Straker spojrzal na niego.

– Jezeli pytasz mnie, czy napastowalem seksualnie jakiegos chlopca lub dziewczyne, ktorymi bylem zainteresowany, odpowiedz brzmi: nie. To absurd.

– Nie chcialbym brac udzialu w czyms takim – stwierdzil Duch.

– Masz brudne mysli – rzekl Straker, zdegustowany. – Na litosc Boska, ja nie szukam swiezego ciala. Chodzi mi o pewne konkretne dziecko, kogos szczegolnego.

– Kogo?

– Nie twoja sprawa. – Jak zawsze podniecony perspektywa pomyslnego zakonczenia swoich dlugich poszukiwan, Conrad dodal: – Musze teraz pojsc do namiotu Zeny. Prawdopodobnie juz skonczyla z ta dziewczyna. To moze byc ona. To moze byc ta, ktorej szukam. W Tunelu Strachu dziewczeta ponownie zaczely krzyczec; sciany znacznie wytlumialy ten dzwiek.

Kiedy Straker skierowal sie ku schodkom, pragnac jak najszybciej uslyszec, czego dowiedziala sie Zena, albinos zatrzymal go, kladac mu dlon na ramieniu.

– W poprzednim sezonie niemal w kazdym miescie, gdzie sie zatrzymywalismy, byl jakis dzieciak, ktory przykuwal twoja uwage. Czasami dwoje lub troje. Jak dlugo juz szukasz?

– Pietnascie lat.

Duch zamrugal. Przez chwile cienkie przezroczyste powieki przeslonily jego dziwne oczy, nie zakrywajac ich zupelnie.

– Pietnascie lat? To bez sensu.

– Nie dla mnie.

– Posluchaj… Pracuje dla ciebie od zeszlego sezonu i do tej pory nie narzekalem. Ale ta sprawa z dzieciakami naprawde nie daje mi spokoju. Jest w tym cos przerazajacego. I w tym roku wszystko zaczelo sie od nowa. Nie chce brac w tym udzialu.

– To zrezygnuj. Rzuc robote i z glowy – rzucil ostro Straker. – Idz pracowac dla kogos innego.

– Tyle tylko, ze z tym jednym wyjatkiem lubie to, co robie. To dobra praca i dobrze platna.

– A wiec rob to, za co ci place i o nic nie pytaj – mruknal Straker. – Albo spadaj stad. Wybor nalezy do ciebie.

Straker usilowal odsunac sie od albinosa, ale Duch mocno trzymal ramie wyzszego mezczyzny. Jego chuda, wilgotna, biala jak kosc reka miala zdumiewajaco silny uscisk.

– Powiedz mi jedno. Zaspokoj moja ciekawosc.

– To znaczy? – spytal zniecierpliwiony Straker.

– Jesli juz znajdziesz tego, kogo szukasz… czy to bedzie chlopak, czy dziewczyna… zamierzasz skrzywdzic jego lub ja?

– Oczywiscie, ze nie – sklamal Straker. – Czemu mialbym to robic?

– Bo widzisz, nie rozumiem, dlaczego tak sie zawziales na tego kogos, ze chcesz go odnalezc… chyba ze…

– Posluchaj – rzekl Straker. – Jest pewna kobieta, wobec ktorej mam olbrzymi dlug wdziecznosci. Znalem ja wiele lat temu, ale nasze drogi sie rozeszly. Wiem, ze ma juz dzieci i za kazdym razem, kiedy widze dzieciaka podobnego do niej, sprawdzam go. Kto wie, moze szczescie mi dopisze. Natknawszy sie na jej corke lub syna, odnajde ja i wreszcie bede mogl splacic swoj dlug. Duch zmarszczyl brwi.

– Zadajesz sobie sporo trudu, zeby…

– Bo to naprawde wielki dlug – rzekl Straker, przerywajac mu. – Chodzi o moje sumienie. Nie zazna spokoju, dopoki nie zalatwie tej sprawy do konca.

– Ale szansa, ze ona ma dziecko podobne do niej i ze ten dzieciak ktoregos dnia trafi do twojego Tunelu Strachu… Czy zdajesz sobie sprawe, jak znikome jest takie prawdopodobienstwo?

– Wiem, ze to malo prawdopodobne – mruknal Straker. – Ale co mi szkodzi miec oko na dzieciaki, ktore ja przypominaja. To nic nie kosztuje. A w zyciu zdarzaja sie jeszcze dziwniejsze przypadki.

Albinos spojrzal Strakerowi w oczy, szukajac w nich falszu lub prawdy. Za to Straker nie byl w stanie nic wyczytac z oczu Ducha. Byly tak bezbarwne, ze nie mialy odrobiny wyrazu. Biale. Bladorozowe. Wodniste. Bezdenne oczy. Spojrzenie albinosa bylo przeszywajace, ale lodowate.

Wreszcie Duch powiedzial:

– W porzadku. Skoro chodzi ci tylko o odnalezienie kogos, bo chcesz splacic stary dlug… nie mam nic przeciwko temu, aby ci pomoc.

– Dobrze. A wiec sprawa zalatwiona. Teraz musze jeszcze pomowic z Guntherem, a potem pojde do Zeny. Ty zajmij sie naganianiem klientow – rzekl Straker, uwalniajac sie wreszcie z uchwytu wilgotnej, lepkiej dloni albinosa.

