Sunday strzelal z biodra, wyciagajac jedna reka kolejne magazynki i wciskajac je w gniazdo karabinu. Ale nic nie pomagalo. Ocalale pancerze uciekaly przed nacierajaca fala zoltych cial i zadna sila ognia nie mogla tego zatrzymac.
— Kosiarze, przygotowac sie do salwy na krotki dystans — rozkazal, kiedy Posleeni mineli linie umocnien, jeszcze do niedawna zajmowanych przez zolnierzy. Nie probowal nawet sprawdzac, kto zostal.
— Gdzies trzeba umrzec — mruknal, szczesliwy, ze mial okazje jeszcze raz widziec Wendy. Zmienil kolejny magazynek, kiedy do okopu zsunal sie Stewart, a za nim major.
— Wycofac sie do Kosiarzy! — powtorzyl O’Neal, odwracajac sie blyskawicznie i otwierajac ogien.
— Amunicja! Juz nie mam! — Jeden z Bandytow wpadl do okopu z zaopatrzeniem i zaczal zdzierac pokrywy ze skrzyn. — Amunicja dla Kosiarzy!
— Kosiarze, ognia! — rozkazal Tommy, kiedy front natarcia Posleenow zblizyl sie na trzydziesci metrow.
Kazdy z czterech Kosiarzy mial zamontowane cztery dzialka fleszetkowe; grad metalowych ostrzy wyoral olbrzymia wyrwe w masie obcych i na moment ja zatrzymal. Ale nacierajacy z tylu popchneli przednie szeregi wprost na nawale ognia, ktorej zasadniczym minusem bylo to, ze bardzo szybko zuzywala amunicje.
— Pusto! — zawolal McEvoy. — Konczy mi sie amunicja!
— Mam — powiedzial Bandyta, otwierajac skrzynie i wysuwajac ladownice. — Idzie uzupelnienie! — oznajmil, przechylil pojemnik i wysypal jego zawartosc do ladownicy.
— Uzupelnienie! — krzyknal nastepny Kosiarz, stawiajacy sciane ognia na polnocy.
Ale w miare jak Kosiarze zuzywali kolejne skrzynie amunicji, masa Posleenow coraz bardziej zblizala sie do ich okopu.
— Koniec! — krzyknal McEvoy, a potem obejrzal sie na stojacego za nim zolnierza. — Czesc, panie majorze.
— Bierz kamien! — warknal O’Neal, kiedy jego pusty magazynek wypadl na ziemie.
— Skrzynie sa puste!
— Koniec! — zawolal Sunday, wyrzucajac ostatni magazynek, i zamachnal sie karabinem na pierwszego Posleena, ktory dotarl do okopu. Ciezka kolba roztrzaskala sie od sily uderzenia, a w jego reku pozostala jedynie irydowa lufa, ktora natychmiast rozbil leb nastepnego obcego.
— KURWA MAC! — wrzasnal O’Neal. — Nie chce zdychac w tej smierdzacej JAMIE!
— SKURWYSYNY! — krzyknal Sunday, widzac, jak major wspina sie z powrotem na krawedz okopu, gdzie tnie i rozrywa obcych na kawalki. — Wracaj, majorze!
Tommy zabil jeszcze dwoch Posleenow, zanim pierwszy miecz trafil go w ramie. Niemal tego nie zauwazyl, ale potem spadl nastepny, i nastepny, i poczul, ze juz nie moze ciac i tluc na wszystkie strony naraz. Kosiarze opierali sie plecami o tyl okopu i walili Posleenow piesciami, Stewart i McEvoy znikneli pod masa cial, majora nie bylo widac, a…
Nagle niebo zajasnialo ogniem. W ulamku sekundy Tommy zobaczyl, jak zrenice zoltych slepiow Posleenow kurcza sie do rozmiarow lebka od szpilki, a w ich teczowkach odbija sie Zarowka Boga. Padl na ziemie.
I wtedy poczul na plecach uderzenia olbrzymiego mlota, ktory raz za razem podrywal go w gore i ciskal nim o ziemie. Potem jakas sila rzucila go na sciane okopu, bolesnie wykrecajac w tyl reke. Wiedzial, ze jest zlamana, ale konstrukcja pancerza wytrzymala. Gdyby nie to, z pewnoscia by zginal. Czekal i czekal, przez chwile, przez cala wiecznosc, az w koncu wszystko ucichlo i mogl sie rozejrzec.
