rzecz dosc powaznie i w jej oczach pojawily sie lzy.
Odwrocila sie, by je ukryc, i powiedziala po angielsku:
— Zaproponowalam, ze zostane, przynajmniej przez pierwszy rok Dravindry…
— Wiem, ale to byloby za wiele. O ile Berkeley nie zmienilo sie od czasow, kiedy ja tam bylem, to bedzie cie potrzebowac. (Wszelako nie bardziej niz ja, chociaz inaczej, mruknal pod nosem i usmiechnal sie do siebie). A ty, niezaleznie od tego czy zrobisz dyplom, czy nie, nie mozesz zostac jedynie zona rektora. Rani usmiechnela sie.
— Nie jestem pewna, czy mialabym na to ochote, biorac pod uwage przypadki, ktore zdarzylo mi sie widziec. — Przeszla na jezyk Taprobane. — Oczywiscie nie mowil pan powaznie?
— Calkiem powaznie. Nie wybieram sie, oczywista, na sam szczyt, a tylko do freskow. Od pieciu lat juz tam nie bylem. Jesli bede wciaz zwlekal… — Nie musial konczyc zdania.
Przez chwile Rani przygladala mu sie w milczeniu, po czym uznala, ze zadne przekonywanie nie ma sensu.
— Powiem Dravindrze. I poszukam Jaye. To na wypadek, gdyby trzeba bylo pana znosic.
— Niech bedzie. Chociaz jestem pewien, ze sam Dravindra tez by wystarczyl.
Rani usmiechnela sie, po czesci z duma, po czesci z zadowoleniem. Ta para, pomyslal gospodarz, to najszczesliwszy mozliwy los na loterii. Mial nadzieje, ze te dwa lata sluzby spolecznej uplywaly im rownie milo, jak jemu. W obecnych czasach luksus posiadania osobistej sluzby byl dostepny tylko ludziom uznawanym za naprawde zasluzonych. Zreszta, Rajasinghe nie slyszal tez o nikim innym, kto mialby na wlasnosc choc jedno drzewo.
By oszczedzac sily, przez Ogrody Rozkoszy przejechal malym pojazdem na baterie sloneczne. Dravindra i Jaya woleli przechadzke, twierdzili, ze tak bedzie szybciej (i mieli racje, ale szli na skroty). Wspinal sie nader powoli, robiac czeste przerwy dla nabrania oddechu, az dotarl do dlugiego korytarza nizszej galerii, gdzie Lustrzany Mur biegl przy samej skale.
Obserwowana przez ciekawych wszystkiego turystow, mloda archeolozka z jednego z krajow afrykanskich poszukiwala na scianie inskrypcji. Pomagala sobie przy tym poteznym reflektorkiem. Rajasinghe mial ochote powiedziec jej, iz szansa na odkrycie czegokolwiek nowego bliska jest zeru. Paul Sarath dwadziescia lat badal kazdy milimetr kwadratowy skaly, a wyniki opublikowal w trzytomowym dziele
Ten dawny duchowny po czesci mial racje, po czesci niezupelnie. Damy ze skaly przetrwaly juz czas dwukrotnie dluzszy niz podany przez kaplana, chociaz wkolo nich nastala era cudow, o ktorych tamten nie mogl nawet marzyc. Ale jak niewiele tych dam zostalo! Niektore zapiski wspominaly o „pieciuset zlotoskorych pieknosciach”. Nawet biorac pod uwage poetycka przesade, jasnym bylo, ze ledwo jedna dziesiata malowidel umknela zaglady z rak malych duchem ludzi i za sprawa deszczu. Jednak ta dwudziestka, ktora ocalala, byla juz bezpieczna. Ich urode zapisano i powielono na niezliczonych tasmach, w niezliczonych krysztalach bankow pamieci.
