Nie przypadla jej do gustu brzmiaca w tych slowach ostra, wroga nuta, ale jednoczesnie ogarnela ja gwaltowna, prymitywna radosc wywolana szokiem malujacym sie na jego twarzy.

Kilkakrotnie w ciagu ostatnich szesciu miesiecy wyczula jego seksualna niepewnosc, a teraz byla ona widoczna jak na dloni.

Byl wsciekly. Nie tylko puscil jej reke, ale wrecz odtracil ja na bok, jakby nagle zorientowal sie, ze trzyma w dloni weza.

Kiedy wysiadala z samochodu, powiedzial:

– Ty dziwko! Mam nadzieje, ze twoja stara zmusi cie do urodzenia tego dziecka! I wiesz co? Mam nadzieje, ze ten pieprzony bekart nie bedzie zdrowy. Tak. Mam nadzieje, ze on nie jest normalny. Jestes paskudna, wyszczekana pieprzona dziwka i mam nadzieje, ze reszte zycia spedzisz ze sliniacym sie malym idiota. To by bylo dla ciebie najlepsze.

Spojrzala na niego i powiedziala:

– Jestes odrazajacy.

Zanim zdazyl odpowiedziec, trzasnela drzwiczkami.

Wrzucil bieg, przydeptal pedal gazu i odjechal przy wtorze przejmujacego pisku opon.

W ciszy, jaka potem nastala, dal sie slyszec krzyk nocnego ptaka.

Amy przeszla przez blekitnawa chmure dymu cuchnacego palona guma i ruszyla w kierunku domu.

Po przejsciu kilku krokow calym jej cialem zaczely wstrzasac gwaltowne dreszcze.

Kiedy jej ojciec zgodzil sie, by wrocila do domu pozniej niz zazwyczaj, powiedzial:

– Bal maturalny to szczegolna noc w zyciu dziewczyny. To wielkie wydarzenie, jak szesnaste albo dwudzieste pierwsze urodziny. Nie ma drugiej takiej nocy jak noc balu maturalnego.

Jak sie okazalo, jego slowa w dosc pokretny sposob okazaly sie prawdziwe. Amy nigdy nie przezyla podobnej nocy. I miala nadzieje, ze juz nigdy nie bedzie musiala przezyc drugiej takiej.

Noc balu maturalnego, sobota, siedemnasty maja 1980 roku.

Ta data na zawsze pozostanie w jej pamieci.

Kiedy dotarla do frontowych drzwi, zatrzymala sie, a jej dlon znieruchomiala na klamce. Bala sie wejsc do domu. Nie chciala spotkac sie tej nocy z matka.

Nie zamierzala poinformowac jej, ze jest w ciazy. Jeszcze nie. Moze za kilka dni. Za tydzien lub dwa. I tylko jesli nie bedzie miala wyjscia. Tymczasem zacznie szukac sposobu wyplatania sie z tej kabaly, choc w glebi serca nie ludzila sie, ze to jej sie uda. Nadzieja na wyjscie z trudnej sytuacji byla raczej znikoma.

Nie chciala teraz rozmawiac ze swoimi rodzicami. Byla zanadto wzburzona sposobem, w jaki potraktowal ja Jerry, do tego stopnia, ze nie ufala samej sobie, czy bedzie w stanie dochowac tajemnicy.

Mogla wygadac sie przez przypadek lub podswiadomie, spragniona kary i wspolczucia.

Jej dlon, wilgotna od potu, nadal spoczywala na klamce.

Miala ochote odejsc, zwyczajnie opuscic miasto i rozpoczac nowe zycie. Tyle tylko, ze nie miala dokad pojsc. No i nie miala pieniedzy.

Brzemie odpowiedzialnosci, jakie spoczywalo na jej barkach, wydawalo sie nieomal nie do udzwigniecia. A kiedy Jerry dokonal ostatniej dziecinnej proby zranienia jej, kiedy zyczyl, by wydala na swiat zdeformowane dziecko, dolozyl jeszcze jeden kamyk do ciezaru, jakim byla obarczona. Naturalnie nie wierzyla, aby klatwa Jerry'ego miala jakakolwiek moc. Bylo jednak mozliwe, ze matka zmusi ja, by mimo wszystko urodzila dziecko – i istniala szansa, ze dziecko przyjdzie na swiat zdeformowane, a tym samym na zawsze bedzie od niego uzalezniona.

Prawdopodobienstwo, ze faktycznie tak sie stanie, bylo niewielkie, ale nie az tak, by mogla o nim zapomniec; podobne nieszczescia przydarzaly sie ludziom kazdego dnia. Codziennie rodzily sie okaleczone dzieci. Niemowleta pozbawione raczek i nozek. Znieksztalcone. Dzieci z porazeniem mozgowym. Lista mozliwych wad wrodzonych byla bardzo dluga i przerazajaca.

