I dopiero, kiedy rozszarpujace go szpony wycofaly sie, pozostawiajac w miesniach bolesne rany, zorientowal sie, ze oplata go ramionami tak mocno, jakby probowal zmiazdzyc go w swym uscisku i przyciskajac usta do jego ucha, szepcze jak w letargu:
- Moj. Tylko moj.
***
Potter zawsze potrafil znalezc jakis sposob, aby wyprowadzic Severusa z rownowagi. I najwyrazniej robil to celowo, bo jak inaczej wytlumaczyc fakt przyjecia od tej rudej wywloki prezentu w postaci krawatu i przyjscia w nim na spotkanie z Severusem? Ten nieobliczalny chlopak musial miec gleboko ukryte sklonnosci samobojcze, skoro probowal czegos takiego i jeszcze osmielal sie sprzeciwiac rozkazowi sciagniecia go z siebie. Bylo wiec oczywiste, ze rozpeta tym pieklo. A teraz stal po prostu na srodku zdemolowanego salonu, wsrod rozwiewajacej sie z wolna mgly. Mgly nieobliczalnego gniewu, ktory potrafil siac spustoszenie wieksze od tornada, oraz pozadania silniejszego niz erupcja wulkanu. Stal wsrod szczatek fotela, posiekanych na kawalki ksiazek oraz rozwalonych drzwi. I rozgladal sie wokol, usmiechajac sie do Severusa tak, jakby wlasnie przed chwila nie probowali sie nawzajem pozabijac.
- Chyba zareagowales zbyt gwaltownie, nie sadzisz? - zapytal, spogladajac na mezczyzne z bezczelnym usmiechem. - Wydaje mi sie, ze czeka cie teraz duzo sprzatania.
Brwi Severusa poszybowaly w gore.
- Mnie?
Zanim Potter zdazyl otworzyc usta, aby odpowiedziec, mezczyzna odwrocil sie i podszedl do blatu, na ktorym stal imbryk oraz kilka filizanek.
- Chetnie popatrze, jak dobrze opanowales zaklecia porzadkujace - powiedzial ze zlosliwa nuta w glosie, zapalajac rozdzka plomien pod imbrykiem. - A ja w tym czasie zajme sie zaparzeniem herbaty. Wydaje mi sie, ze to bedzie najodpowiedniejszy podzial obowiazkow.
Nie minela nawet chwila, kiedy Severus poczul oplatajace go od tylu ramiona i cieple cialo przylegajace do jego plecow.
- Po co tu sprzatac, skoro jutro znowu mozesz wszystko rozwalic z mojego powodu? - uslyszal ciche pytanie.
Zerknal w dol, na zaciskajace mu sie w pasie dlonie. Powoli uniosl reke i przykryl nia splecione palce Harry'ego. Byly rozgrzane wciaz plonacym w nich obu ogniem. I przez jedna szalona chwile w jego umysle pojawila sie mysl, jak jego komnaty moga wygladac, kiedy te palce beda juz zimne...
- Calkiem mozliwe.
***
Ciemnosc. Wypelniona lodem i ogniem, trujaca, jadowita ciemnosc, pozerajaca od srodka wszystkie wnetrznosci, wyzerajaca je niczym kwas i sciekajaca do gardla, by wyplywac przez usta, przez oczy... tylko w ten sposob mozna bylo opisac stan, w jakim znalazl sie Severus, kiedy ujrzal ich razem. W schowku. Jej pomieta, rozpieta bluzke, rozczochrane wlosy, wyrazne slady na szyi, pozostawione przez wpijajace sie w nia wargi... i to przerazenie na twarzy tego wiarolomnego, bezwartosciowego gowniarza, kiedy zostal przylapany na goracym uczynku, przycisniety do niej, z poczuciem winy niemal na samym wierzchu umyslu.
Najgorsze byly wizje. Wizje, w ktorych jej palce wplataja sie w jego wlosy, w ktorych jej uda drza pod naporem jego pchniec, w ktorych otwarte usta wymieniaja sie goracym oddechem, a wargi smakuja swa slodycz, w ktorych on szepcze jej imie z pragnieniem, z oddaniem... dzielac sie z nia soba, swoim cieplem i zapachem, swa jasnoscia...
Te wizje palily oczy, plonely w gardle, nie pozwalajac mu oddychac, zaczerpnac tchu, zobaczyc cokolwiek innego poza szkarlatna ciemnoscia i uslyszec cokolwiek innego niz wypelniajace umysl, przejmujace wycie. I nie opuszczaly go nawet na chwile, cokolwiek robil, zaciskajac na jego szyi petle, coraz mocniej i mocniej, lamiac i
