swa wlasna dlon.
Rowniez drzala.
*
Kiedy Severus wychodzil z sali, znajdujace sie po drugiej stronie korytarza drzwi do lazienki otworzyly sie samoczynnie. I wyjatkowo gwaltownie.
W pierwszej chwili pomyslal, ze to przeciag, ale nie poczul zadnego wiatru. Potem pomyslal, ze to jeden z duchow albo moze Irytek. Ale nawet Irytek nie byl az tak glupi, aby probowac jakichkolwiek sztuczek w poblizu Severusa. Dyrektor moze i byl wobec niego poblazliwy, ale Severus juz kilka razy pokazal mu, ze znal takie zaklecia, przed ktorymi nawet poltergeist czul respekt.
Odwrocil sie i podszedl do lazienki, aby zamknac drzwi, ale wtedy w jego nozdrza uderzyl zapach. Tak znajomy, tak aromatyczny, ze wszystko wokol nagle zawirowalo.
Wanilia.
Powietrze wypelnilo sie iskrami i czerwona mgla. I glebokim, wypelniajacym przestrzen dudnieniem. Jego umysl zadzialal blyskawicznie, wychwytujac poszarpane nici przerazenia, naplywajace spod sciany.
Potter. Byl tutaj. Tuz obok. Ukryty pod ta swoja przekleta peleryna. Wystarczylo tylko wyciagnac reke i sciagnac ja z niego i...
Nie. To nie czas na to. Jeszcze nie teraz. To zbyt duzy krok. Musi dzialac ostroznie.
Mgla opadla, zastapiona niemalze plynna ciemnoscia. Ale dudnienie pozostalo. Bylo teraz tylko nieco slabsze. Zduszone. Jakby ktos zlapal je w dlon i scisnal.
Jeszcze raz wciagnal gleboko do pluc otaczajaca go won i powoli zamknal drzwi lazienki. I po prostu odszedl.
***
Potter nie pojawil sie na kolacji. Severus skierowal wiec swe kroki do biblioteki, pewien, ze znowu sie w niej ukrywa, ale tam rowniez go nie bylo.
Wygladalo wiec na to, ze dzisiaj juz wiecej go nie zobaczy...
Cala noc pracowal nad eliksirem. Udalo mu sie stworzyc idealny wywar z jadu czarnej wdowy i zasuszonych paznokci druzgotka. Sparalizowal receptory chochlika kornwalijskiego na wystarczajaco dlugi okres, aby trucizna, ktora mu podal, zaczela dzialac dopiero po poltorej godzinie.
Kiedy tylko opuscil laboratorium i rozejrzal sie po swojej komnacie... od razu zapragnal z niej wyjsc. Cos sie w niej zmienilo. Cos niewielkiego, niemal niezauwazalnego, ale z dnia na dzien wydawalo sie coraz bardziej wyrazne. Nie potrafil jedynie okreslic zrodla tej zmiany.
Wszystko bylo na swoim miejscu. Idealnie poukladane na polkach ksiazki. Nie porozwalane na podlodze. Czysta, schludna podloga. Nie zascielana fragmentami porozrzucanych ubran i butow, o ktore nieraz sie potykal. Idealna cisza i spokoj. Bez ciaglego, bezsensownego paplania przerywanego nieopanowanymi wybuchami smiechu. Doskonale miejsce do zycia. Do zycia, ktore zawsze tu prowadzil. Z ksiazka w jednej rece, szklana whisky w drugiej i swoimi eliksirami wokol.
Wiec czego jeszcze chcial? Czego mu tu brakowalo?
Wyszedl w poszukiwaniu odpowiedzi. Nogi zaprowadzily go do Wielkiej Sali na sniadanie. Siedzial w niej tak dlugo, dopoki polmiski z potrawami nie zniknely ze stolow, ale Potter nie zjawil sie. Poszedl wiec do biblioteki. Tam tez go nie bylo.
Sobota wiazala sie z brakiem lekcji. A co za tym szlo, Severus mial caly dzien tylko dla siebie. Eliksir nie wymagal teraz zadnej uwagi. Pozostalo mu jedynie dodanie do niego wywaru, ktory uwarzyl dzisiejszej nocy, ale moze to zrobic na samym koncu.
Wrocil wiec do komnat. Rozejrzal sie po wypelnionym jedynie cichym trzaskiem ognia w
