moze sie przydac na takiej wyprawie. Franklin byl pelen podziwu dla jej przezornosci i przylapal sie na mysli, ze byloby dobrze miec taka gospodarna kobiete w do mu. Zaraz jednak odegnal te mysl, powtarzajac sobie, ze zbyt energiczne kobiety rzadko bywaja szczesliwe, chyba ze moga kierowac nie tylko swoim zyciem, lecz i zyciem meza.
Wial silny wiatr od ladu i lodka skakala po falach jak zywa. Franklin nigdy jeszcze nie plywal na zaglowce i byl zachwycony. Odchylil sie na wytarte, ale wygodne oparcie, patrzac, jak Wyspa Czapli oddala sie z zaskakujaca szybkoscia. Widok podwojnego, pienistego sladu, znaczacego ich trase, i napietej, wypelnionej energia krzywizny zagla dzialal uspokajajaco. Franklin nie bez zalu pomyslal sobie, jakby to bylo dobrze, gdyby wszystkie stworzone przez czlowieka maszyny mogly byc tak proste i wydajne. Coz za kontrast pomiedzy ta lodka a nagromadzeniem skomplikowanych mechanizmow w lodzi podwodnej, ktora sie teraz uczy kierowac! Smutek trwal krotko; trzeba pogodzic sie z mysla, ze sa zadania, ktorych nie mozna rozwiazac za pomoca prostych srodkow.
Z lewej burty mieli teraz dlugi rzad zaokraglonych koralowych glazow, wyrzuconych przez sztormy na skraj Rafy Wistari. Fale rozbijaly sie tutaj o podwodny parapet z nie slabnaca furia, ktora nigdy nie zrobila na Franklinie takiego wrazenia jak teraz. Widzial je wprawdzie niejednokrotnie, ale nigdy z tak bliska i z tak kruchej Lupiny.
Pasmo spienionej wody wyznaczajacej skraj rafy zostalo za rufa; teraz musieli po prostu czekac, az wiatry zaniosa ich do celu. Nawet gdyby wiatr ucichl — na co sie nie zanosilo — mogli kontynuowac wycieczke na malym silniczku strugowodnym, do ktorego uciekano sie tylko w ostatecznym wypadku, bylo bowiem sprawa honoru, aby wracac z nie naruszonym zapasem paliwa.
Mimo ze po raz pierwszy byli sam na sam, zadne z nich nie odczuwalo potrzeby slow. Zapanowalo miedzy nimi milczace porozumienie, ktorego nie chcieli naruszac slowami, cieszac sie wspolnie spokojem i pieknem otwartego morza. Otaczaly ich dwie polkule nieskazitelnego blekitu, spojone ginacym w mglistej oddali horyzontem i reszta swiata przestala istniec. Nawet czas jakby sie zatrzymal; Franklin czul, ze moglby tak lezec wiecznie, poddajac sie leniwemu kolysaniu lodzi, ktora bez wysilku slizgala sie po falach.
Po chwili wylonila sie przed nimi niska, ciemna chmura, ktora po dalszej chwili okazala sie porosnieta drzewami wyspa z waskim pasmem piaszczystej plazy i nieodlacznym obramowaniem rafy. Indra poruszyla sie i zajela sie prowadzeniem lodzi, Franklin zas z pewnym niepokojem sledzil linie fal zalamujacych sie na rafie, ktora zdawala sie otaczac wyspe nieprzerwanym pierscieniem.
— Jak sie tam dostaniemy? — spytal.
— Od zawietrznej; fale beda tam mniejsze i chyba przyplyw jest na tyle wysoki, ze uda nam sie przeskoczyc ponad rafa. Jesli nie, to zarzucimy kotwice i przejdziemy na wyspe w brod.
Franklin nie byl zachwycony tak lekkomyslnym podejsciem do sprawy, ktora wydala mu sie wcale powazna, ale nie pozostalo mu nic innego, jak wierzyc, ze Indra wie, co robi. Jesli sie pomyli, beda musieli przeplynac kawalek, co nie kryje w sobie specjalnego niebezpieczenstwa, a potem czekac cierpliwie na ratunek, w nadziei, ze ktos z pracownikow laboratorium zacznie ich szukac.
