Sulie? Teraz akurat wlasnie widzial to, co w chwili obecnej bylo rzeczywista gwiazda Sulie… a raczej jej cialem niebieskim, bo Deimos nie jest gwiazda, rzecz jasna. Podniosl na niego wzrok i dla zabawy probowal wyobrazic sobie twarz Sulie…
— ROGER, KOCHANIE! TY…
Torraway podskoczyl jak pilka w gore i spadl o metr dalej… Krzyk w jego glowie byl ogluszajacy. Ale czy prawdziwy? Nie mogl sie polapac w zaden sposob — glosy Brada lub Dona i symulowany glos jego zony brzmialy mu w glowie rownie znajomo. Nie mial nawet pewnosci, czyj to jest glos… Dorki? Ale rozmyslal o Sulie Carpenter, a glos mial taki dziwny akcent, ze mogl nalezec do kazdego albo do nikogo z nich. Zas teraz w ogole nie slyszal zadnego dzwieku, czy tez zadnego, jesli nie liczyc nieregularnych trzaskow, piskow i zgrzytow wydawanych przez skaly, kiedy marsjanska skorupa reagowala na gwaltowny spadek temperatury. Nie odczuwal zimna jako zimna, gdyz wewnetrzne ogrzewacze utrzymywaly stala temperature jego odczuwajacych czesci ciala i beda nadal utrzymywaly z latwoscia przez cala noc. Lecz zdawal sobie sprawe, ze teraz jest przynajmniej piecdziesiat stopni zimna.
Drugi ryk:
— ROG… SADZE, ZE POWINIENES…
Mimo poprzedniego ostrzezenia ten ochryply wrzask przyprawil go o bol. Tym razem uchwycil szybko uciekajacy obraz symulowanej postaci Dorki, ktora jakos przedziwnie nie stala na niczym, tylko unosila sie na wysokosci kilkunastu metrow w powietrzu.
Odezwalo sie w nim szkolenie. Roger obrocil sie w kierunku odleglej kopuly czy tam, gdzie myslal, ze ona jest, zwinal za plecami skrzydla i powiedzial wyraznie:
— Don! Brad! Mam jakas usterke. Odbieram sygnaly, ale nie moge ich zrozumiec.
Czekal. Nie bylo zadnej odpowiedzi, nic nie uslyszal w swojej glowie, z wyjatkiem wlasnych mysli i kakofonii trzaskow, ktore uznal za zaklocenia atmosferyczne.
— ROGER!
To znowu byla Dorka, dziesieciokrotnie wieksza od naturalnej, gorujaca nad nim, z twarza wykrzywiona grymasem gniewu i strachu. Wyciagala do niego jak gdyby z gory rece, lecz nagle obrocila sie dziwnie bokiem, jak wygasajacy w kineskopie obraz telewizyjny, i zniknela.
Roger poczul osobliwy bol i usilowal opedzic sie przed nim biorac go za strach, ale poczul go znowu i zdal sobie sprawe, ze to zimno. Musialo sie stac cos powaznego.
— Mayday! — zawolal. — Don! Jestem w tarapatach… na pomoc!
Mroczne wzgorza w oddali zdawaly sie falowac z wolna. Spojrzal w gore. Gwiazdy topnialy i skapywaly z nieba.
Donowi Kaymanowi snilo sie, ze siedzi z siostra Klotylda na kepach trawy pod wodospadem i ze jedza babki piaskowe. Nie ciasto, tylko zwykle babki z piasku, polewane czyms przypominajacym sos fondue. Klotylda ostrzegala go przed grozacym im niebezpieczenstwem.
— Wyrzuca nas — rzekla odcinajac sobie i nakladajac dwuzebnym srebrnym widelcem kawalek babki — poniewaz dostales troje z homiletyki — tu dolala sobie sosu z miedzianego kociolka wiszacego nad spirytusowym palnikiem — wiec musisz, po prostu musisz sie obudzic…
Obudzil sie.
Pochylal sie nad nim Brad.
— Obudz sie, Don. Musimy sie zbierac do drogi.
— Co sie stalo? — Kayman rozpial zdrowa reka spiwor na piersi.
— Nie moge zlapac Rogera. On nie odpowiada. Nadalem mu sygnal alarmowy. Wowczas wydalo mi sie, ze slysze go przez radio, ale bardzo slabo. Albo jest nieosiagalny, albo jego nadajnik nie dziala.
Kayman wygramolil sie ze spiwora i usiadl. W takich chwilach, zaraz po przebudzeniu, reka bolala go najbardziej i tak wlasnie bylo teraz. Staral sie o tym nie myslec.
— Masz namiar jego pozycji?
— Sprzed trzech godzin. Nie moglem ustalic namiarow jego ostatniej transmisji.
— Nie moze byc daleko od tamtego miejsca.
