sie.
Drugim biczem chlostala go: to nie ty mnie wybrales, to ja wybralam ciebie. Nie tesknilam za toba wtedy i nie tesknie teraz. Kochalismy sie, zeby uzyskac pewna harmonie w wystawieniu tego dziela. Kiedy zejdzie ze sceny, my tez sie rozejdziemy, ja i ty…
Czy Gabriel Atlan-Ferrara wiedzial o tym? Wiedzial i akceptowal? W ramionach Inez mowil „tak”, akceptowal, bo kiedy byl z nia, zgodzilby sie na wszystko, na kazde upokorzenie. Dlaczego to ona zawsze musiala dosiadac jego? Czemu on lezal na plecach, a ona byla nad nim, i to ona prowadzila te seksualna gre, ale od niego, lezacego, poslusznego i oddanego jej, wymagala dotkniec, rozkazow, rozkoszy, a on, nie majac innego wyjscia, musial spelniac jej zyczenia?
Powoli przywykal do tego, ze lezy z glowa na poduszce, wyprostowany, i patrzy na jej wyprezona postac, unoszaca sie nad nim jak zmyslowy posag ulepiony z urzekajaco pieknego ciala, jak cielesna rzeka seksu polaczona z jego seksem poprzez rozwarte uda i jej posladki, ktore czul na sobie, rzeka seksu splywajaca na niego, wzniosla i zarazem zabawna; jak statua, ktora sie smieje ze swiata, czaruje wdziekiem pepka i sama sie tym bawi… I jej piersi, twarde, ale ruchliwe, a potem reszta ciala, z szyja o wyzywajacej bieli, podczas gdy jej twarz sie oddala, staje sie obca, kryje sie pod masa rudych wlosow, pod ta grzywa, co jak plaszcz oslania pozornie ukrywane wzruszenie…
Inez Prada. („Lepiej brzmi niz Inez Rosenzweig na reklamowych plakatach i latwiej sie wymawia w innych jezykach”).
Inez Venganza*. [* venganza – po hiszp. zemsta.] („Wszystko mam juz za soba. A ty?”).
Za co, Boze moj, za co w koncu sie mscila? („Zakaz dotyczyl dwoch roznych epok i zadne z nich dwojga nie chcialo go naruszyc”).
W wieczor premiery maestro Atlan-Ferrara wszedl na podium wsrod oklaskow oczekujacej publicznosci.
Oto byl ten mlody dyrygent, ktory kiedys wydobyl niespodziewana – nie ukryta, ale zagubiona – dzwiecznosc z Debussy'ego, Ravela, Mozarta i Bacha.
Tego wieczoru dyrygowal w Meksyku po raz pierwszy i wszyscy chcieli widziec sile tej osobowosci w taki sposob, jak to zapowiadaly fotografie: grzywa dlugich, czarnych, kedzierzawych wlosow, pelne blasku, ale nieco senne spojrzenie, przeklete brwi, ktorych drgnienie potrafilo osmieszyc maske i gre Mefista; blagalnie wyciagniete rece, ktore wydobywaly na jaw prostactwo pozadliwych gestow Fausta…
Mowiono o nim, ze przewyzsza swoich spiewakow. Jednak nad wszystkim dominowala atmosfera coraz glebszego i wspanialszego wspolbrzmienia laczacego Gabriela Atlana-Ferrare z Inez Prada; harmonia miedzy kochankiem spiacym w lozku a czujnym na kazdy szczegol dyrygentem na scenie. Bo chocby ona z najwieksza zaciekloscia starala sie mu dorownac, to w teatrze on byl najwazniejszy, on prowadzil gre, on nad nia gorowal, narzucal jej swa meska zadze, a na koniec, w finale, lokowal ja na srodku sceny, trzymana za rece przez dzieci z choru anielskiego. Gdy spiewala w otoczeniu niebianskich duchow, robilo to wrazenie, ze, wbrew temu, co mogla podejrzewac, Inez wciaz jest glowna postacia, centrum tego zwiazku, w ktorym (ani on, ani ona nie przestawali o tym myslec) tak czy owak partnerzy sa sobie rowni. Ale rowni tylko dlatego, ze ona jest krolowa w lozku, a on wladca teatru.
