PRAWDZIWYMI ludzmi. Byl to normalny punkt widzenia lunaparkowcow, ale Zena nie zawsze potrafila byc dostatecznie stanowcza. Zdarzalo sie, ze dreczylo ja poczucie winy. Bywalo, ze zastanawiala sie, czy nie powinna zerwac z przepowiadaniem przyszlosci. Mogla wziac sobie partnera, kogos, kto zajmowal sie juz kiedys wrozeniem z dloni. Oznaczalo to dzielenie sie zyskami, ale Zena bynajmniej sie tym nie przejmowala. Byla wlascicielka stanowiska gier zrecznosciowych (rzucania kolkami na butelki) i bardzo rentownego baru szybkiej obslugi. W ciagu roku potrafila zarobic wiecej niz pol tuzina mieszczuchow na ich nudnych, cieplych posadach. Mimo to nadal odgrywala cyganska wrozke, bowiem musiala cos robic: nie nalezala do ludzi, ktorzy siedza bezczynnie i uwazaja biernosc za najlepszy sposob na zycie.

W wieku lat pietnastu byla juz dojrzala kobieta i rozpoczela swoja kariere w lunaparku jako tancerka wykonujaca taniec erotyczny. W ostatnich dniach, kiedy rola Madame Zeny sprawiala jej coraz mniej satysfakcji, czesto zastanawiala sie nad otworzeniem wlasnego show z dziewczetami. Kto wie, moze nawet sama wrocilaby na scene. To mogloby byc mile.

Miala czterdziesci trzy lata, ale wiedziala, ze w dalszym ciagu potrafilaby podniecic niejednego mezczyzne. Wygladala o dziesiec lat mlodziej. Wlosy kasztanowe, geste, nie naznaczone siwizna okalaly urodziwa, pozbawiona zmarszczek twarz o mocnych rysach. Jej cieple, lagodne oczy mialy rzadki fiolkowy odcien. Przed laty, kiedy zaczynala prace jako tancerka, byla bardzo zmyslowa. To zostalo jej do dzisiaj. Dzieki diecie i cwiczeniom zachowala doskonala figure; natura rowniez okazala sie dla niej przychylna i duze, kragle piersi z biegiem lat nie obwisly. Jednak nawet marzac o powrocie na scene, zdawala sobie sprawe, ze jej przyszlosc bedzie wygladala zupelnie inaczej. Taniec erotyczny byl ni mniej, ni wiecej tylko jeszcze jednym sposobem na manipulowanie mieszczuchami, podobnie jak przepowiadanie przyszlosci. Jedyna rzecz, jakiej naprawde pragnela, to oderwac sie od tego przynajmniej na pewien czas. Bedzie musiala wymyslic dla siebie jakies inne zajecie.

Kruk poruszyl sie na swojej zerdce i zatrzepotal skrzydlami, wyrywajac ja z zamyslenia. W chwile pozniej Conrad Straker wszedl do namiotu. Usiadl na krzesle, na ktorym zwykle siadali klienci – dokladnie naprzeciw Zeny. Pochylil sie do przodu, spiety i zaniepokojony.

– No i?

– Bez powodzenia – odparla krotko Zena. Pochylil sie jeszcze bardziej.

– Na pewno mowimy o tej samej dziewczynie?

– Tak.

– Nosila szaroniebieski sweter.

– Tak, tak – rzucila niecierpliwie Zena. – Miala bilet od Ducha.

– Jak miala na imie? Dowiedzialas sie, jak sie nazywala?

– Oczywiscie. Laura Alwine.

– A jej matka?

– Sandra. Nie Ellen. Sandra. I Sandra jest naturalna blondynka, nie brunetka jak Ellen. Laura twierdzi, ze ma ciemne wlosy i ciemna oprawe oczu po ojcu. Przykro mi, Conradzie. Przepowiadajac jej przyszlosc staralam sie wyciagnac ile sie da, ale zadna z informacji nie pokrywala sie z twoimi oczekiwaniami.

– Bylem przekonany, ze to ona.

– Zawsze jestes tego pewien.

Spojrzal na nia, a twarz mu poczerwieniala. Wbil wzrok w blat stolu i nagle wpadl w pasje, jakby ujrzal w drewnie cos, co go rozwscieczylo. Rabnal piescia w stol, raz i drugi. Potem jeszcze raz i jeszcze… Wnetrze namiotu wypelnilo sie glosnymi, miarowymi odglosami jego wscieklosci. Conrad dygotal, dyszal, ociekal potem. Oczy mu blyszczaly, klal na caly glos, a drobinki sliny pryskaly na blat stolika. Nagle wydal dziwny, ochryply, zwierzecy charkot; jego piesc w dalszym ciagu walila w stol, jakby blat byl zywa istota, ktora zrobila mu cos zlego.

Zena nie byla zaskoczona jego wybuchem. Przywykla do tych szalenczych napadow wscieklosci. Byla przeciez przed dwa lata jego zona. Tamtej burzliwej nocy w sierpniu 1955 roku stala w strugach deszczu patrzac, jak kreci sie samotnie na puszczonej wstecz karuzeli. Wydawal sie wtedy taki przystojny, taki romantyczny, bezradny i zalamany, ze obudzil jej matczyne, ale i zmyslowe instynkty i zdobyl jej serce, czego dotad nie udalo sie dokonac zadnemu innemu mezczyznie. W lutym nastepnego roku oboje odbyli przejazdzka na krecacej sie do przodu karuzeli. Zaledwie w dwa tygodnie po slubie Conrad wsciekl sie na Zene, bo jego zdaniem zrobila cos nie tak – i uderzyl ja. Kilkakrotnie. Byla zbyt oszolomiona, by sie bronic. Pozniej Conrad byl pelen skruchy, zaklopotany, wstrzasniety tym, co uczynil. Plakal i blagal o przebaczenie. Byla pewna, ze ten napad zlego humoru byl wyjatkiem, a nie przykladem typowego dlan zachowania.

