roztargniony.

— Hej! — rozlegl sie z tylu glos Jury.

Zylin odwrocil sie. Na mostek wszedl Jura, zaspany i bardzo ucieszony.

— Wy tez na „Pierscien 1”? Bykow spojrzal na niego dziko.

— Himmel Donnerweter! — wyszeptal Korf. On tez zupelnie zapomnial o Jurze. — Pasazer! Do kajuta! — krzyknal groznie, a jego rude bokobrody zjezyly sie.

Michail Antonowicz nagle glosno powiedzial:

— Wolodia… Badz tak dobry, odsun kosmoskaf na trzydziesci metrow. Bedziesz umial?

Jurkowski mruknal cos z niezadowoleniem.

— Sprobuje — powiedzial. — A po co to?

— Tak mi bedzie wygodniej, Wolodia. Prosze cie.

Bykow nagle wstal i szarpnal na sobie zapiecie kurtki. Jura popatrzyl na niego z przerazeniem. Twarz Bykowa, zawsze czerwonoceglasta, nagle zrobila sie sinobiala. Jurkowski krzyknal:

— Kamien! Misza! Kamien! Wracaj! Rzuc wszystko!

Dal sie slyszec slaby jek i Michail Antonowicz powiedzial drzacym glosem:

— Odejdz, Wolodienka. Szybko. Ja nie moge.

— Predkosc — wychrypial Bykow.

— Co to znaczy — nie moge? — zawyl Jurkowski. Slychac bylo, jak ciezko dyszy.

— Odejdz, odejdz, tu nie mozna — mamrotal Michail Antonowicz. — Nic z tego nie wyjdzie… Nie trzeba, nie trzeba…

— Wiec o to chodzi… — powiedzial Jurkowski. — Czemu nie mowiles? Nic nie szkodzi. Zaraz… Chwila… Ale ci sie zachcialo…

— Predkosc, predkosc — ryczal Bykow.

Kapitan Korf wykrzywil piegowata twarz i zawisl nad klawiatura sterowania. Wzrastalo przeciazenie.

— Zaraz, Miszenka, zaraz — mowil raznym glosem Jurkowski. — O, tak… Ech, zeby tak miec lom…

— Za pozno — powiedzial niespodziewanie spokojnie Michail Antonowicz.

W ciszy, jaka zapadla, slychac bylo jak ciezko, ochryple dysza.

— Tak — powiedzial Jurkowski. — Za pozno.

— Odejdz — powiedzial Michail Antonowicz. — Nie.

— To nie ma sensu.

— To nic — rzekl Jurkowski. — Szybko pojdzie. Rozlegl sie suchy smieszek.

— Nawet nie zauwazymy. Zamknij oczy, Misza.

Po krotkiej przerwie ktos — nie wiadomo, kto — cicho i zalosnie zawolal:

— Alosza… Aleksiej…

Bykow w milczeniu odepchnal kapitana Korfa jak kociaka i wpil sie palcami w klawisze. Tankowcem szarpnelo. Zylin, wcisniety w fotel strasznym przeciazeniem, zdazyl tylko pomyslec: Dopalanie! I na sekunde stracil przytomnosc. Po czym przez szum w uszach uslyszal krotki, urywany krzyk bolu i przez czerwona zaslone zobaczyl, jak strzalka autonamiaru drgnela i zaczela sie kolysac.

— Misza! — krzyknal Bykow. — Chlopaki!

Opadl glowa na pulpit i glosno zaplakal.

Jura zle sie czul. Mdlilo go, bardzo bolala glowa. Meczyl go jakis dziwny podwojny koszmar. Lezal na swoim lozku w ciasnej, ciemnej kajucie „Tachmasiba” i jednoczesnie to byl jego duzy jasny pokoj na Ziemi. Do pokoju wchodzila mama, kladla mu na policzku przyjemnie chlodna reke i mowila glosem Zylina: Nie, jeszcze spi. Jura chcial powiedziec, ze nie spi, ale nie mogl. Jacys ludzie, znajomi i nieznajomi, przechodzili obok niego i jeden z nich — w bialym fartuchu — nachylil sie i bardzo mocno uderzyl Jure w bolaca, rozbita glowe, a po chwili Michail Antonowicz zalosnie powiedzial: Alosza… Aloszenka…, a Bykow, straszny i blady jak trup, schwycil rekami pulpit i Jure rzucilo na korytarz, na twarde kanty. Grala przejmujaco smutna muzyka i czyjs glos mowil: Podczas badania Pierscienia Saturna zgineli inspektor Miedzynarodowego Zarzadu Kosmicznej Komunikacji Wladimir Siergiejewicz Jurkowski i najstarszy nawigator, kosmonauta Michail Antonowicz Krutikow… I Jura plakal, jak placza we snie nawet ludzie dorosli, gdy przysni im sie cos smutnego…

Gdy Jura doszedl do siebie, zobaczyl, ze lezy w kajucie „Tachmasiba”, a obok stoi lekarz w bialym fartuchu.

— No prosze — powiedzial Zylin, usmiechajac sie smutno. — Dawno tak trzeba bylo.