Wewnatrz Tunelu Strachu nowy chorek dziewczecych glosow zawyl w piskliwej imitacji przerazenia. Kiedy z wielkich ust klauna poplynela kolejna porcja mechanicznego smiechu, Straker szybkim krokiem przeszedl przez platforme pod transparentem z napisem NAJWIEKSZY TUNEL STRACHU NA SWIECIE! Zszedl po drewnianych schodach, minal czerwono-czarna budke kasy i zatrzymal sie na chwile przy rampie wjazdowej, gdzie kilka osob z biletami w dloniach zajmowalo miejsca w jaskrawo pomalowanych wagonikach, ktore jada przez tunel.

Conrad uniosl wzrok na Gunthera, ktory stal na mierzacej szesc stop kwadratowych platformie, cztery stopy nad wjazdem. Gunther wymachiwal dlugimi rekoma i warczal na ludzi w wagonikach udajac, ze im wygraza. Byl poteznie zbudowany, mierzyl ponad szesc i pol stopy wzrostu, a na jego cialo skladalo sie wiecej niz dwiescie piecdziesiat funtow miesni i kosci. Ubrany byl od stop do glow na czarno, a na glowie nosil hollywoodzka kopie maski Frankensteina, ktorej brzegi wciskal pod kolnierz. Mial tez rekawice potwora – wielkie, zielone, gumowe dlonie upstrzone plamami sztucznej krwi, siegajace daleko w glab rekawow jego marynarki.

Gunther zauwazyl, ze Conrad na niego patrzy i odwrociwszy sie, poslal mu wyjatkowo grozne warkniecie. Straker usmiechnal sie. Zlaczyl kciuk i palec wskazujacy prawej dloni w male kolko – na znak aprobaty. Gunther zaczal krazyc po platformie w niezdarnym, upiornym tancu zadowolenia. Ludzie czekajacy na wejscie do wagonikow wybuchneli smiechem i nagrodzili wystep oklaskami. W tej samej chwili obdarzony doskonalym zmyslem scenicznym Gunther ponownie zmienil sie w rozszalala bestie i wydal przeciagly, gardlowy ryk. Kilka dziewczat wrzasnelo. Gunther zawyl, potrzasnal glowa, warknal, tupnal noga, syknal i zaczal wymachiwac rekoma.

Uwielbial swoja prace.

Straker odwrocil sie z usmiechem od Tunelu Strachu i wmieszal sie w tlum ludzi na glownej alei. Kiedy zblizal sie do namiotu Zeny, jego usmiech przygasl. Pomyslal o ciemnowlosej, ciemnookiej dziewczynie, ktora widzial z platformy naganiacza, zaledwie przed chwila. Moze to byla ona. Moze to byla corka Ellen. Nawet po tylu latach mysl o tym, co Ellen uczynila z jego synkiem, przepelniala go plomieniem nienawisci, zas szansa na dokonanie zemsty nadawala jego sercu inny rytm i sprawiala, ze krew zaczynala szybciej krazyc w zylach.

Zanim jeszcze dotarl do namiotu Zeny, usmiech na jego ustach zmienil sie w grozny grymas. Przyodziana w czerwien, czern i zloto, przyozdobiona gwiazdzista szarfa, spora liczba pierscionkow i zbyt gruba warstwa szminki, Zena siedziala sama w slabo oswietlonym namiocie, czekajac na Conrada. Cztery swieczki palily sie wewnatrz czterech oddzielnych szklanych „kominkow', rzucajac pomaranczowa poswiate, ktora nie dosiegala rogow pomieszczenia. Jeszcze jednym zrodlem swiatla byla krysztalowa kula stojaca posrodku stolu. Muzyka, podniesione glosy, pokrzykiwania naganiaczy i wrzaski rozbawionej mlodziezy naplywaly od strony alejki przez grube plotno namiotu. Po lewej stronie stolu w ogromnej klatce stal kruk z przekrzywionym lebkiem. Jednym lsniacym okiem wpatrywal sie w krysztalowa kule. Madame Zena, jak sama siebie nazywala, udawala Cyganke obdarzona nadprzyrodzona moca. Nie miala w sobie nawet kropli cyganskiej krwi i jedyna rzecza dotyczaca przyszlosci, jaka potrafila przepowiedziec, bylo, ze nazajutrz rano wzejdzie slonce, aby wieczorem powrocic za horyzont. Pochodzila z Polski. Pelne jej nazwisko brzmialo Zena Anna Penetsky.

Wedrowala z wesolym miasteczkiem od dwudziestu osmiu lat; zaczela majac zaledwie pietnascie i nigdy nie pragnela innego zycia. Lubila podroze, wolnosc i pracownikow lunaparku.

Od czasu do czasu jednak nuzylo ja przepowiadanie przyszlosci, a bezgraniczna naiwnosc klientow wprawiala w zaklopotanie. Znala tysiac sposobow, aby wydoic klienta, tysiac sposobow, by przekonac go (juz po tym, jak zaplacil jej za wrozenie z reki), aby wysuplal kolejnych kilka zielonych w zamian za dokladniejsze i pelniejsze informacje o jego przyszlosci.

Latwosc, z jaka manipulowala ludzmi, wprawiala ja w oslupienie. Powiedziala sobie, ze to, co robi, jest sluszne, bowiem tamci -to obcy, mieszczuchy, a nie pracownicy lunaparku, a co za tym idzie, nie sa

Вы читаете Tunel Strachu
Добавить отзыв
ВСЕ ОТЗЫВЫ О КНИГЕ В ОБРАНЕ

0

Вы можете отметить интересные вам фрагменты текста, которые будут доступны по уникальной ссылке в адресной строке браузера.

Отметить Добавить цитату