Maestro, dyrygujac finalem opery, szeptal: „Te piekne dziewice ukoja twoj placz, Malgorzato, odsuna cie od ziemskiego bolu, przywroca ci nadzieje”, i wowczas Malgorzata, ktora jest Inez, ujmuje reke jednego sposrod dzieci z choru, a wszystkie pozostale dzieci tez biora sie za rece i ostatnie z nich podaje reke spiewakowi z choru niebianskiego, a ten swemu sasiadowi, a nastepny swemu, az caly chor, z Malgorzata-Inez posrodku, staje sie naprawde jednym chorem, polaczonym lancuchem rak. Wowczas dwaj aniolowie ze srodka tego kregu wyciagaja ramiona ku najblizszym lozom na widowni, biora za rece widzow, ktorzy z kolei ujmuja dlonie sasiadow, i tak oto wszyscy obecni w teatrze Palacu Sztuk Pieknych tworza jedna ogromna calosc, zespolona usciskiem rak. I chociaz chor zaspiewal: „Zachowaj nadzieje i usmiechnij sie ze szczescia”, teatr zmienia sie w wielkie jezioro plomieni, a w glebi duszy kazdego z obecnych tu ludzi rozgrywa sie straszliwe misterium: wszyscy razem dostali sie do piekla; mysleli, ze znajda sie w niebie, a poslano ich do diabla. Gabriel Atlan-Ferrara wykrzykuje triumfalnym glosem: Precz!
Zostal sam w pustej sali, z ktorej wychodzili ludzie. Inez zblizyla sie do niego wsrod oklaskow i powiedziala:
– Zobaczymy sie za godzine. U ciebie w hotelu.
Gabriel Atlan-Ferrara, siedzac w pierwszym rzedzie krzesel pustego teatru, widzial, jak opuszcza sie gigantyczna szklana kurtyna, ktorej montaz trwal prawie dwa lata. Pracujacy przy niej rzemieslnicy od Tiffany'ego dopasowywali do siebie milion malych lsniacych czastek, a te, jak rzeka swiatel, co znalazla tu swe ujscie, ukladaly sie w panorame kotliny, w ktorej lezy miasto Meksyk i jej grozne, ukochane wulkany. Wszystko przygasalo, w miare jak gasly lampy w teatrze i latarnie miejskie, gdy spektakl dobiegl konca. Ale nadal jarzyly sie blaskiem krysztalowe pieczecie -drobne czastki szklanej kurtyny.
Gabriel Atlan-Ferrara trzymal w reku i pieszczotliwie gladzil krysztalowa pieczec, ktora Inez Rosenzweig- Prada wsunela mu w dlon, w chwili gdy wybuchly oklaski, a on klanial sie, dziekujac publicznosci.
Opuscil sale i szedl przez wylozone rozowym marmurem pomieszczenia, wsrod rzucajacych sie w oczy murali i instalacji z polyskliwej miedzi – wszystko w stylu
Pozostal jeszcze, opuszczony i zapomniany, zelazny szkielet i tak wlasnie zobaczyl go Gabriel Atlan-Ferrara, idac przez maly placyk przed Palacem: nagi, ograbiony ze wszystkiego, zardzewialy (stal tu przeciez przez cwierc wieku) zamek z nadzartego zebem czasu zelastwa zapadal sie w nieprzyjazne bloto stolicy Meksyku.
Dyrygent ruszyl aleja w strone parku Alameda, a po drodze przywitala go czarna maska z obsydianu, co go szczerze rozbawilo. Maska posmiertna Beethovena patrzyla na niego swymi zamknietymi oczami. Gabriel uklonil sie i zyczyl jej dobrej nocy.
Gdy wchodzil do pustego teraz parku, towarzyszyla mu tylko, takt po takcie, muzyka Ludwiga Van, wiec zaczal z nim rozmawiac, pytajac, czy rzeczywiscie muzyka jest jedyna sztuka przekraczajaca granice wlasnych srodkow wyrazu – jakimi sa dzwieki – aby zaistniec, i to wspaniale, w ciszy meksykanskiej nocy. To azteckie miasto – meksykanska Jerozolima – kleczalo przed pomnikiem gluchego kompozytora, ktory potrafil sobie wyobrazic chrobot spadajacego kamyka i szum rzeki w Nadrenii.
Korony drzew kolysaly sie lagodnie w tych godzinach, kiedy bylo juz po deszczu, a z nieba splywala dobrotliwa moc. Daleko w tyle pozostal Berlioz, a w marmurowej grocie dzwieczaly jeszcze francuskie slowa, rozbijajac wiezienie nordyckich spolglosek, te „okropna wymowe” germanska, chroniaca sie pod pancerzem slow. Ogniste niebo z
Pierwszy cios zranil go w usta. Trzymali go za ramiona, zeby sie nie ruszal. Potem wasacz z rzadka brodka kopnal go kolanami w brzuch i podbrzusze, walil piesciami w twarz i klatke piersiowa, podczas gdy on probowal zblizyc sie do figury kobiety, przykucnietej w pozie nieprzyzwoitej i upokarzajacej i podstawiajacej sie,