przez sale juz po kilku sekundach od mojego wejscia. Mam nadzieje, ze nie przytrafilo mu sie nic niezabawnego.
Na koncu korytarza otworzyly sie drzwi windy i wysiadl jakis czlowiek. Przez jedna chwile — pewnie niezauwazalna dla nikogo, kto nie musial czytac w twarzach, by zarobic na zycie — byl zdenerwowany i zmartwiony. Ale to minelo natychmiast. Poprawil mankiety i ulozyl usta w ten cieply, dobroduszny usmiech kogos, kto wlasnie chce zabrac czlowiekowi pieniadze.
Pan Bent byl pod kazdym wzgledem gladki i bez zadnej zmarszczki. Moist spodziewal sie tradycyjnego surduta, ale zamiast niego przybysz nosil dobrze skrojona czarna marynarke do prazkowanych spodni.
Pan Bent byl takze cichy. Jego stopy, bezglosne nawet na marmurze, wydawaly sie niezwykle duze jak na tak wytwornego malego czlowieczka, ale buty — czarne i wypolerowane, lsniace jak lustro — byly solidnie uszyte. Byc moze chcial sie nimi pochwalic, szedl bowiem jak kon na pokazie, bardzo starannie unoszac kazda stope nad podloga, nim postawil ja z powrotem. Poza tym drobnym dziwactwem wygladal jak ktos, kto — kiedy nie jest uzywany — stoi cichutko w szafie.
— Tak mi przykro, wasza lordowska mosc — zaczal. — Niestety, mialem pewna pilna prace…
Patrycjusz wstal.
— Panie Mavolio Bent, pozwoli pan sobie przedstawic pana Moista von Lipwiga — rzekl. — Pan Bent jest tutaj glownym kasjerem.
— Ach, wynalazca rewolucyjnej, niezabezpieczonej jednopensowej noty bankowej? — Bent wyciagnal waska dlon. — Co za zuchwalosc! Bardzo mi przyjemnie, panie Lipwig.
— Jednopensowej noty bankowej? — zdumial sie Moist.
Pan Bent, mimo swoich zapewnien, zupelnie nie wygladal na kogos, komu jest przyjemnie.
— Czy nie sluchal pan, co mowilem? — wtracil Vetinari. — Chodzi o panskie znaczki, panie Lipwig.
— Sa de facto waluta — zgodzil sie Bent.
Moistowi zaswitalo w glowie. Wiedzial, ze to prawda. Planowal, ze znaczki beda przyklejane do listow, ale ludzie na swoj instynktowny sposob uznali, ze pensowy znaczek to bardzo lekki i gwarantowany przez rzad pens, a co wiecej, mozna go wlozyc do koperty! Strony z ogloszeniami pelne byly reklam nowych interesow, ktore rozwinely sie wraz z latwo przesylanymi znaczkami pocztowymi: „Poznaj najglebsze sekrety kosmosu! Wyslij 8 pensow w znaczkach, a otrzymasz broszure”. Wiele znaczkow marnowalo sie jako waluta, nigdy nie ogladajac wnetrza skrzynki pocztowej.
Cos w usmiechu Benta irytowalo Moista. Ogladany z bliska, wcale nie byl taki dobroduszny.
— Co pan ma na mysli, mowiac „niezabezpieczony”? — zapytal.
— Jak pan uprawomocnia fakt, ze istotnie wart jest pensa?
— Jesli przyklei pan go do listu, zyska pan jego podroz warta pensa… Nie bardzo rozumiem, o co panu chodzi.
— Pan Bent nalezy do tych, ktorzy wierza w prymat zlota — wyjasnil Vetinari. — Jestem pewien, ze szybko sie zaprzyjaznicie. Opuszcze was teraz i bede oczekiwal panskiej decyzji z… procentujacym zainteresowaniem. Chodzmy, Drumknott. Moze zajrzy pan do mnie jutro, panie Lipwig?
Moist i Bent patrzyli, jak odchodzi. A potem Bent spojrzal na Moista z niechecia.
— Przypuszczam, ze musze pana oprowadzic… sir — rzekl.
— Mam wrazenie, ze nie calkiem nam sie uklada, panie Bent — zauwazyl Moist.
Bent wzruszyl ramionami, co dla jego chudej postaci bylo imponujacym wyczynem. Jakby czlowiek widzial deske do prasowania, ktora probuje sie rozlozyc.
— Nie wiem o panu niczego kompromitujacego, panie Lipwig. Ale uwazam, ze prezes i lord Vetinari maja bardzo niebezpieczne plany, a pan daje sie im wykorzystywac. Panie Lipwig, jest pan ich narzedziem.
