zgodzil sie jedynie na pozostawienie malej, kolorowej choinki, ktora stala teraz na srodku stolika w jego salonie, poniewaz najwyrazniej chlopak nie przezylby, gdyby nie mial przynajmniej jednej rzeczy, ktora uswiadamialaby mu, ze wlasnie trwaja swieta. Tak jakby nie bylo tego widac w calym zamku. Przeciez wystarczylo tylko postawic stope poza gabinetem Severusa, by zostac otoczonym przez cale to szalenstwo. Nie musial przywlekac mu tego jeszcze do komnat.
Ale widocznie Potterowi nie potrzeba wiele do szczescia, skoro wystarczy mu tylko male ozdobne drzewko, by mogl na nie spogladac co chwile i usmiechac sie.
I by Severus mogl na to patrzec. Na niego.
Na radosc na jego twarzy, kiedy pil piwo kremowe... i kiedy ogladal szklana kule... i mysl, ze to on, Severus, sprawil mu te radosc, wydawala mu sie tak... surrealistyczna.
Ale, wbrew sobie... zasmakowal w niej.
I zapragnal wiecej.
*
Powietrze falowalo, przesiakniete zarem i glosnymi uderzeniami serca. Cale pomieszczenie wypelnione bylo mgla, ktora znieksztalcala wszystko wokol, pograzajac caly salon w szkarlatnej ciemnosci, w ktorej nie bylo widac niczego, poza jasniejaca, tetniaca wlasnym blaskiem istota, siedzaca na kolanach Snape'a w krwistoczerwonej koszuli, z otwartymi, z trudem lapiacymi powietrze ustami i rozgrzana erekcja, pulsujaca w zacisnietej dloni Severusa.
- No, no, nie mozemy pozwolic, abys zbyt szybko doszedl... - wyszeptal chrapliwie mezczyzna, probujac nadac swojemu glosowi kasliwe zabarwienie, aby zatuszowac buzujaca w nim niecierpliwosc i okielznac glod, ktory odczuwal, gdy patrzyl na chlopaka.
Ale nie zamierzal sie spieszyc. Chcial zajac sie nim odpowiednio, chcial podsycac to pragnienie powoli, patrzec, jak rozpala sie plomieniem i rozrasta coraz bardziej, kazac Potterowi skamlec i kwilic bez konca, by Severus jak najdluzej mogl rozsmakowywac sie w tym widoku i w tych wylewajacych sie z chlopaka emocjach.
Zlapal za czarny krawat, powoli zsuwajac go w dol i poluzowujac na tyle, aby mogl mu go zdjac przez glowe. Odrzucil go na podloge i, nie odrywajac spojrzenia od zamglonych pozadaniem oczu, ukrytych za zaparowanymi okularami, siegnal po guziki koszuli, rozpinajac je powoli jeden po drugim i pochlaniajac wzrokiem kazdy centymetr jasnej skory, wylaniajacy sie spod ubrania. Az w koncu dotarl do ostatniego guzika i mogl odsunac material na boki, niczym kurtyne skrywajaca przed jego oczami upragniony widok. Widok, ktory moglby podziwiac godzinami. Dwie, ciemne brodawki na tle jasnej, nieskazitelnej skory, pozbawionej blizn i skaz, drobna, szczupla, chlopieca postura, tak zywo przypominajaca mu o tym, ze to wciaz byl... zaledwie szesnastolatek. Szesnastolatek, ktory potrzebowal Mistrza, potrzebowal autorytetu, potrzebowal silnej dloni, ktora odbierze mu dech w piersiach i zatrzesie jego swiatem. Ale powoli okazywalo sie, ze swiat Severusa rowniez zaczyna drzec...
Niecierpliwym ruchem zsunal koszule z jego ramion, pozwalajac jej opasc do lokci i zawisnac tam, i w ostatniej chwili powstrzymal pragnienie, by rzucic sie na niego i, nie zwazajac na nic, po prostu go pozrec. W calosci. Delektujac sie kazdym kesem. Smakowac mlodosc i to bezgraniczne oddanie tak dlugo, dopoki nie nasyci sie nim na tyle, by nie pragnac go znow zaledwie kilka godzin po rozstaniu.
Ale zamiast tego po prostu uniosl dlon, dotykajac palcami gladkiej skory na szyi i slyszac ulatujace spomiedzy ust Pottera ciche westchnienie. Harry odchylil glowe do tylu, dajac mu pelny dostep, a Severus chetnie to wykorzystal, bladzac dlonmi po jego szyi, ramionach, obojczyku, klatce piersiowej. Byl taki cieply. Zawsze taki cieply... Severus przesuwal palcami po tej promieniujacej zarem skorze, wiedzac, ze kazdy, najmniejszy nawet fragment... nalezal tylko do niego. Tylko on mial prawo jej dotykac. Tylko on mogl ogrzewac jej zarem swoje chlodne dlonie. Tylko on jeden mial Pottera. Tylko on mogl go piescic, mogl wyczuwac pod palcami kazde zaglebienie jego ciala i starac sie je zapamietac, wraz z jego slodkim zapachem, rozgrzewajacym cieplem oraz ciezkim, przesyconym
