– Cofnela sie, zapraszajac go do srodka. – Skad wracasz?
Shane tymczasem wszedl do kuchni, zdjal kapelusz i polozyl go na stole. Corrie wylaczyla radio. Gdy byl w dzien, nie sciagal kapelusza. To chyba ten jej stroj tak na niego podzialal.
Shane zatrzymal sie w pol kroku i podniosl cos z podlogi. Klips. Po chwili podniosl drugi. Bez slowa polozyl je na stole, choc widziala, ze zzera go ciekawosc.
– Przejechalem sie do miasta zobaczyc, co sie zmienilo. Wpadlem na chwile do nowego baru przy autostradzie.
– Zarumienila sie pod jego uwaznym spojrzeniem. – Bylas tam juz?
Chce z niej cos wyciagnac? Nie powinna miec mu tego za zle po tym, jak pozbieral z podlogi klipsy. Od razu sie domyslil, ze jest wsciekla na faceta.
– Nie chodze po piwnych spelunach – rzekla, a Shane zachichotal.
– Corrie, nie przesadzaj. Podaja piwo, ale to calkiem przyjemne miejsce. Maja tam inne napoje, bezalkoholowe tez, nawet w duzym wyborze. Jest takze duzy parkiet, a do tanca przygrywala kapela country. Pomyslalem, ze namowie cie na tance.
– Nie tancze.
Shane sie usmiechnal.
– Ale ja tak, Panno Zrzedo. I chetnie cie poucze, jesli przestaniesz tak na mnie burczec. – Znowu przesunal po niej spojrzeniem. – Chociaz nie, cofam te slowa. Mozesz sobie mruczec, ile chcesz, a ja i tak cie bede uczyc.
Ruchem glowy wskazal na jej bluzke.
– Ladnie ci w rozowym – rzekl i usmiechnal sie szerzej.
– Wreszcie doczekalem dnia, ze Corrie Davis wlozyla obcisle biale dzinsy. – Przesunal wzrok nizej. – I sandalki. Masz sliczne paluszki. Pewnie teraz ciagle je pokazujesz.
Z wrazenia nie mogla wydobyc z siebie glosu. Byla tak zla na siebie i swoja glupote, ze teraz te komplementy dzialaly na nia jak balsam. Shane mowi szczerze, tego jest calkowicie pewna.
Shane podniosl wzrok, zatrzymal go na chwile, wyraznie zachwycony jej kobieca sylwetka.
– Teraz potrzeba ci tylko jednego. Pasa z duza klamra, ktora podkresli twoja waska talie. Nie z taka malutka klamerka – dodal, wskazujac na jej pasek. – Ta bedzie w sam raz… – Zaczal natychmiast odpinac swoj pas z wielka zlota klamra mistrza rodeo. – Moj pas bedzie na ciebie za dlugi – rzekl, odpinajac klamre.
Impulsywnie zlapala go za rece.
– Shane, nie! Nie zdejmuj tej klamry!
Ich spojrzenia sie skrzyzowaly. Znieruchomiala, glos uwiazl jej w gardle. Shane ujal jej dlonie. Stali blisko, jej rece opieraly sie o jego mocny tors.
Nagle cos sie zmienilo, Shane sie zmienil.
– Corrie, chcialbym bardzo, zebys to dzis wlozyla – rzekl cicho.
– Nie moge. To twoje trofeum. Nigdzie nie pojde, jesli nie wlozysz go z powrotem.
Wygial usta w usmiechu.
– Czy mam przez to rozumiec, ze pojdziesz dzis ze mna na tance?
Oczy zapiekly ja nagle, nie wiadomo dlaczego.
– Nie… nie wiem. Ale prosze, zabierz ten pas. Zapracowales sobie na te klamre. Toby nie bylo w porzadku, gdyby nosil ja ktos, kto nie jest mistrzem rodeo. Ja nie jestem – dodala zartem, probujac rozladowac atmosfere. – Zapytaj zrebaka, ktory mnie rano zrzucil.
Cisza z kazda sekunda gestniala. Patrzyli sobie prosto w oczy.
– Jestes mistrzynia, Corrie – odezwal sie wolno, a jej lzy naplynely do oczu. – Ale bylem glupi – ciagnal. – Dlaczego wczesniej tego nie widzialem?
Corrie zasmiala sie nerwowo, potrzasajac glowa. Za nic nie chciala sie rozplakac.
– Czy pochlebstwo jest jedna z konkurencji rodeo? Nie wiedzialam.
– Nie, madame. Pochlebstwo jest nieszczere. A ja skladam hold. To wielka roznica.