Jednak juz w trzy tygodnie pozniej ponownie ja zaatakowal i mocno poturbowal. Dwa tygodnie po tym incydencie, kiedy znowu wpadl w szal i probowal ja uderzyc, ona zaatakowala pierwsza. Trzasnela go kolanem w krocze i rozorala mu twarz paznokciami z taka furia, ze spasowal. Od tej pory stale byla czujna i wypatrywala najdrobniejszych oznak kolejnego przyplywu wscieklosci, zeby wiedziec, kiedy i jak sie bronic.

Zena bardzo sie starala, aby mimo paskudnego charakteru Conrada ich malzenstwo sie nie rozpadlo. Bylo dwoch Conradow Strakerow. Pierwszy byl ponurym brutalem o iscie zwierzecych, nieprzewidywalnych reakcjach, zdumiewajacych umiejetnosciach i zamilowaniu do sadyzmu. Drugi Conrad byl lagodnym, rozwaznym, wrecz czarujacym facetem, dobrym kochankiem, inteligentnym i tworczym. Przez pewien czas Zena wierzyla, ze duza doza milosci, cierpliwosci i zrozumienia zdola go zmienic.

Byla pewna, iz osobowosc przerazajacego pana Hyde'a z czasem odejdzie w zapomnienie, Conrad sie ustatkuje i pozostanie w nim tylko dobry i szlachetny doktor Jekyll. Jednak, im wiecej dawala mu swojej milosci i zrozumienia, tym bardziej stawal sie gwaltowny i brutalny, jak gdyby postawil sobie za punkt honoru udowodnienie, ze nie jest wart jej milosci.

Wiedziala, ze gardzil soba. Niezdolnosc do polubienia samego siebie i niemoznosc uspokojenia duszy, a takze frustracja wywolana ta niemozliwa do uleczenia autonienawiscia – to byly glowne przyczyny jego okresowych szalenczych atakow wscieklosci. Cos potwornego musialo przytrafic mu sie dawno, bardzo dawno temu, kiedy byl jeszcze dzieckiem, jakas mroczna tragedia, ktora pozostawila w jego wnetrzu rany i blizny tak glebokie, ze nawet milosc Zeny nie byla w stanie ich zaleczyc. Jakis horror z odleglej przeszlosci, potworne nieszczescie, za ktore czul sie odpowiedzialny, sprawilo ze kazdej nocy dreczyly go koszmarne sny. Byl trawiony plomieniem poczucia winy, ktory palil sie w jego wnetrzu przez cale lata, obracajac kawalek po kawalku jego serce w popiol.

Zena wielokrotnie usilowala poznac tajemnice dreczaca Conrada, on jednak nie chcial zdradzic jej swego sekretu, w obawie, ze prawda na zawsze odepchnelaby ja od meza i obrocila przeciwko niemu. Zapewniala go, ze nic, co jej powie, nie moze sprawic, by poczula do niego odraze. Byloby dla niego lepiej, gdyby zdecydowal sie w koncu pozbyc tego upiornego brzemienia. Conrad jednak nie potrafil sie na to zdobyc. Zena dowiedziala sie tylko jednego: wydarzenie, ktore nie dawalo mu spokoju, mialo miejsce w Wigilie, kiedy Conrad mial zaledwie dwanascie lat. Od tamtego wieczoru zmienil sie diametralnie. Dzien po dniu narastalo w nim coraz wieksze zgorzknienie i rozgoryczenie. Coraz czesciej przejawial sklonnosci do przemocy. Przez krotki okres po urodzeniu przez Ellen upragnionego dziecka, chociaz bylo ono tak potwornie zdeformowane, stan Conrada bardzo sie poprawil. Gdy jednak Ellen zabila dziecko, jeszcze bardziej pograzyl sie w rozpaczy i nienawisci do siebie. Bylo raczej malo prawdopodobne, aby ktos kiedykolwiek zdolal wydobyc go z psychicznej otchlani, w ktora sam siebie wtracil.

Wreszcie po dwoch latach staran, aby ich malzenstwo przetrwalo, i nieustannymi obawami przed gniewem Conrada, Zena pogodzila sie z faktem, ze rozwod jest nieunikniony. Zostawila go, ale nie przestali byc przyjaciolmi. Laczyly ich wiezy, ktorych nic nie moglo rozerwac, niemniej oboje zdawali sobie sprawe, iz nie sa w stanie prowadzic wspolnie szczesliwego zycia.

Odbyla przejazdzke na karuzeli krecacej sie wstecz.

Teraz, gdy Zena patrzyla, jak Conrad wyladowuje swa wscieklosc na stole, uswiadomila sobie, ze milosc, jaka niegdys czula do niego, przerodzila sie we wspolczucie. Nie czula juz pozadania, a jedynie dojmujacy smutek.

Conrad klal dalej, a kropelki sliny wypryskaly spomiedzy jego bezkrwistych, wykrzywionych wsciekle warg. Piesc raz po raz z hukiem uderzala w stol.

Kruk zatrzepotal lsniacymi, czarnymi skrzydlami i zaskrzeczal.

Zena czekala cierpliwie.

Niebawem Conrad zmeczyl sie i uspokoil. Odchylil sie do tylu na krzesle, mrugajac powiekami, jakby nie byl

Вы читаете Tunel Strachu
Добавить отзыв
ВСЕ ОТЗЫВЫ О КНИГЕ В ОБРАНЕ

0

Вы можете отметить интересные вам фрагменты текста, которые будут доступны по уникальной ссылке в адресной строке браузера.

Отметить Добавить цитату