zwyciestwo, radosc, powrot…
Podejdziecie do ogrodzenia – bedzie to biala palisada, zaraz ja rozpoznasz jako ostrokol z wielkich kosci zwierzat, ktore dawno wyginely; kosci te, wetkniete w ziemie, tworza nieprzesiakliwa groble, na ktora wejda, po kolei, mezczyzni-przewodnicy, ci, co was wyprzedza i pojda dalej, az na plac z udeptanej ziemi, gdzie beda domy z wypalanej gliny, o plaskich jasnoczerwonych dachach.
Wskaza wam jedna z chat i przyniosa naczynia z mlekiem i kawalki surowego miesa zatkniete na zelazne szpikulce. Ne-el schyli sie w dziekczynnym uklonie i wyjdzie z mezczyznami na zewnatrz. W drzwiach odwroci sie i da ci znak, ze mozesz byc spokojna i masz nic nie mowic. Oczy ne-ela beda mialy nowy blask. Popatrzy na tamtych ludzi jak na zwierzeta z dalekich stron. Ale teraz bedzie takze patrzyl podejrzliwie, nie tylko ostroznie.
Przez kilka godzin bedziesz sie zajmowala karmieniem coreczki i, spiewajac kolysanki, uspisz ja. Potem wroci ne-el i powie ci, ze bedzie teraz codziennie, razem z innymi mezczyznami, wyruszal na polowanie. Ziemia, na ktorej sie znajduja, graniczy z rozlegla, pozbawiona drzew laka, gdzie przebiegaja wielkie stada zwierzat. Bedzie na nie polowal z zaskoczenia, bo one sie tutaj pasa. Bedziesz musiala wychodzic z innymi kobietami, zeby zbierac ziola i owoce w poblizu domostw, nie narazajac sie na atak drapieznikow, ktore moga podejsc az tutaj.
Ty go zapytasz, czy on tutaj bedzie znowu mogl malowac. Nie, tu nie ma murow. Sa sciany z gliny i groble z kosci.
Czy oni beda zadowoleni z tego, ze nas tu przyjeli?
Beda. Mowia, ze kiedy widza odplyw morza i skuty lodem tamten brzeg, czuja sie samotni i czekaja na nas, bo chca miec dowod na to, ze ten swiat z drugiego brzegu istnieje naprawde.
Czy podoba sie im nasz swiat, czy go polubia, ne-el?
Zobaczymy, a-nel. Poczekamy.
Ale ty znow zauwazysz niepokoj w spojrzeniu mezczyzny, tak jakby cos, co sie jeszcze nie zdarzylo, mialo sie za chwile stac.
Podejdziesz do innych kobiet przy palisadzie, aby nazbierac owocow i przyniesc mleko samicy losia dziewczynce lezacej w kolysce ze skory.
Nie bedziesz mogla sie porozumiec z innymi kobietami, bo nie bedziesz rozumiala ich mowy; ani ty ich nie zrozumiesz, ani one ciebie. Sprobujesz dogadac sie z nimi za pomoca spiewu, a one beda ci odpowiadaly w ten sam sposob, ale nie uda ci sie odgadnac, co chca powiedziec, bo ich glosy beda bardzo podobne do siebie, a mowa monotonna. Bedziesz sie starala mowic tak, aby wyrazic radosc, wspolczucie, bol, zyczliwosc, ale tamte kobiety popatrza na ciebie zdziwione i odpowiedza ci tym samym bezbarwnym tonem, ktory nie pozwoli ci odgadnac, co czuja.
Tak uplynie wiele dni i nocy, az ktoregos wieczoru, o zachodzie slonca, uslyszysz najpierw czyjes lekkie kroki, tak lekkie, jakby sprawialy bol, jakby ten ktos nie chcial dotknac stopami ziemi. Ale osoba, ktora sie zblizy do twojej chaty, zastuka, robiac halas, i ten halas cie przestraszy, bo dotychczas kroki i inne odglosy byly monotonne i smutne.
Nie bedziesz przygotowana na pojawienie sie w twoich drzwiach kobiety o skorze rownie czarnej jak jej wlosy, o podkrazonych oczach i rozchylonych ustach: zobaczysz czarne wargi, czarny jezyk i czarne zeby.
W dloni bedzie trzymala czarny kij, bedzie nim pukac w twoje drzwi. Stanie w progu i podniesie kij, a ty przestraszysz sie jej grozby, ale ona druga reka dotknie twojego czola z taka rezygnacja, lagodnoscia i bolem, ze twoj strach sie rozwieje. Ona bedzie sie stukala w glowe, tak jakby stukala w mur albo jakby cie uprzedzala, ze nie musisz sie bac, albo jakby chciala sie z toba przywitac, ale nie starczy jej na to czasu; smutna twarz tej kobiety, twojego goscia, bedzie prosila cie o cos spojrzeniem, ale ty nie potrafisz i nie zdazysz spelnic jej prosby. Inne kobiety, te z sasiednich domow, w koncu zobacza, co sie dzieje, i przybiegna pod twoje drzwi; zaczna krzyczec na te czarna, wyrwa jej z rak czarny kij, przewroca ja na ziemie i beda kopac nogami, podczas gdy ona, podnoszac sie i patrzac na nie ze strachem, ale wyniosle, zasloni sobie glowe rekami i z wyzywajaca twarza oddali sie, powloczac nogami, a potem zniknie w wieczornej mgle.
Ne-el wroci i opowie ci, ze ta kobieta jest wdowa, ktora nie ma prawa wychodzic ze swego domu.