W koncu otworzyla drzwi i weszla do domu.

2

Chudy, bialy jak kreda, o wlosach cienkich i siwych jak pajeczyna, ubrany od stop do glow na bialo Duch przedzieral sie spiesznie przez zatloczona lunaparkowa alejke. Brnal przed siebie jak blady slup dymu, przeslizgujac sie bez trudu przez najwezsze luki w ludzkiej cizbie; zdawal sie plynac z pradem nocnej bryzy.

Z platformy naganiacza przy Tunelu Strachu, znajdujacej sie cztery stopy nad ziemia, Conrad Straker obserwowal albinosa. Widzac zblizajacego sie Ducha natychmiast przerwal swoj potoczysty monolog. Z tylu za Strakerem bez przerwy rozbrzmiewala halasliwa muzyka.

Co trzydziesci sekund wielka glowa klauna – duzo wieksza, bardziej zlozona i lepiej animowana wersja oblicza zdobiacego jego pierwszy Tunel Strachu przed dwudziestu siedmiu laty, mrugala do przechodzacych i wydawala nagrane czterotaktowe szczekniecie smiechu – „Haa, haa, haa, haaaaa!'

Czekajac na albinosa Straker zapalil papierosa. Dlon mu drzala. Zapalka zakolysala sie w powietrzu. Wreszcie Duch dotarl do Tunelu Strachu i wszedl na platforme naganiacza.

– Zalatwione – stwierdzil. – Dalem jej darmowy bilet. – Mial dzwieczny, lagodny, glos, ktory jednak zawsze bylo doskonale slychac nawet posrod lunaparkowego zgielku.

– Niczego nie podejrzewala?

– Oczywiscie, ze nie. Ucieszyla sie z darmowego seansu u wrozki. Zachowywala sie tak, jakby naprawde uwierzyla, ze Madame Zena potrafi widziec przyszlosc.

– Nie chcialbym, aby myslala, ze zostala wybrana celowo – rzekl Straker zatroskany.

– Uspokoj sie – rzucil Duch. – Sprzedalem jej stara bajeczke, a ona z miejsca ja kupila. Powiedzialem jej, ze moim zadaniem jest krazenie po glownej alei i rozdawanie przypadkowym ludziom darmowych biletow ot, tak sobie, dla wzbudzenia zaciekawienia. Public relations.

Straker zmarszczyl brwi.

– Na pewno podszedles do wlasciwej dziewczyny?

– Do tej, ktora mi pokazales.

Nad nimi wielki mechaniczny klaun ponownie wybuchnal urywanym smiechem. Zaciagajac sie szybko i nerwowo papierosem Straker mowil dalej:

– Ma jakies szesnascie lat. Wlosy bardzo ciemne, prawie czarne. Ciemne oczy Okolo pieciu stop pieciu cali wzrostu.

– Jasne – mruknal Duch. – Tak jak inne w poprzednim sezonie.

– Ta nosila niebieskoszary sweter. Byla z blondynem, chyba swoim rowiesnikiem

– To ona – stwierdzil Duch przeczesujac proste wlosy dlugimi, waskimi, mlecznobialymi palcami.

– Jestes pewien, ze wykorzystala bilet?

– Tak. Zaprowadzilem ja wprost do namiotu Zeny.

– Moze tym razem…

– Co ona robi z tymi dzieciakami, ktore jej podsylasz?

– Przepowiadajac im przyszlosc dowiaduje sie mozliwie jak najwiecej na ich temat – pyta o nazwiska, o to, jak nazywaja sie ich rodzice i tak dalej.

– Dlaczego?

– Bo chce to wiedziec.

– Ale dlaczego?

– Nie twoja sprawa.

Za nim wewnatrz ogromnego Tunelu Strachu dziewczeta krzyczaly przerazliwie, kiedy cos wyskoczylo na nie z ciemnosci. Ich piski przerazenia byly w duzej mierze udawane; jak tysiace nastolatek przed nimi, tak i one wykorzystywaly pretekst strachu, by przytulic sie mocniej do siedzacych obok nich chlopcow. Ignorujac krzyki za plecami, Duch wpatrywal sie z przejeciem w Strakera; w bladych, prawie bezbarwnych, polprzezroczystych oczach albinosa malowalo sie zaklopotanie.

– Musze sie czegos dowiedziec. Czy ty kiedykolwiek… eee… czy kiedykolwiek tknales choc jednego z dzieciakow, ktore wysylalem do Zeny?

Вы читаете Tunel Strachu
Добавить отзыв
ВСЕ ОТЗЫВЫ О КНИГЕ В ОБРАНЕ

0

Вы можете отметить интересные вам фрагменты текста, которые будут доступны по уникальной ссылке в адресной строке браузера.

Отметить Добавить цитату