– Ne-el, ja tez rozumiem co mowia kobiety…
Ne-el zatrzyma sie w drzwinch i odwroci sie, zeby spojrzec na ciebie z niepokojem i ze zdziwieniem, ktore sa jak podzial miedzy „wewnatrz” i „na zewnatrz”, wczoraj i dzis. Stojac w drzwiach chaty, w zoltawym swietle padajacym na jego plecy, poprosi cie…
– A-nel, powtorz to, co przed chwila powiedzialas…
– Ja tez rozumiem, co mowia kobiety…
– Rozumiesz czy bedziesz rozumiala?
– Rozumiem.
– Wiesz czy bedziesz wiedziala?
– Dowiedzialam sie. Wiem.
– Co wiesz?
– Ne-el, wrocilismy. Juz tu jestesmy. To wlasnie wiem.
Niebo sie porusza. Mknace po nim chmury nie tylko niosa powietrze i halas; przybywaja opetane, poganiane przez czas, niebo porusza czas, a czas porusza ziemie. Pory roku nastepuja jedna po drugiej jak pioruny, szybkie i nieuchwytne, ale nigdy nie poprzedza ich grzmot: rozdzielaja firmament, a rzeki znow plyna, lasy napelniaja sie zapachami, drzewa sie odradzaja, fruwaja ptaki, zolte, rude, bialoogoniaste, z czarnymi grzebieniami i blekitnym wachlarzem ogona; pna sie w gore rosliny, spadaja owoce, a pozniej liscie, i lasy znowu beda nagie, gdy ne-el i ty zachowacie w tajemnicy swoja odrodzona przeszlosc.
Oni tu byli.
Znaja jezyk tej krainy, jezyk powraca, i to w tym samym momencie; nikt na to nie zwaza, bo wdowa po pierwszym synu wladcy rzucila sie, otulona w czarne skory, na grob swego meza, zlorzeczac drugiemu synowi i oskarzajac go o zamordowanie pierworodnego. Oskarzala tez starego
Broczaca krwia kobieta zdaje sie pograzac w wilgotnej ziemi i zespalac w jedna calosc z trupem swego mlodego malzonka.
– Nie chce wychodzic, mowisz, tulac do siebie coreczke. Boje sie.
– Beda cie podejrzewac, odpowiada ne-el. Wyjdz i pracuj tak jak zawsze. Tak samo jak ja.
– Pamietasz cos jeszcze?
– Nie. Tylko jezyk. Kiedy powrocil jezyk, wrocilo tez miejsce.
– Wiedzialam, zesmy tu kiedys byli.
– Oboje? Czy tylko ty?
On milczal przez dluzsza chwile i glaskal rudawa glowe dziewczynki. Patrzyl na mury swej dawnej ojczyzny. Po raz pierwszy a-nel zobaczyla wstyd i bol w oczach ojca swej corki.
Umiem malowac tylko na kamieniu. Nie na ziemi. Ani na kosciach.
Powiedz mi – poprosisz go cichym, przestraszonym glosem – skad wiesz, ze ja takze tu bylam?
On wciaz milczy, ale, jak zwykle, wychodzi na polowanie i wraca z taka twarza, jakby sie nad czyms zastanawial. Tak mija wiele nocy. Ty oddalasz sie od niego, obejmujesz coreczke, ktora jest twoim ratunkiem, ty i on nie rozmawiacie ze soba, na obojgu ciazy milczenie bardziej dotkliwe niz jakakolwiek niewola, kazde boi sie, ze milczenie zmieni sie w nienawisc, nieufnosc, rozstanie…
W koncu, ktorejs nocy, ne-el nie moze juz tego wytrzymac i placzac, rzuca sie w twoje ramiona, prosi cie o wybaczenie; kiedy wraca wspomnienie, sama widzisz, ze to nie zawsze jest dobre, pamiec moze byc wielkim zlem, mysle, ze powinnismy blogoslawic zapomnienie i tesknic za tym zapomnieniem, w ktorym zylismy, bo dzieki niemu polaczylismy sie z soba, ale poza tym – mowi on – wspomnienia kobiety i mezczyzny, ktorzy sie ponownie spotykaja, nie sa jednakowe, jedno pamieta cos, co drugie zapomnialo, i na odwrot, a czasem zapominamy, bo wspomnienie boli i trzeba postanowic, ze to, co sie stalo, nigdy sie nie stalo, zapomina sie to, co najwazniejsze, bo byc moze to wlasnie jest najbardziej bolesne.
Powiedz mi, o czym ja zapomnialam, ne-el.
