lozka i ukryl twarz w dloniach. Wscieklosc na samego siebie rozpalala jego zyly jeszcze skuteczniej niz wczesniejsze podniecenie.
To wszystko, co robil... bylo zalosne. Musi przestac, musi znalezc jakis sposob, zeby... Musi stad wyjsc! Musi sie od tego uwolnic. Odetchnac. Zapomniec.
A co najlepiej pomagalo zapomniec? Znal odpowiedz na to pytanie.
I wiedzial, jak to zdobyc.
Wrzucil kulke pod poduszke, jednoczesnie wyciagajac spod niej swoja rozdzke. Szybko sie oczyscil, siegnal po Mape Huncwotow i blyskawicznie odnalazl znajdujaca sie w lochach czarna kropke z napisem Severus Snape. Rozejrzal sie po korytarzach. Filch byl na trzecim pietrze, a pani Norris na piatym. Zlapal peleryne niewidke, zerwal sie z lozka, ubral sie cieplo i na palcach wymknal sie z dormitorium. W Pokoju Wspolnym znajdowalo sie jeszcze kilkoro uczniow, ale dzieki pelerynie przesliznal sie niezauwazony. Sprawdzajac mape, aby nie natknac sie na zadnego nauczyciela patrolujacego korytarze, wyszedl z zamku i, brodzac w sniegu, dotarl pod Wierzbe Bijaca. Unieruchomil ja zakleciem Immobilus i podziemnym korytarzem przeszedl do Wrzeszczacej Chaty. Wolalby uzyc przejscia znajdujacego sie za posagiem Jednookiej Wiedzmy, ale byl pewien, ze mialby ogromne trudnosci z wydostaniem sie z Miodowego Krolestwa w srodku nocy, kiedy sklep byl zamkniety.
Uchylil krzywe, ledwie trzymajace sie na zawiasach drzwi i wydostal sie na zewnatrz. Wiatr byl tutaj jeszcze bardziej przenikliwy niz na bloniach. Slyszal, jak wyje i swiszczy w szparach pomiedzy rozpadajacymi sie deskami. Rozmasowal przemarzniete ramiona i ruszyl w kierunku majaczacych w ciemnosci swiatel wioski.
Przez chwile pomyslal, ze moze dobrze by bylo sprobowac zatrzec za soba slady, ktore zostawial w sniegu, ale bardzo szybko porzucil ten pomysl. To nie bylo wazne. Zreszta, kto by go tu szukal?
Hogsmeade w nocy wydawalo sie niemal wymarle. Jedyna oznaka zycia byly rozswietlone gdzieniegdzie okna, ktore rzucaly na snieg kwadraty cieplego swiatla. Harry starannie je omijal, zmierzajac wprost ku swemu celowi... ku lezacej w pewnym oddaleniu od glownego traktu karczmie. Wiedzial, ze bedzie otwarta. I ze nikt nie zwroci uwagi na kolejnego, ukrywajacego sie przybysza.
Przystanal przed drzwiami. Ze srodka dochodzily glosne rozmowy, zachrypniete smiechy i pijacki belkot. Wzial gleboki oddech i pchnal ciezkie drzwi Swinskiego Lba.
Tak, jak sie spodziewal, nikt nie zwrocil uwagi na samo-otwierajace sie drzwi, ani pojawiajace sie na zabrudzonej, drewnianej podlodze mokre slady. Rozejrzal sie. Dostrzegl grupe podchmielonych czarodziejow o dlugich, splatanych wlosach, ubranych w wytarte, polatane plaszcze, ktorzy wygladali tak, jakby karczma byla ich miejscem zamieszkania. Pod sciana siedzialo kilka zakapturzonych postaci, a przy jednym ze stolikow dwie mlode kobiety, ktore zdawaly sie w ogole nie pasowac do tego miejsca. Ale w momencie, kiedy jedna z nich odwrocila na chwile glowe, dostrzegl jej oczy - mialy jadowicie zolty kolor i podluzne zrenice. A wiec nie byly ludzmi. Tak samo jak siedzacy pod oknem mezczyzna o chropowatej skorze przypominajacej kore drzewa.
To bylo wlasnie takie miejsce. Skupiajace wyrzutkow. Odmiencow. Tutaj mogli byc soba i nikt nie zwracal na nich uwagi. Harry do tej pory nie mogl uwierzyc, ze Tonks wybrala wlasnie to miejsce na ich swiateczna zabawe. Teraz, bez tych wszystkich dekoracji, karczma wygladala jak najgorsza speluna, z podloga zasypana sloma i tak zapuszczonym barem, iz wydawalo sie, ze szorujacy go barman jedynie rozsmarowuje na nim brud. Ale Harry'emu to nie przeszkadzalo. Liczylo sie tylko to, po co tu przyszedl.
Ale jak to zdobyc bez zwracania na siebie uwagi?
Stanal pod sciana i czekal. Po krotkiej chwili barman nalal dwa kufle mocno podejrzanego trunku i ruszyl z nimi do stolika pod sciana. Harry wykorzystal te szanse bez namyslu. Wsliznal sie za bar i zlapal butelke czegos, co na etykiecie mialo zaznaczona dostatecznie wysoka ilosc procentow, aby wystarczajaco szybko moglo poslac jego umysl w stan