— To znaczy nowy prezes?
— Zgadza sie.
— Niespecjalnie mam ochote byc narzedziem — stwierdzil Moist.
— Slusznie, sir. Ale wydarzenia sie tocza…
Z dolu dobiegl trzask tluczonego szkla, a cichy, stlumiony glos zakrzyknal:
— Niech to! I juz po Balansie Platnosci!
— Moze pokaze mi pan bank, dobrze? — zaproponowal wesolym glosem Moist. — Zaczynajac od tego, co to bylo.
— To okropienstwo? — Bent zadrzal lekko. — Powinnismy chyba zostawic to sobie do czasu, kiedy Hubert wszystko posprzata. I… No niech pan spojrzy… To naprawde straszne.
Pan Bent przeszedl po posadzce i stanal pod wielkim, godnym zegarem. Spogladal na niego tak, jakby mechanizm smiertelnie go obrazil. Pstryknal palcami, ale jakis mlodszy ksiegowy zblizal sie juz pospiesznie, niosac nieduza drabine. Bent wszedl na stopnie, otworzyl szybke i przesunal wskazowke sekundowa o dwie sekundy do przodu. Potem zegar zostal zamkniety, drabina usunieta, a kasjer powrocil do Moista, poprawiajac mankiety.
— Spoznia sie o prawie minute na tydzien — stwierdzil niechetnie. — Czy jestem jedyna osoba, ktora to razi? Niestety, wydaje sie, ze tak. Zacznijmy moze od zlota dobrze?
— Ooo, tak… — zgodzil sie Moist. — Zacznijmy.
Rozdzial drugi
— Chyba spodziewalem sie czegos… wiekszego — wyznal Moist, zagladajac przez stalowe prety do nieduzego pokoiku, gdzie spoczywalo zloto. Metal w otwartych workach i skrzyniach lsnil slabo w blasku pochodni.
— To prawie dziesiec ton zlota — odparl z wyrzutem Bent. — Nie musi byc wielkie.
— Przeciez wszystkie te sztabki i worki razem nie sa wiele wieksze od tych biurek!
— Zloto jest bardzo ciezkie, panie Lipwig. To szlachetny metal, czysty i bez domieszek. — Lewa powieka Benta zadrgala. — To metal, ktory nigdy nie wypadl z lask.
— Naprawde? — zapytal Moist i sprawdzil, czy drzwi nadal sa otwarte.
— Jest rowniez podstawa bardzo solidnego systemu finansowego — ciagnal Bent, a swiatlo odbijalo sie od sztabek i rozjasnialo jego twarz. — To jest Wartosc! To Cena! Bez zakotwiczenia w zlocie nastapilby chaos!
— Dlaczego?
— Kto by ustalal wartosc dolara?
— Ale przeciez nasze dolary nie sa z czystego zlota, prawda?
— Ach, no tak. Sa zlotego koloru, panie Lipwig. Maja mniej zlota niz morska woda; sa zlotawe. Oslabilismy wlasna walute, panie Lipwig. To nikczemnosc! Nie istnieje gorsza zbrodnia!
Oko zadrgalo mu znowu.
— Eee… morderstwo? — podpowiedzial Moist. Tak, drzwi wciaz byly otwarte.
Pan Bent machnal reka.
— Morderstwo zdarza sie tylko raz, a kiedy podwazy sie zaufanie do zlota, zapanuje chaos. Ale to byla koniecznosc. Te potworne monety sa rzeczywiscie tylko zlocone, lecz stanowia materialny symbol prawdziwego zlota w skarbcu. W swej nedzy uznaja jednak prymat kruszcu i nasza niezaleznosc od manipulacji rzadu! My sami mamy tu wiecej zlota niz jakikolwiek inny bank w miescie, a tylko ja posiadam klucz do tych drzwi! No, prezes tez go ma, oczywiscie — dodal, calkiem jakby przypomnial sobie cos irytujacego i nieprzyjemnego.
— Gdzies czytalem, ze moneta reprezentuje zobowiazanie wydania zlota o wartosci dolara — podpowiedzial Moist.
Pan Bent zlozyl dlonie w piramidke i skierowal wzrok ku gorze, jakby sie modlil.
— W teorii tak — przyznal po chwili. — Ale wolalbym powiedziec, ze to niepisane porozumienie, iz wykonamy zobowiazanie wymiany monety na zloto wartosci dolara, pod warunkiem jednak, ze nikt nas o to nie