Przez jakis czas zaden z systemow pancerza nie potrafil niczego ustalic, ale potem sensory powoli ozyly i Sunday mogl sie zorientowac, co sie wokol niego dzieje. Pierwsza wrocila telemetria pancerzy. Nie bylo ich wielu. Jeden tu, jeden tam…
Tommy szukal ikony swojego dowodcy, ale nigdzie nie bylo jej widac.
Kiedy wystrzelony przez SheVe pocisk z antymateria wybuchl, Mike byl, w przeciwienstwie do Sundaya, poza okopem, w masie Posleenow. Po raz drugi w zyciu znalazl sie. na drodze jadrowej eksplozji. Tym razem przynajmniej mial chwile, aby sie przygotowac, wiec zamiast chwytac sie ziemi, co prawdopodobnie i tak byloby daremne, skoczyl w gore i zwinal sie w klebek, zastanawiajac sie, gdzie wyladuje.
Fala uderzeniowa porwala go i uniosla na poludnie. Otarl sie o cos bardzo twardego — uderzenie zabolalo go, pomimo zelowej wysciolki i kompensatorow inercyjnych — ale potem bylo juz tylko powietrze.
Sensory pancerza wciaz nie dzialaly, ale mimo to Mike wyczul, ze fala slabnie, wiec na wypadek gdyby spadal prosto w dol, przybral pozycje spadochroniarska. Udalo mu sie w pewnym stopniu zapanowac nad kompensatorami i wykorzystac to, zeby ustabilizowac swoj lot.
W koncu sila jadrowego wybuchu zaczela slabnac i nadeszla fala powrotna, ktora pochwycila go i rzucila z powrotem.
W sumie byl w powietrzu niecale pietnascie sekund, chociaz zdawalo mu sie, ze to trwalo cala wiecznosc.
Kiedy powietrze sie oczyscilo, spojrzal w dol i wybuchnal histerycznym smiechem. Lecial siedemset metrow nad ziemia, prosto na ruiny swojego liceum, w ktorych roili sie wciaz zywi Posleeni.
— Zawsze chcialem tutaj wrocic w wielkim stylu…
— Sunday!
— Majorze?
Sunday przejrzal mape, ale nigdzie nie widac bylo ikony dowodcy. Stewart i Duncan byli ciezko ranni, pozostali oficerowie nie zyli. Mimo zlamanego ramienia, Tommy byl w najlepszej ze wszystkich formie. Zostal mu niecaly pluton zolnierzy, wiec brzemie dowodzenia nie bylo zbyt ciezkie.
— Tak, zyje. Za moje grzechy. Opuszczam wlasnie Clayton. Skontaktowalem sie z SheVa jest gotowa do ostrzalu na wezwanie do momentu, az Posleeni ja zaleja albo ktos inny przyjedzie, aby uratowac nam wszystkim tylki. Wyglada na to, ze u was juz jest czysto.
— Tak, sir. Nie widac zadnych Posleenow.
— Zbieraja sie pod Clayton. Wzywam ogien, ale nie powinien objac waszej pozycji. W najblizszej przyszlosci powinniscie miec spokoj.
— Tak, sir.
— O’Neal. Bez odbioru.
— SheVa Dziewiec?
— Slucham, majorze.
— Jeden razenia powierzchniowego, UTM polnoc 386187, wschod 280579.
— Przyjalem. Jaka jest pana pozycja? Odbior.
Mike tkwil po pachy w ziemi i kamieniach.
— Zabezpieczona. Prosze, strzelajcie.
— Strzal. Odbior.
— Strzal. Bez odbioru.
Chwila ciszy.
— Kontakt. Odbior.
— Kontakt. Bez odbioru.
Mike usmiechnal sie, kiedy atomowa kula ognia pochlonela jego dawne zaglebie rozrywki.
— Tak naprawde nigdy nie lubilem Clayton.
Zaczekal, az kurz z grubsza opadnie, a potem rozejrzal sie w poszukiwaniu nastepnego celu.
— Najwiekszy problem z atomowkami to znalezc dobre miejsce do kierowania ostrzalem — powiedzial sam do siebie. Wlaczyl powiekszenie i pokrecil glowa. — SheVa, dacie rade siegnac UTM polnoc 385846, wschod