Przetrwaly tez pewnego skrybe, ktory samemu pozostajac bezimiennym, napisal:
Przez lata Rajasinghe, takoz noszacy krolewskie imie i niewatpliwie majacy krolow wsrod przodkow, czesto zastanawial sie nad tymi slowami. Tak dokladnie ukazywaly efemerycznosc ludzkiej wladzy, kruchosc ambicji.
Nie bylo szansy ustalic, kim byl ow anonim, w gre wchodzilo przynajmniej dwunastu krolow. Niektorzy panowali przez wiele lat, inni tylko przez kilka tygodni i niewielu z nich umarlo wlasna smiercia w loznicach. Nikt nigdy nie dowie sie, czy inskrypcja byla dzielem Mahatissy Drugiego, czy Bhatikab-hayi, czy moze Vijayakumara Trzeciego lub Gajabahukagamaniego, Candamukhasivy, Moggallana Pierwszego, Kittisena, Sirisamghabodhiego… albo i jeszcze innego monarchy, ktory w ogole nie zapisal sie nigdy w historii Taprobane.
Operator windy ze zdumieniem spojrzal na dostojnego goscia i przywital Rajasinghego wylewnie. Klatka wyciagu powoli pokonala pietnascie metrow, ktore niegdys trzeba bylo pokonywac spiralnymi schodkami. Schodki zreszta istnialy nadal; Dravindra i Jaya maszerowali wlasnie po nich dziarsko, ale oni mieli mlode nogi.
Winda zatrzymala sie ze szczekiem i Rajasinghe wyszedl na niewielka stalowa platforme przymocowana do pionowej skaly. Wokol rozposcierala sie pustka, jednak mocna druciana oslona stwarzala poczucie bezpieczenstwa. Nawet najbardziej zdeterminowanemu samobojcy nie byloby latwo pokonac wszystkie te przeszkody i uciec z mogacej pomiescic tuzin ludzi klatki umocowanej pod skalnym nawisem.
Tutaj wlasnie, dzieki wystepowi skaly, powstala plytka jaskinia chroniaca malowidla przed zywiolami. Tutaj trwaly ocalone damy niebianskiego dworu. Rajasinghe przywital je w milczeniu i opadl ciezko na krzeslo podsuniete przez pracujacego na skale przewodnika.
— Chcialbym zostac sam na dziesiec minut-powiedzial cicho. — Jaya, Dravindra, sprobujcie powstrzymac przez ten czas turystow.
Towarzysze spojrzeli nan niepewnie, przewodnik zas zastanowil sie, jak pogodzic to z zakazem pozostawiania freskow chocby na sekunde bez strazy. Jednak ambasador Rajasinghe mial swoje prawa i potrafil je wyegzekwowac nie podnoszac nawet glosu.
—
Poczekal uprzejmie na odpowiedz, ale one potraktowaly go rownie obojetnie jak wszystkich, ktorzy zagladali tu przez ostatnie dwa tysiace lat. Rajasinghego to nie zrazilo, przywykl do ich wynioslosci. W zasadzie to nawet dodawalo im uroku.
— Mam pewien problem, kochane — powiedzial. — Widzialyscie wszystkich, ktorzy od czasow Kalidasy najezdzali Taprobane. Widzialyscie, jak potem odchodzili. Widzialyscie dzungle ogarniajaca Yakkagale fala zielonego przyplywu, jak potem cofnela sie pod naporem siekier i pil. Ale tak naprawde nic sie przez te lata nie zmienilo. Los lagodnie obszedl sie zmala wyspa Taprobane. Historia tez zostawiala ja sama sobie…
A teraz wieki spokoju dobiegaja kresu. Nasz kraj moze stac sie pepkiem swiata. Albo i wielu swiatow. Wielka gora, ktora ogladacie od tak dawna na poludniu, moze zmienic sie w klucz do wszechswiata. Jesli tak sie stanie, to Taprobane, ta wyspa, ktora znamy i kochamy, zniknie na zawsze.
Moze niewiele moge uczynic, ale wciaz mam przeciez moc doradzania, moge tez odwracac bieg rzeczy.