— Oni naprawde zgineli? — spytal Jura. Zylin w milczeniu skinal glowa. — A Aleksiej Pietrowicz? — Zylin nic nie powiedzial.

— Glowa bardzo boli? — spytal lekarz. Jura zastanowil sie.

— Nie — odpowiedzial. — Nie bardzo.

— To dobrze — rzekl lekarz. — Polezysz piec dni i bedziesz zdrow.

— Nie odesla mnie na Ziemie? — spytal Jura. Nagle bardzo sie przestraszyl, ze go odesla.

— Nie, dlaczego? — zdumial sie lekarz, a Zylin chcac mu dodac otuchy, oznajmil:

— Juz sie o ciebie pytali z „Pierscienia 2”, chca cie odwiedzic.

— Niech odwiedzaja — powiedzial Jura.

Lekarz powiedzial Zylinowi, ze Jure trzeba co trzy godziny poic mikstura, uprzedzil, ze przyjdzie pojutrze i wyszedl. Zylin powiedzial, ze zaraz wroci i poszedl go odprowadzic. Jura znowu zamknal oczy. Zgineli, pomyslal. Nikt wiecej nie nazwie mnie kadetem i nie poprosi, zeby porozmawiac ze starcem. Nikt nie zacznie dobrym glosem czytac niesmialo swoich memuarow o przemilych i wspanialych ludziach. Tego juz nigdy nie bedzie. I to jest najstraszniejsze. Mozna sobie rozbic glowe o sciane, mozna rwac koszule — wszystko jedno, nigdy juz nie zobaczy Wladimira Siergiejewicza jak stoi przed prysznicem w swoim wytwornym szlafroku, z ogromnym recznikiem na ramieniu, jak Michail Antonowicz z lagodnym usmiechem naklada na talerze odwieczna owsianke. Nigdy, nigdy, nigdy… Dlaczego nigdy? Jak to moze byc, zeby nigdy? Jakis idiotyczny kamien w jakims idiotycznym Pierscieniu idiotycznego Saturna… I ludzi, ktorzy powinni byc, ktorzy maja obowiazek byc, dlatego ze bez nich swiat jest gorszy… tych ludzi juz nie ma i nigdy nie bedzie…

Jura pamietal jak przez mgle, ze oni cos tam znalezli. Ale to bylo niewazne, to nie bylo to najwazniejsze, chociaz oni uwazali, ze bylo… Oczywiscie, kazdy, kto ich nie znal, tez bedzie myslal, ze to najwazniejsze. Zawsze tak jest. Jesli nie znasz tego, kto dokonal wielkiego czynu, najwazniejszy jest czyn. A jesli go znasz, co wtedy znaczy czyn? Mogloby go w ogole nie byc, zeby tylko byl czlowiek. Czlowiek powinien zyc.

Jura pomyslal, ze za kilka dni spotka sie z chlopakami i oni zaczna pytac, co i jak. Nie beda pytac ani o Jurkowskiego, ani o Krutikowa, beda pytac, co Krutikow i Jurkowski znalezli. Beda plonac z ciekawosci. Przede wszystkim bedzie ich interesowac, co Jurkowski i Krutikow zdazyli przekazac o swoim znalezisku. Oni beda zachwycac sie mestwem Jurkowskiego i Krutikowa, ich ofiarnoscia i beda wykrzykiwac z zawiscia: To byli ludzie! A najbardziej bedzie ich zachwycac, ze zgineli na posterunku. Jure dlawily zal i zlosc. Juz wiedzial, co im odpowie. Zeby nie krzyczec na nich: Glupcy! Zeby nie zaplakac, zeby nie pobic sie z nimi, powie im: Poczekajcie. Jest jedna historia… I zacznie tak: Na wyspie Honsiu, w wawozie gory Titigatake, w nieprzebytym lesie znaleziono jaskinie…

Wszedl Zylin, usiadl w nogach lozka Jury. I poklepal go po kolanie. Zylin byl w kraciastej koszuli, z podwinietymi rekawami. Twarz mial zapadla i zmeczona. Byl nieogolony. A co z Bykowem, pomyslal Jura.

— Wania, a co z Aleksiejem Pietrowiczem?

Zylin nie odpowiedzial.

Epilog

Autobus bezszelestnie podjechal do niskiego, bialego ogrodzenia i zatrzymal sie przed wielkim pstrym tlumem witajacych. Zylin siedzial przy oknie i patrzyl na wesole, poczerwieniale od mrozu twarze, na migoczace w sloncu zaspy przed budynkiem dworca lotniczego, na oszronione drzewa. Otworzyly sie drzwi, mrozne powietrze wdarlo sie do autobusu. Pasazerowie ruszyli do wyjscia, rzucajac zartobliwe pozegnania stewardesie. W tlumie witajacych panowal wesoly szum — przed drzwiami obejmowali sie, sciskali rece, calowali. Zylin szukal znajomych

Вы читаете Lot na Amaltee, Stazysci
Добавить отзыв
ВСЕ ОТЗЫВЫ О КНИГЕ В ИЗБРАННОЕ

0

Вы можете отметить интересные вам фрагменты текста, которые будут доступны по уникальной ссылке в адресной строке браузера.

Отметить Добавить цитату