Albo bylo to latwiejsze, niz wygladalo dla niewprawnego oka, albo Indra rzeczywiscie byla zeglarzem wysokiej klasy. Poplyneli wokol wyspy do miejsca, gdzie fale nie lamaly sie tak gwaltownie. Tam Indra skierowala dziob lodzi ku wyspie i poplyneli wprost na brzeg.
Nie bylo zadnych odglosow szorowania po koralu i zdzierania plastyku. Katamaran niczym ptak przelecial nad ostrym grzbietem rafy, wyraznie widocznym tuz pod spieniona powierzchnia wody. Przeskoczywszy niebezpieczna strefe znalezli sie na spokojnej powierzchni laguny, zblizajac sie do plazy ze wzrastajaca szybkoscia. Na kilka sekund przed zderzeniem Indra zrzucila glowny zagiel. Lodz z miekkim odglosem uderzyla o piasek i osiadla na lagodnie wznoszacym sie brzegu, do polowy dlugosci wynurzona z wody.
— Jestesmy na miejscu — powiedziala Indra. — Bezludna wyspa do wynajecia.
Franklin jeszcze nigdy nie widzial jej w tak pogodnym i swobodnym nastroju; uswiadomil sobie, ze ona rowniez pracuje w napieciu i cieszy sie, ze udalo jej sie wyrwac na kilka godzin z kolowrotu codziennych obowiazkow. A moze to jego obecnosc zmienila powazna studentke w pelna zycia dziewczyne? Niezaleznie od przyczyny zmiana przypadla mu do gustu.
Wysiedli z lodzi i przeniesli swoje rzeczy na plaze, w cien kokosowych palm, ktore sprowadzono na te wyspy dopiero w ubieglym stuleciu, aby urozmaicic flore, zdominowana przez pizonie i pandany na szczudlowatych korzeniach. Wygladalo, ze ktos byl tu niedawno, gdyz z morza w glab wyspy prowadzily dziwne slady, jakby malego pojazdu gasienicowego. Musialy one stanowic niezla zagadke dla kogos, kto nie wiedzial, ze wielkie zolwie morskie przyplywaja tu skladac jaja.
Po zabezpieczeniu lodki Indra i Franklin wyruszyli na obchod wyspy. To prawda, ze wszystkie wyspy koralowe sa do siebie podobne; ten sam wzorzec powtarza sie niezmiennie z niewielkimi odmianami. Ale nawet jesli sie o tym wie i ladowalo sie na dziesiatkach takich wysepek, to kazda z nich korci do sprawdzenia, czy i tu jest tak samo.
Rozpoczeli podroz dookola swojego malego swiatka, idac wzdluz waskiego pasma plazy pomiedzy morzem a lasem. Od czasu do czasu robili krotkie wypady w glab wyspy, specjalnie usilujac zabladzic w gestwinie, tak aby moc udawac, ze sa gdzies w sercu Afryki, a nie co najwyzej o sto jardow od morza.
Raz zaczeli odgarniac dlonmi piasek na wydmie w miejscu, gdzie konczyly sie slady jednego z zolwi. Zrezygnowali, kiedy wygrzebali dolek gleboki na dwie stopy i nie znalezli ani sladu miekkich, skorzastych jaj. Z powaznymi minami stwierdzili, ze widocznie zolwica zostawila falszywe slady dla zmylenia przeciwnikow. Przez nastepne dziesiec minut rozbudowali te fantazje w cala teorie na temat inteligencji gadow, za ktora Indra na pewno nie dostalaby stopnia naukowego.
Wreszcie nadszedl moment, kiedy ich dlonie, zlaczone, gdy Franklin pomagal Indrze pokonac odcinek ostrych koralowych skalek, nie rozlaczyly sie, chociaz dalej droga byla juz dobra. Szli bez slowa, swiadomi swojej bliskosci tak jak nigdy dotad.