Wszyscy beda sie zastanawiali, czemu, znajac prawo, osmielila sie wyjsc i zapukac do ciebie.
Beda podejrzliwi wobec ciebie.
Ich prawo mowi, ze temu, kto zobaczy wdowe, grozi smierc, wiec oni nie mogli pojac, dlaczego ta wdowa osmielila sie wyjsc z domu i przyjsc do ciebie.
To po raz pierwszy tamte kobiety postradaja swoj spokoj lub obojetnosc i zaczna mowic innym tonem, beda podniecone i bardzo przejete. A potem posluszne i milczace. Beda zbieraly zolte truskawki, czarne jezyny i biale morwy, beda wyrywaly z ziemi jadalne korzenie i policza bardzo uwaznie – otwierajac ich zielone wnetrze i wkladajac je do glinianych garnuszkow – male zielone kulki, ktorym nadano nazwe „oliwka”.
Poszukaja tez jaj pewnego ptaka, ktory kreci sie, pod-fruwajac, kolo galazek jezyn i korzeni czarnej morwy. Beda gotowaly dla mezczyzn mozgi, jelita, tluste podgardla zwierzat z pastwiska. A gdy zacznie zapadac zmrok, beda robily sznury z wlokien polnych roslin, igly z kosci i ubrania ze skory.
Kiedy bedziesz razem z nimi zanosila do domow mezczyzn i chorych jedzenie i ubrania, zdasz sobie sprawe, ze chociaz codzienna monotonna praca ogranicza sie do przestrzeni odgrodzonej grobla z kosci, to jednak jest jeszcze, troche dalej, duzo miejsca wewnatrz twierdzy, gdzie wznosi sie potezniejsza od innych budowla zrobiona z drewna palmy o nazwie „sloniak”.
Pewnej nocy bedzie wielkie zamieszanie i wszyscy wybiegna ze swoich chat, by udac sie do tamtego miejsca, gdyz bedzie ich wzywal dzwiek bebnow, ktore juz pewnie slyszalas, ale takze wezwie ich jakas nieznana dotad muzyka, szybka jak lot drapieznych ptakow, ale tak mila i slodka, jakiej nie slyszalas nigdy przedtem…
Mezczyzni wykopia dol, raczej gleboki niz szeroki, i z duzego zoltawego domu, ktory przypomina wielki pysk z zepsutymi zebami, wyniosa nagie cialo mlodego mezczyzny, a za nimi, idac powoli – i w swej powolnosci zarowno gniewny, jak i pelen bolu – bedzie kroczyl starzec o dlugich bialych wlosach, zgarbiony, z twarza oslonieta maska z kamienia, okryty bialymi skorami zwierzat. Pochod bedzie wyprzedzal inny mlodzieniec, niosacy w dloniach naczynie, nagi jak tamten trup. Mezczyzni zloza na ziemi cialo zmarlego, a starzec zblizy sie do niego, by nan spojrzec; na chwile zdejmie z twarzy maske i bedzie ogladal od stop do glowy cialo nieboszczyka.
Twarz jego bedzie wyrazala gorycz, ale pozbawiona jakiejkolwiek checi stawiania oporu.
Nastepnie mezczyzni spuszcza cialo do dolu, a starzec w masce wysypie powoli na nie zawartosc naczynia z „roslinnej kosci sloniowej”, pelnego perel, ktore smutny mlodzieniec bedzie trzymal w dloniach.
Wowczas rozlegnie sie spiew, tego spiewu spodziewalas sie od samego poczatku, a-nel, tak jakby wszyscy oczekiwali tej jedynej okazji, aby polaczyc sie w jeden zalobny chor, chor okrzykow, czulych slow, westchnien, ktorych starzec wyslucha z niewzruszona obojetnoscia, wysypujac perly na cialo zmarlego, az w koncu, znuzony, oprze sie o dwoch mezczyzn, a ci odprowadza go do domu z palmowego drewna przy dzwiekach smutnej i slodkiej muzyki wydobywajacej sie z walka z dziurkami, podczas gdy pozostali beda nadal wrzucac rozne przedmioty do otwartego grobu.
Tej nocy ne-el pokaze ci pewien przedmiot, ukradziony z grobu. To jest walek z kosci, z wieloma dziurkami. Ne-el, wiedziony instynktem, przylozy go do ust, ale ty, rowniez instynktownie, polozysz reke na instrumencie i na ustach ne-ela. Bedziesz sie czegos bala, a raczej cos podejrzewala, zaczniesz przeczuwac, ze twoje dni w tym miejscu nie beda spokojne; odkad zjawila sie u ciebie kobieta z kijem, nabralas pewnosci, ze to miejsce nie jest dobre…
Bedziesz miala przeczucie, wywroza ci to sepy przelatujace nad polami, gdzie bedziesz pracowala nastepnego ranka po pogrzebie mlodego mezczyzny. Ne-el wroci, przynoszac nowe wiadomosci. Mysliwi zaczna mowic, nawet gdyby kobiety milczaly. Ne-el szybko nauczy sie najwazniejszych slow z jezyka wyspiarzy i powie ci, a-nel, ten chlopiec jest starszym synem starca, a starzec to ten, ktory tu rzadzi. Ten zmarly mlodzian mial byc jego nastepca na tronie z palmowego drewna, pierwszym sposrod wszystkich synow „basila” – tak nazywaja tego starca:
– Lepiej, zebys zamilkla, a-nel. Ja poslucham, co jeszcze powiedza, i opowiem ci.
– Zrozumiemy ich?
– Tak, tak. Nie wiem czemu, ale mysle, ze ich zrozumiemy.