Popatrzyla na swoje dlonie. Gdyby dalo sie cofnac czas i wrocic do dzisiejszego poranka. Wszystko bylo proste i nudne. Ale odkad pojawil sie Shane, nie umie sie odnalezc. Tyle sie zmienilo, wszystko sie jej wymyka spod kontroli.
Shane odlozyl pas i klamre na stol, a potem ujal palcami jej twarz i uniosl ja wyzej.
Zdazyla jeszcze zobaczyc roziskrzone spojrzenie jego niebieskich oczu. Powoli opuscil glowe.
– Shane, nie… – wydusila, ale jego usta delikatnie dotknely jej warg, tlumiac protest. Jeszcze raz musnal jej usta.
Leciutko, zmyslowo…
Ogarnelo ja przerazenie. Co teraz powinna zrobic? Oddac pocalunek? Zacisnac usta? Moze odwrocic glowe? Wybawil ja, odsuwajac sie nieco.
– Caluje dziewczyne innego? – zapytal chropowatym glosem.
Zaskoczyl ja tym pytaniem.
– Nie, skadze – odparla bez namyslu. – Jasne, ze nie.
– Jasne, ze nie? – Zasmial sie. – Jak mam to rozumiec?
W jego glosie brzmiala ledwie slyszalna nuta niedowierzania. Zrobilo sie jej przykro. Musi to przerwac. Jeden Merrick juz dzisiaj dobrze ja podszedl. I nie wiadomo, co knuje drugi.
Nick zasial w niej watpliwosci co do mezczyzn. Wszystkich, lacznie z Shaneem. Shane jest przyjacielem, ale z nim tez musi uwazac. Moze blednie odczytac jego intencje. Za duzo sobie obiecywac. Dla niego takie buziaki to nic nadzwyczajnego, stale sie caluje.
Cofnela sie. Chciala uwolnic rece z jego uscisku, ale nie puszczal jej. Nie mogla spojrzec mu w oczy.
– To byl trudny dzien – powiedziala. – Jestem taka zmeczona, ze ciezko mi zebrac mysli.
Znowu sie rozesmial.
– To nie z powodu zmeczenia, skarbie. Tylko od calowania. Jesli myslisz, ze to nie dlatego, chetnie powtorze.
Usmiechnela sie. Nie odmawia mu doswiadczenia w tych sprawach. Troche tylko trudno pogodzic sie, ze wszystko jest takie przewidywalne.
– Ciesze sie, ze wrociles do domu. I ze wpadles do mnie.
Tak dawno sie nie widzielismy.
Zmusila sie, by na niego popatrzec. Ile by dala, zeby juz sobie stad poszedl! Miala przed oczami obrazy sprzed lat, gdy oboje chodzili do szkoly. Rozkleja sie.
Ten pocalunek nadal ich przyjazni nowego znaczenia. Cos sie zmienilo. Miala tylko nadzieje, ze nie popsuje ich przyjazni. Teraz pada z nog. Marzy, by sie polozyc.
Shane popatrzyl na nia, jakby sie czegos spodziewal, ale w koncu ja puscil. Cmoknal w policzek i wyszedl.
Wziela ze stolu klipsy. Przez moment zastanawiala sie, czy je wyrzucic do smieci. Ostatecznie zgasila swiatlo, zabrala klipsy i poszla na gore.
Rozdzial 6
Rano, gdy chciala wziac szczotke, zeby sie uczesac, uzmyslowila sobie, ze wczoraj miala ja w torebce, a ta zostala u Merrickow. Zupelnie o niej zapomniala. Co w koncu nie jest czyms dziwnym, bo nie jest przyzwyczajona do chodzenia z torebka. Gdyby nie miala w niej rowniez portfela, machnelaby reka i kupilaby sobie nowa szczotke.
Rozczesala wlosy grzebieniem i zaplotla je w warkocz. A potem, jeszcze przed sniadaniem, wziela sie do codziennych zajec. Dwoch pracownikow, zatrudnionych na pol etatu, przychodzilo o wpol do siodmej. Dzis mieli przepedzic stado na inne pastwisko, tym bardziej wiec chciala byc gotowa na ich przyjscie.
Moglaby zadzwonic do Merrickow i poprosic o podrzucenie torby, ale to nie byl najlepszy pomysl. Wolala, by Shane nie wiedzial o jej wczorajszej wizycie. Domyslala sie, ze Nick nie bedzie sie tym chwalil. Miedzy bracmi jest wiele niedopowiedzen, wczoraj sama sie o tym przekonala. Po fatalnym zakonczeniu kolacji Nick pewnie nie zechce do niej wracac. Gospodyni tez bedzie trzymac jezyk za zebami, jesli Nick ja o to poprosi. Czyli trzeba