Nie chcial tam wchodzic z toba. Zaprowadzil cie do tego miejsca, ale tam wzial rudowlosa i czarnooka dziewczynke na rece i powiedzial ci, ze wroci do domu, aby nikt niczego sie nie domyslil… i aby uratowac mala, potwierdzilas, troche tak, jakbys pytala.
Tak.
Byla to chatka ulepiona z gliny i z wierzchu przykryta galeziami nazbieranymi w lesie, tak ze trudno ja bylo zobaczyc. W okraglym dachu byl otwor, a nad nim zwisaly galezie drzew, i kilka ich przedostalo sie do srodka chaty. Drugi otwor byl nisko, tuz przy ziemi.
Weszlas tamtedy na czworakach i odczekalas chwile, aby przyzwyczaic sie do ciemnosci, ale powstrzymywal cie odor gnijacej trawy, lupin, starych nasion, uryny i ekskrementow.
Trafilas do niej, bo uslyszalas jej urywane sapanie, bylo to cos podobnego do rzezenia osoby schwytanej niespodzianie podczas snu lub w polsnie, albo znajdujacej sie na pograniczu agonii i smierci.
Kiedy wreszcie twoje oczy zbrataly sie z polmrokiem, zobaczylas kobiete, lezaca pod wklesla sciana i przykryta ciezkimi derkami. Otaczaly ja zwierzeta o szarych grzbietach i bialych brzuchach, od ktorych bil najostrzejszy smrod. Poznalas te won juz dawniej, kiedy zylas na drugim brzegu, gdzie gromady pizmoszczurow chronily sie w pieczarach, napelniajac je tym samym smrodem. Tam, w poblizu jaskini, tez byly lupiny owocow i obgryzione kosci.
Ona patrzyla na ciebie od chwili, kiedy weszlas. Mrok byl jej swiatlem. Sztywno wyprostowana, chyba nie miala sily poruszac sie w tej chalupce, ukrytej w lesie, z dala od palisady z kosci.
Kobieta trzymala rece pod derkami. Jej blagalne spojrzenie wystarczylo, aby cie przywolac do siebie. Ukleklas przy niej i zobaczylas, jak dwie lzy splywaja po jej pomarszczonych policzkach. Nie zrobila zadnego ruchu, zeby je obetrzec. Wciaz chowala rece pod przykryciem. Oczyscilas ja z brudu, uzywajac do tego jej wlasnych wlosow, twardych i bialych; umylas jej twarz o gleboko osadzonych blyszczacych oczach, szerokim nosie i duzych, rozchylonych ustach, z ktorych saczyla sie slina.
Wrocilas, powiedziala drzacym glosem.
Ty przytaknelas skinieniem glowy, ale twoje spojrzenie zdradzalo niewiedze i zmieszanie.
Wiedzialam, ze wrocisz, usmiechnela sie staruszka.
Czy naprawde byla staruszka? Tak sie wydawalo, bo miala biale rozczochrane wlosy, ktore zakrywaly czesciowo jej twarz, nie przeslaniajac jednak widocznego na niej wzruszenia. Wydawala sie stara, bo byla wyczerpana, mozna by powiedziec, ze zmeczenie bylo jedyna oznaka, ze zyje. Oprocz tych oznak wyczerpania, jakie zauwazylas, moglabys ujrzec tylko bliskosc smierci.
Powiedziala, ze cie dobrze widzi, bo przywykla do zycia w ciemnosci. Ma bardzo dobry wech, poniewaz najczesciej sie nim posluguje. I powinnas mowic do niej cicho, bo zyjac w tej ciszy, potrafi uslyszec, nawet z duzej odleglosci, czyjes pomruki i szepty. Uszy miala bardzo duze. Odsunela do tylu biale kosmyki i pokazala ci wydluzone kosmate ucho.
Miej litosc nade mna, powiedziala nagle.
Co takiego? – szepnelas, instynktownie spelniajac jej prosbe.
Kiedy bedziesz mnie wspominac. Miej litosc.
Jak mam cie wspominac?
Staruszka wyjela reke spod okrywajacych ja skor.
Wyciagnela ramie porosniete gestymi szpakowatymi wlosami. Pokazala zacisnieta piesc. Rozwarla ja.
Na rozowym wnetrzu dloni lezal owalny przedmiot, zniszczony, ale choc uzywany, jednak byl rozpoznawalny. Odgadlas, a-nel, ze jest to figurka kobiety. Z mala glowka o zatartych rysach, ale z cialem okraglym, z duzymi piersiami, biodrami i posladkami i – o malenkich nogach i sto pach.
Od czestego obracania jej w dloniach figurka stawala sie coraz bardziej przezroczysta. A pierwotny ksztalt zanikal, zmieniajac ja w jajowata brylke.
Staruszka bez slowa wsunela ci w reke ow przedmiot.