Kayman wslizgiwal sie juz w nogawice skafandra cisnieniowego. Po tym przyszlo najtrudniejsze, proba wlozenia do rekawa reki na szynie. Udalo im sie wlasnym przemyslem rozciagnac nieco rekaw i uszczelnic poczatki rozdarcia, jednak zadanie nie bylo latwe nawet z najzdrowsza reka, a coz dopiero z taka. Teraz, kiedy czas naglil, doprowadzalo go to do szalu. Brad mial juz skafander na sobie i wrzucal sprzet do torby.
— Myslisz, ze bedziesz musial przeprowadzic pilna operacje na miejscu? — spytal Kayman.
Brad popatrzyl spode lba i dalej robil swoje.
— Nie wiem, co bede musial. Jest srodek nocy, Don, i on znajduje sie na wysokosci co najmniej pieciuset metrow. Jest zimno.
Kayman zamilkl. Brad dawno juz opuscil ladownik i czekal za kierownica marsjanskiego pojazdu, kiedy Kayman dopiero sie zapinal. Wtarabanil sie niezdarnie i ruszyli, nim zdazyl zalozyc pasy. Udalo mu sie zaprzec pietami i sztywnym ramieniem, a zdrowa reka umocowac klamry, choc graniczylo to z cudem.
— Jak daleko? — zapytal.
— Gdzies na wzgorzach — odparl mu prosto do ucha glos Brada.
Kayman skrzywil sie i przykrecil sile glosu swego odbiornika.
— Bedzie jakies dwie godziny — dokonal szybkiego przeliczenia.
— Bedzie, o ile juz zawrocil. A jesli nie moze chodzic… albo chodzi gdzies tam w kolko i bedziemy musieli tropic go radionamiernikiem… — zawiesil glos. — Mysle, ze temperatura mu nie zaszkodzi. Chociaz nie wiem. Nie wiem, co sie stalo.
Kayman spogladal przed siebie. Dalej, niz padal snop swiatla reflektora, nie widzial nic poza migocacym polem gwiazd, ktore na horyzoncie urywalo sie niczym zabkowany brzeg serwetki. To byl lancuch gor. Kayman zrozumial, ze Brad traktuje je wlasnie jako drogowskaz, caly czas kierujac sie na najnizszy punkt miedzy podwojnym wierzcholkiem na polnocy a bardzo wysokim szczytem na poludniu. Blyszczacy Aldebaran wisial ponad owym wyzszym szczytem, sam w sobie stanowiac niezla pomoc w nawigacji, przynajmniej dopoki nie zajdzie za jakas godzine z kawalkiem. Kayman zestroil sie z dalekosiezna antena pojazdu.
— Roger — powiedzial podnoszac glos, chociaz wiedzial, ze to nie ma znaczenia. — Slyszysz mnie? Jedziemy ci na spotkanie.
Nie bylo odpowiedzi. Kayman wbil sie w gabke lotniczego fotela i usilowal zmniejszyc do minimum hustajace nim szarpniecia. Mial juz dosc, gdy kola z drucianej plecionki toczyly sie jeszcze po najrowniejszym odcinku terenu. Kiedy poszly w ruch szczudlopodobne nogi i rozpoczeli wspinaczke, Kaymanowi wydawalo sie, ze lada chwila wyleci na leb z pojazdu razem ze swoimi pasami, a jednego byl pewny; ze sie co najmniej porzyga. Skaczacy snop swiatla z reflektora wylawial w przedzie na przemian to wydme, to gola skale, ciskajac w nich czasami lanca odbitych od powierzchni krysztalu promieni.
— Brad — powiedzial — czy ty nie dostajesz kota od tego swiatla? Moze bys skorzystal z ekranu radarowego?
W swym helmofonie uslyszal gwaltowne sapniecie, jakby Brad nabieral tchu, zeby mu nawrzucac. Po czym siedzaca przy nim postac w skafandrze siegnela reka w dol do dzwigni na kolumnie kierownicy. Pod oslona przeciwpiaskowa rozjarzyl sie niebieskawy ekran, ukazujac najblizszy teren przed nimi i reflektor zgasl. Teraz latwiej bylo odroznic czarne kontury gor.
Trzydziesci minut. W najlepszym razie jedna czwarta dystansu.
— Roger — wezwal ponownie Kayman. — Slyszysz mnie? Jestesmy w drodze. Jak podjedziemy blizej, zlapiemy twoj radiolokator i znajdziemy cie. Ale zglos sie teraz, jesli mozesz…
Nie otrzymal odpowiedzi. Na tablicy rozdzielczej zamrugal raptownie groszek argonowej zaroweczki. Obaj mezczyzni popatrzyli na siebie przez szyby helmow, po czym Kayman pochylil sie i przelaczyl czestotliwosc na kanal orbitalny.
— Tu Kayman — powiedzial.
— Ojciec Kayman? Co tam sie dzieje na dole?
Glos nalezal do kobiety, co oznaczalo, rzecz jasna, Sulie Carpenter. Kayman starannie dobieral slowa:
— Roger ma jakis klopot z nadajnikiem. Wyjezdzamy to sprawdzic.
— To mi wyglada na cos wiecej niz zwykly klopot z nadajnikiem. Nasluchiwalam, jak usilujecie go