Od czasu do czasu zatrzymywali sie, kiedy ich uwage zwrocila jakas osobliwosc swiata zwierzecego lub roslinnego i w ten sposob obejscie wysepki zajelo im prawie dwie godziny. Kiedy doszli clo lodki, oboje byli juz porzadnie glodni, wiec Franklin zabral sie skwapliwie do rozpakowywania koszyka z zapasami, Indra zas rozpalila kuchenke.
— Zaraz zaparze ci herbaty po australijsku — powiedziala.
Franklin usmiechnal sie tym swoim krzywym, zagadkowym usmiechem, ktory tak lubila.
— Nie bedzie to dla mnie taka znow nowosc — powiedzial. — Ostatecznie urodzilem sie tutaj.
Spojrzala na niego ze zdziwieniem, ktore stopniowo przeksztalcilo sie w pretensje.
— No wiesz, mogles mi powiedziec! Prawde mowiac, mysla, ze… — urwala, jakby nagle zmusila sie do milczenia, i nie dokonczone zdanie zawislo w powietrzu. Chciala powiedziec, ze juz najwyzszy czas, aby opowiedzial jej cos o sobie i skonczyl z ta dziecinna skrytoscia.. To nie wypowiedziane oskarzenie sprawilo, ze zaczerwienil sie i przez chwile czul, ze opuszcza go beztroski nastroj, jakiego zaznal po raz pierwszy od wielu miesiecy. Potem nagle uderzyla go mysl, ktora nigdy dotychczas nie przyszla mu do glowy, mysl, stanowiaca zagrozenie ich przyjazni. Indra byla kobieta i uczona, powinna wiec byc podwojnie ciekawa. Jak to sie stalo, ze nigdy nie spytala go o przeszlosc? Moglo byc tylko jedno wyjasnienie. Doktor Myers, ktory mial nad nim dyskretny nadzor, musial sie przed nia wygadac.
Jego nastroj pogorszyl sie jeszcze, kiedy uswiadomil sobie, ze Indra czula pewnie dla niego litosc i podobnie jak wszyscy zastanawiala sie, co mu sie wlasciwie przydarzylo. Z gorycza pomyslal, ze milosc oparta na litosci jest dla niego nie do przyjecia.
Indra zdawala sie nie zauwazac tego naglego ponurego zamyslenia i rozterki, w jakiej znalazl sie Franklin. Byla calkowicie pochlonieta napelnianiem kuchenki w sposob nieco prymitywny polegajacy na sciaganiu paliwa rurka z baku silnika na lodzi i Franklina tak ubawily jej kolejne niepowodzenia, ze zapomnial o swoich ponurych myslach. Kiedy wreszcie Indra rozpalila kuchenke, wyciagneli sie w cieniu palmy i jedli kanapki, czekajac, az zagotuje sie woda. Slonce znizalo sie juz ku zachodowi i Franklin uswiadomil sobie, ze prawdopodobnie nie uda im sie wrocic przed zapadnieciem zmroku. Na szczescie noc nie bedzie ciemna, gdyz ksiezyc zblizal sie do pelni i powrot na Wyspe Czapli nawet bez pomocy latarni morskiej nie powinien im sprawic trudnosci.
Zaparzona w czajniku herbata byla znakomita, choc niewatpliwie stare wygi z australijskich szlakow uznalyby ja za zbyt anemiczna. Kiedy odpoczywali po posilku, ich dlonie znowu podazyly ku sobie. Franklin pomyslal, ze teraz powinien byc zupelnie szczesliwy, a jednak trapilo go cos, czego sam nie potrafil nazwac.
Probowal ignorowac i zepchnac na dno podswiadomosci niepokoj, ktory w nim narastal od kilku minut. Wiedzial, ze to smieszne i zupelnie nie uzasadnione obawiac sie czegos na tej bezludnej i spokojnej wyspie, ale