swiadkiem niekonczacych sie eksterminacji, tortur, lamentow, rozpaczy tych ludzi, ktorych nazwiska byly podpisem swiata w polowie tego wieku: bo widzieli nagie niemowle placzace na caly glos w ruinach zbombardowanej stacji metra w Chunking; slyszeli niemy krzyk Guerniki, tak jak ja namalowal Picasso, nie krzyk bolu, lecz wolanie o pomoc, na ktore odpowiedzia bylo jedynie rzenie martwego konia, niepotrzebnego w tej mechanicznej wojnie z powietrza, wojnie czarnych ptakow Berlioza, chloszczacych skrzydlami twarze spiewakow; a konie jeczaly i dygotaly ze zjezonymi grzywami, i wygrywaly ten wyscig, niemal lecac, jak pegazy smierci, w ucieczce z wielkiego cmentarza, ktorym stala sie kula ziemska.
Przygotowujac swoje przedstawienie w Palacu Sztuk Pieknych, Gabriel Atlan-Ferrara zaproponowal, aby podczas koncowej sceny z kawalkada jezdzcow pedzacych do piekla wyswietlac film ukazujacy odkryte miejsca zbiorowego pochowku wiezniow w obozach smierci: tutaj straszliwa wizja Berlioza stawalaby sie widzialna. Trupy chude jak szkielety, ukladane setkami w stosy, trupy wyglodzonych, bezwstydne, skora i kosci, nieprzyzwoite lysiny, sprosne rany, wstydliwe narzady plciowe, trupy objete usciskiem z jakims swoistym nieznosnym erotyzmem, tak jakby nawet w stanie smierci moglo przetrwac pragnienie: „kocham cie, kocham, kocham…”.
– Krzyczcie, tak jakbyscie mieli umrzec, kochajac to, co was zabija.
Wladze zakazaly wyswietlania filmow o obozach. Do Palacu Sztuk Pieknych przychodzi publicznosc meksykanska, wyksztalcona, ale przyzwoita: nie przychodzi, aby byc obrazana, powiedzial kiedys glupi funkcjonariusz, ktory nie przestawal zapinac i rozpinac swej marynarki w kolorze papuziej kupki.
Niezla ta opera Berlioza, robi wrazenie, powiedzial mlody meksykanski muzyk, ktory obserwowal proby w celu nigdy niewyjawionym wprost, ale oczywistym: aby zobaczyc, co robi ow dyrygent – cieszacy sie slawa buntownika i, tak czy inaczej, obcokrajowiec, zatem, jako taki, czlowiek podejrzany- aby zadowolic meksykanska demokracje.
– Pozwoli pan, ze kompozytor opowie nam o okropnosciach piekla i o koncu swiata wlasnymi srodkami wyrazu – powiedzial ow muzyk-biurokrata z ta szczegolna slodycza, sciszonym glosem i charakterystycznym dla Meksykanina tonem, obojetnym, ale przymilnym. – Po co sie pan przy
tym upiera, maestro? Czemu wlasciwie zalezy panu na rozglosie?
Atlan-Ferrara skarcil sie sam w duchu i przyznal racje uprzejmemu obserwatorowi. Wyrzekal sie samego siebie. Czy nie powiedzial wczoraj wieczorem do Inez, ze obrazowosc opery polega na usuwaniu pewnych przedmiotow z pola widzenia, po to aby muzyka przywolywala je, nie-zdegenerowane, w prostym obrazie tematycznym albo, zupelnie niepotrzebnie zdegradowane, w „chimerycznym polaczeniu”, w ktorym dyrygent i kompozytor nawzajem sie torturuja?
– Opera nie jest literatura – powiedzial Meksykanin,
cmokajac i wsysajac sline, aby ukradkiem pozbyc sie resztek
jakiegos jedzenia, smacznego i niezdrowego. – To nie jest
literatura, chociaz tak twierdza panscy wrogowie. Niech pan im nie ulega.
Gabriel, owszem, ulegl, ale swemu sympatycznemu rozmowcy. Mniejsza o to, jakiej klasy muzykiem byl ten osobnik – byl jednak na pewno dobrym politykiem. O czym myslal Atlan-Ferrara? Czyzby zamierzal dac lekcje tym Latynoamerykanom, ktorzy uchronili sie przed europejskim konfliktem? Czy chcial ich zawstydzic, porownujac znane juz w historii przypadki uzycia przemocy?
Meksykanin dyskretnie przelknal malenki kawalek miesa i bulki, ktory go uwieral, tkwiac miedzy zebami.
– Okrucienstwo wojny w Ameryce Lacinskiej jest grozniejsze, maestro, bo niewidzialne i nieokreslone datami. A poza tym nauczylismy sie ukrywac ofiary i grzebac je w nocy.
