowania. Musi tylko poczekac na odpowiedz Voldemorta.
Przez cala noc nie zmruzyl oka. Byl niespokojny, krecil sie w lozku, wciaz spogladal w okno, wyczekujac...
Czy sowa dotarla? Czy zdazyla na czas? Czy podstep zadzialal? Czy Voldemort otrzymal list? Czy zgodzil sie na jego uklad, czy tez wiadomoscia zwrotna bedzie... nieruchome cialo lezace u bram zamku?
Mogl tylko wierzyc, ze Voldemort nie bedzie chcial zmarnowac takiej szansy. Harry podawal mu sie praktycznie na srebrnej tacy. Czy nie o to mu chodzilo? Czy nie to chcial osiagnac?
Kiedy nadszedl ranek, wstal, ubral sie i bez slowa opuscil szpital, ruszajac do wiezy Gryffindoru. Bylo jeszcze zbyt wczesnie, aby mogl kogokolwiek spotkac. Pokoj Wspolny byl opustoszaly, pograzony w sennej ciszy oraz mglistym polmroku. Harry usiadl przed kominkiem i patrzyl, jak plomienie liza rozzarzone drewno. I zastanawial sie, czy jeszcze kiedykolwiek poczuje w sobie podobne plomienie, poniewaz wydawalo mu sie, ze zaden ogien nie jest w stanie roztopic takiego lodu...
***
Podczas gdy Hermiona i Ron przebywali na sniadaniu, on poszedl pod sale Historii Magii. Nie udalo mu sie jednak do niej dotrzec, poniewaz po drodze dopadla go profesor McGonagall. Zbesztala go za opuszczenie szpitala bez pozwolenia i nie chciala uwierzyc w to, ze Harry czuje sie juz swietnie. Zaciagnela go do pani Pomfrey na badania, ale pielegniarka, po wykonaniu kilku testow, stwierdzila z zaskoczeniem, ze Harry rzeczywiscie wydaje sie byc juz niemal calkowicie zdrowy i ze najwyrazniej przesadzila w nocy z ocena jego stanu, a to, co wziela za niemal agonalne przemarzniecie bylo spowodowane dziwnym szokiem, w ktorym sie znajdowal.
To stwierdzenie pociagnelo za soba kolejna serie pytan, ktorymi zarzucila go McGonagall, pragnac dowiedziec sie, co doprowadzilo do tego, ze znalazl sie na bloniach w takim stanie.
Tego bylo juz zbyt wiele...
