nogi uginaja sie pod nim. - Jak mogles? Jak... - Osunal sie na kolana, sciskajac dlonmi poly czarnej szaty. Trzasl sie jak w goraczce, a z jego piersi wyplywal niekontrolowany szloch. Osuwal sie coraz nizej i nizej, az w koncu dotknal czolem czarnych butow. - Pragnalem tylko ciebie. Tylko ciebie... - Caly tydzien pustki, udawania, nie istnienia... wszystko to, co probowal zepchnac jak najglebiej, wyplywalo teraz z niego, wyplywalo i wyplywalo, a on nie potrafil tego powstrzymac. - Tylko ciebie... Ciebie.
- Wstawaj. Natychmiast. - Uslyszal nad soba cichy, przytlumiony glos.
- Co sie stalo? Nie rozumiem... Przeciez patrzyles na mnie w taki sposob... - szeptal dalej Harry, unoszac sie na falach bolu i sciskajac w dloniach czarna szate, ktora wydawala mu sie w tej chwili jedynym ratunkiem przed utonieciem. - I pamietam... jak nie mogles oderwac ode mnie rak... Pamietam twoje cieplo... Co zrobiles? Co zrobiles?
- Nic nie zrobilem - wysyczal nad nim mezczyzna. - To byla dla mnie tylko gra, ktora juz sie zakonczyla. Nie jestes mi wiecej potrzebny.
- Nie wierze ci. - Szloch zamienil sie w lkanie. - Nie wierze...
- Nic dla mnie nie znaczyles. Nic.
- Nie wierze ci...
- I dobrze ci radze - kontynuowal brutalnie mezczyzna, nie zwracajac uwagi na rozpaczliwe zaprzeczenia Harry'ego - trzymaj sie ode mnie z daleka. Nie zblizaj sie do mnie. Nie patrz na mnie. Nie mysl o mnie. Zapomnij o moim istnieniu.
Zapomniec? Jak mialby to zrobic? Jak? Przeciez probowal... probowal!
- Dlaczego to mowisz? Nie rozumiem... przeciez tamtej nocy... - urwal nagle, kiedy Snape odsunal sie gwaltownie i Harry byl zmuszony puscic jego szate. Teraz, pozbawiony jej dotyku, uswiadomil sobie, ze nie ma juz zadnego ratunku...
- Spojrz na siebie. Jestes zalosny - powiedzial cicho Snape. Jego glos wydawal sie dobiegac z oddali.
Ale to wystarczylo, aby przebic sie i ugodzic. Bardzo gleboko.
Harry uciszyl sie. Nie bylo w nim juz niczego... pozostala jedynie mala struzka, ktora saczyla sie przez pokruszone mury... i uczucie, ze upadl tak nisko, ze nizej juz nie mozna...
To byla prawda. Byl zalosny. Uczepil sie mrzonki. Za wszelka cene chcial sam sobie udowodnic, ze to jest jego dawny Severus... a okazalo sie, ze to nadal ten sam potwor z myslodsiewni. Ze Severus odszedl gdzies daleko. I juz nigdy nie powroci.
Przelknal gorycz w ustach i podniosl sie wolno, podpierajac sie na drzacych rekach i kolanach.
Znowu ogarnial go chlod. Teraz, kiedy pozbyl sie wszystkiego, co w sobie tamowal, kiedy caly bol, zal, gorycz, kiedy to wszystko z niego wyplynelo... znowu pozostala tylko pustka. Ale taka, ktorej juz nie dalo sie wypelnic. Zreszta... nawet nie bylo na to czasu. Juz za kilka dni prawdopodobnie umrze. I zapomni o nim. Nareszcie. Dokladnie tak, jak tego chcial...
Chwiejnie wstal z kleczek i, w ogole nie podnoszac glowy, odwrocil sie tylem do mezczyzny.
- Nie martw sie - powiedzial zlamanym szeptem. - Zapomne o tobie. - Nie uslyszal odpowiedzi. Zreszta wcale sie jej nie spodziewal. - Wracam do zamku. A ty... nie waz sie za mna isc. - Po tych slowach ruszyl przed siebie niepewnym, chwiejnym krokiem.
Nadmiar emocji pozbawil go resztek sil, ktore juz wczesniej nadwatlil alkohol. Probowal isc, ale jedynie sie zataczal. Mial wrazenie, ze od oderwania stopy od podloza do postawienia jej na nim z powrotem mijaja cale wieki, a okolica wykonuje w tym czasie kilka solidnych obrotow.
