odnalezc celu, w ktory powinien go skierowac, by poczuc ulge. By uwolnic sie od niego i tego pozerajacego go zywcem uczucia.
Ale w pewnym momencie wszystko wymknelo mu sie spod kontroli. W momencie, w ktorym Potter postanowil sie wtracic.
Nie powinien byl tego robic. Nie po tym, jak Severus przez cala lekcje celowo unikal jego spojrzenia. Celowo go nie zauwazal, za wszelka cene starajac sie odciagnac od niego ten szarpiacy nim gniew i nie dopuscic do tego, by znalazl sie w jego zasiegu.
Ale Potter zawsze taki byl. Zawsze musial byc tym, ktory jako pierwszy wchodzi do wzburzonej wody. Nigdy nie potrafil po prostu siedziec cicho, nigdy nie potrafil odpuscic. Zawsze sie wychylal, bez wzgledu na niebezpieczenstwo, bez wzgledu na to, jak wielka burze moze rozpetac.
Ale tym razem... tym razem to nie byla juz nawet burza. To byl kataklizm.
Kataklizm, ktory narastal z kazdym cisnietym w gniewie slowem, z kazdym rzuconym niczym bloto oszczerstwem. Az w koncu osiagnal taki punkt, w ktorym nie dalo sie juz zawrocic, nie dalo sie juz cofnac zniszczen, ktore wyrzadzil, i w ktorym nawet jedno nieprzemyslane zdanie moglo przechylic czare i zamienic sie w niszczaca wszystko, niemozliwa do zatrzymania lawine.
I dokladnie tak sie stalo w momencie, w ktorym Potter wypowiedzial slowa:
- ...ale dla profesora Dumbledore'a rzeczy, ktore mam do powiedzenia, na pewno bylyby niezwykle interesujace.
Wszystko zniknelo, utopione w gotujacej sie czerwieni. Sciany klasy, lawki oraz uczniowie stali sie zaledwie niewyraznymi cieniami. Powietrze wypelnilo sie trujacymi oparami, wysysajac tlen i pozostawiajac jedynie ciezar tego, co sie pomiedzy nimi wydarzylo. Wszystko inne przestalo sie liczyc. Pozostal tylko Potter i jego ostre niczym odlamki rozbitego lustra zielone oczy, wypelnione zalem i rozczarowaniem. Oczy, ktore widzial na dnie butelki przez cala noc.
Skoczyl do przodu, opierajac dlonie na blacie lawki i pochylil sie, zanurzajac swoje spojrzenie w tych oczach. Musial w koncu stawic im czola. Nie mialy prawa wzbudzac w nim tego potwornego uczucia. Nie mialy prawa wzbudzac w nim jakiegokolwiek uczucia, poniewaz niedlugo i tak beda puste. Nie mialy prawa cokolwiek dla niego znaczyc!
- Grozisz mi, Potter? A kim ty jestes, zeby mnie szantazowac? W ogole sie nie liczysz! Nic mnie nie obchodzisz! Ani ty, ani twoje zdanie! Jestes tylko zalosna kopia swojego skretynialego ojca! Niczym wiecej! Masz sie za kogos wyjatkowego? Myslisz, ze kogokolwiek obchodzisz? Wbij sobie wreszcie do glowy, ze jestes nedznym, bezwartosciowym, nic nieznaczacym zerem! Ze jestes i zawsze bedziesz dla mnie nikim! Rozumiesz? Nikim!
Ulga, ktora poczul, kiedy wyrzucil z siebie te slowa, byla niemal oslabiajaca. Ale nie trwala dlugo. Splynela na podloge i zamienila sie w lodowa kaluze, kiedy ujrzal wyraz twarzy Pottera... kiedy ujrzal jego lzy.
Poczul sie wtedy tak, jakby cos wbilo mu sie bolesnie w zoladek i rozerwalo wnetrznosci, pozostawiajac otwarta, rwaca rane. Mial wrazenie, ze wszystko rozsypuje mu sie w palcach i nie pozostalo juz nic, co daloby sie uratowac.
I w tej jednej chwili oddalby wszystko, aby cofnac te slowa.
Dzwonek byl niczym wybawienie. Pozwolil mu pozostac tylko z Potterem i chociaz sprobowac... porozmawiac z nim. Ale do Harry'ego nic juz nie docieralo. Byl zamkniety, odlegly, zadne slowo, ktore Severus wypowiedzial pozniej, nie trafilo do jego umyslu. I nawet jezeli Severus mial ochote potrzasnac nim, zaslonic mu usta dlonia, by powstrzymac je od wypowiadania slow, ktore wbijaly sie w niego niczym sztylety, przycisnac go do siebie i powiedziec mu, zeby sie zamknal i po prostu posluchal tego szalenczego odglosu, ktory wydaje jego serce, kiedy jest blisko niego... to nie mogl tego zrobic. To byloby jak przyznanie sie do przegranej. A on byl Severusem Snape'em. Nigdy nie przegrywal. Nawet ze soba.
