O boze...
Slyszal w uszach szum wlasnej krwi, plynacej przez zyly z coraz wieksza predkoscia i rozpalajacej kazdy zakamarek jego ciala. Jak to mozliwe, ze chociaz na zewnatrz bylo tak zimno, on mial coraz wieksza pewnosc, ze zaraz sie roztopi? Jego serce juz dawno przestalo bic i teraz jedynie trzepotalo... szybkimi, bolesnymi skurczami, jakby zamknieto je w klatce i za wszelka cene probowalo sie uwolnic.
Pijani mezczyzni odwrocili sie i zaczeli oddalac, zataczajac sie lekko. Ale Snape nie puscil go od razu. Zrobil to dopiero wtedy, kiedy zupelnie znikneli z pola widzenia.
Reka oderwala sie od jego ust, a podtrzymujace go cialo nagle zniknelo i Harry niemal osunal sie po scianie. Teraz krecilo mu sie w glowie jeszcze bardziej. Dlaczego alkohol nie pomagal mu zapomniec? Wcale nie pomagal. Wrecz przeciwnie. Sprawial, ze wszystko sie... wyostrzalo. Stawalo intensywniejsze. Czyzby wypil za malo? Powinien w takim razie tam wrocic i wypic jeszcze wiecej. Tak duzo, az w koncu zapomni. O nim. O wszystkim. Chocby mial nawet stracic przytomnosc.
- Wracam do srodka - wymamrotal niejasno, odwracajac sie do sciany i lapiac drewnianych bali. - Nie postrzy... powstrzymasz mnie. - Powoli, przytrzymujac sie sciany, zrobil kilka krokow, ale wtedy... wszystko wydarzylo sie w ulamku sekundy.
Poczul lapiace go za ramiona, silne rece. I szarpniecie. I nagle zdal sobie sprawe, ze ma twarz przycisnieta do czarnej szaty. Cala okolica zawirowala, a on doznal wrazenia, jakby cos ciagnelo go we wszystkie strony, probujac rozerwac na kawalki. Jakby nagle znalazl sie w dwoch miejscach jednoczesnie. Stracil grunt pod nogami i odzyskal go dopiero po pelnej przerazenia chwili. Chociaz uczucie bylo bardziej podobne do zderzenia niz miekkiego ladowania.
Uniosl powieki i nagle odkryl, ze znajduje sie na bloniach w poblizu bramy Hogwartu. Przytrzymujace go rece zniknely i Harry zachwial sie, ale jakims cudem nie stracil rownowagi. Wciaz wirowalo mu w glowie, ale wyraznie widzial przed soba ciemna sylwetke i mial wrazenie... ze ten okropny ucisk, ktory odczuwal w klatce piersiowej od przebudzenia, staje sie coraz silniejszy. Jakby to cos... sie przesaczalo. Przez jego mury. Wyciekalo... coraz bardziej i bardziej i nie potrafil juz tego zatamowac, poniewaz wyrwa byla juz zbyt wielka, za bardzo nadszarpnieta. Popekana.
Uniosl glowe i spojrzal wprost w te czarne oczy.
To byl Severus. Jego Severus. Ten sam, ktory go calowal, przytulal... ten sam, ktory mu szeptal, ze Harry nalezy tylko do niego... ten sam, ktory sie do niego usmiechal i nie potrafil tego ukryc... ten sam, ktorego dlonie drzaly z niecierpliwosci, kiedy go dotykal... ten sam, ktory zachowywal sie tak, jakby nie potrafil bez niego istniec...
To, co ich laczylo... to bylo cos pieknego. Czul to w swoim sercu. Ono nie moglo go oszukac. I jesli ich ostatnia noc nie byla prawdziwa, to rownie dobrze moze w tej chwili rozplynac sie w powietrzu. Przeciez tej nocy zdobyl jego usta. Zdobyl jego serce...
Ale byla myslodsiewnia... widzial w niej... widzial...
Czy to mozliwe, ze postradal rozum?
Powoli uniosl dlon, pragnac dotknac tej surowej twarzy, ktora tak dobrze znal. Ktora tak wiele razy piescil palcami, zasypywal pocalunkami...
Ale wtedy Snape brutalnie odtracil jego reke i odsunal sie, spogladajac na niego lodowato.
I w tym momencie Harry zrozumial... a bol w jego klatce piersiowej eksplodowal, uwalniajac cale spietrzone poklady zalu. Tama runela i cisnienie wszystkiego, co przytrzymywala, niemal rozsadzilo go od srodka.
- Jak mogles mi to zrobic?! - krzyknal, rzucajac sie do przodu i uderzajac piesciami na oslep, ale zanim zdazyl go w ogole dosiegnac, poczul ze