– Pan jest marksista? – zapytal, juz z rozbawieniem, Atlan-Ferrara.
– Jezeli chce pan powiedziec, ze nie podzielam tej modnej antykomunistycznej fobii, bedzie pan mial troche racji.
– A wiec Berlioza mozna wystawic na tutejszej scenie, nie tlumaczac sie juz i nie usilujac usprawiedliwic wlasnych pomyslow?
– Tak jest. Prosze zwrocic uwage na cos, co my bardzo dobrze rozumiemy. To, co swiete, nie jest obce terrorowi. Wiara nie wykupi nas od smierci.
– Wiec jest pan takze czlowiekiem wierzacym? – usmiechnal sie znowu dyrygent.
– W Meksyku nawet my, ateisci, jestesmy katolikami, don Gabriel.
Atlan-Ferrara popatrzyl wymownie w oczy mlodego kompozytora-biurokraty, ktory udzielil mu tych rad. Nie, nie byl to chlodny smukly blondyn: ten nieobecny. Meksykanin byl brunetem o goracej krwi, jadal kanapki z serem, uzywal musztardy i ostrej papryki chile z Jalapy, a jego spojrzenie rozumnego szopa pracza przeszukiwalo wszystkie katy. Chcial zrobic kariere, to bylo widac. Na pewno szybko sie wzbogaci.
To nie on, pomyslal z pewnym smutkiem Atlan-Ferrara, nie ten poszukiwany, ten, za ktorym sie tesknilo, ten przyjaciel z pierwszej mlodosci…
– Dlaczego mnie opusciles, tam nad morzem?
– Nie chcialem niczego psuc.
– Nie rozumiem. Popsules nasz weekend. Bylismy razem.
– Nigdy bys mi sie nie oddala.
– Coz z tego? Myslalam, ze wystarcza ci moje towarzystwo.
– A tobie wystarczalo moje?
– Masz mnie za idiotke? Jak myslisz? Dlaczego przyjelam twoje zaproszenie? Wscieklosc macicy?
– Ale nie bylismy razem.
– Nie, tak jak teraz nie…
– I nie bylibysmy pozniej.
– To tez jest prawda. Mowilam ci to.
– Nigdy nie bylas z mezczyzna.
– Nigdy. Juz ci mowilam.
– Nie chcialas, zebym ja byl tym pierwszym.
Ani ty, ani zaden inny. Bylam wtedy inna. Mialam dwadziescia lat. Mieszkalam z wujostwem. Bylam dziewczyna, o jakiej Francuzi mowia
– Jestes pewna?
– Bylam inna, mowie ci. Jak moge byc pewna uczuc dziewczyny, ktora juz nie jestem?
– Pamietam, jak sie wpatrywalas w fotografie mojego przyjaciela…
– Brata, mowiles wtedy…
– Mezczyzny, ktory byl dla mnie najblizszym czlowiekiem. To chcialem wtedy powiedziec.
– Ale jego tam nie bylo.
– Owszem, byl.
– Nie wmawiaj mi, ze byl.
– Fizycznie nie.
– Nie rozumiem.
– Tam byl on. Byl ze mna. Widzialem go.
– Nie, Gabriel. Mylisz sie.
– Dobrze pamietam te fotografie. To jedyna, na ktorej jestesmy razem, on i ja.
– Nie. Na zdjeciu byles tylko ty. On zniknal z tego zdjecia.
Spojrzala na niego z ciekawoscia, chcac ukryc strach.
– Powiedz prawde. Czy kiedykolwiek ten chlopiec byl
na zdjeciu?
– Muzyka to sztuczny portret ludzkich namietnosci – powiedzial maestro, zwracajac sie do zespolu artystow, z ktorymi mial pracowac w Palacu Sztuk Pieknych. – Nie probujcie robic z tej opery dziela realistycznego. Wiem, ze Latyno-amerykanie rozpaczliwie trzymaja sie logiki i rozsadku, ktore sa im calkowicie obce, poniewaz chca oni wyzwolic sie od nadnaturalnej wyobrazni, bedacej ich wlasna dziedziczna cecha; jest to jednak cecha, ktora mozna pominac, a takze, i przede wszystkim, pogardzac nia w swietle domniemanego „postepu”, ktorego zreszta nigdy nie osiagna za pomoca owego zawstydzajacego mimetyzmu. Bo, prosze panstwa, slowo „postep” zawsze pisze sie w cudzyslowie,
Usmiechnal sie do calego zespolu, do tych wszystkich powaznych twarzy.
– Prosze sobie laskawie wyobrazic, ze spiewajac, po wtarzacie panstwo dzwieki natury.