Kazimierz nie od razu odpowiedzial.
— Obawiam sie. Zreszta, wszystko jedno, musze isc do Wiktora.
— Odprowadze cie. — Wladyslaw wstal i skierowal sie do niego.
Kazimierz zerwal sie i podbiegl do drzwi. Byl blady. Oczy wydawaly sie prawie czarne, tak bardzo mial rozszerzone zrenice.
— Nie podchodz! — wrzasnal na caly glos. — Czys zwariowal? Cala nadzieja tylko w tobie. Idz naprzod!
Szli korytarzem i Wladyslaw widzial, ze kroki jego przyjaciela stawaly sie coraz mniej pewne, coraz bardziej chwiejne. Nie dochodzac do przedzialu lekarskiego, Kazimierz zachwial sie i oparl o sciane. Potem odwrocil sie do Wladyslawa:
— Nie waz sie podejsc! — krzyknal. — Dowloke sie sam! Wracaj!
Zarazisz sie! Wracaj natychmiast!
Wladyslaw dostrzegl, ze przyjaciel nie otwiera oczu i kurczowo chwyta sie sciany. Biala gazowa maseczka trzepotala od krzyku i wpadajac do ust, przeszkadzala mowic.
— Nie denerwuj sie, nie zblize sie do ciebie — uspokajal go Wladyslaw.
— Jezeli tak sie o mnie boisz, zwroc sie twarza do sciany, a ja pobiegne i zawolam Wiktora, zeby ci pomogl dojsc.
— Z Wiktorem jest jeszcze gorzej — juz spokojniej powiedzial Kazimierz i krzywiac sie z bolu otworzyl oczy. — Odejdz. Zrozum, ze ty nie mozesz zachorowac.
— Przesadzasz. Dlaczego nie moge? Oblicze orbite, wystartujemy i mozna bedzie w calosci ustawic rakiete na automatyczne sterowanie. To Wiktor nie ma prawa zachorowac, a nie ja.
— Wiktor i tak jest chory — wymamrotal Kazimierz i z trudem poszedl dalej, czepiajac sie sciany. — O, do diabla! Wszystko sie porusza i rozplywa. Sluchaj, czy ja ide w dobrym kierunku?
— W dobrym. Tylko trzymaj sie sciany.
— Ciagle mi sie zdaje, ze przechodze przez sciane, a raczej ona przechodzi przeze mnie.
— Skrec na prawo. Juz blisko.
Kazimierz dlugo dreptal na zakrecie, pokrzykujac: „Nie podchodz, nie podchodz!” Wreszcie z wielkim wysilkiem zrobil krok w prawo. Drzwi przedzialu lekarskiego uchylily sie. Wiktor spojrzal na Kazimierza, w milczeniu podszedl i objal go. Wladyslaw sie przerazil, jak okropnie w ciagu tych dwoch czy trzech dni zmienila sie twarz Wiktora. Bladosina, ospala, z gleboko zapadnietymi, zmeczonymi oczami, juz nie wydawala sie mlodziencza i promienna. Wiktor zauwazyl Wladyslawa i westchnal.
— Nie powinienes byl tutaj przychodzic — powiedzial cichutko. — Ale skoros juz przyszedl, to poczekaj chwileczke. Zaraz wroce.
Wiktor wrocil, zamknal za soba drzwi przedzialu lekarskiego i oparl sie o nie. Tez mial na sobie maseczke gazowa.
— Trzeba jak najszybciej startowac — powiedzial bez wszelkich wstepow.
— Jutro. Wczesniej nie zdaze z obliczeniami.
— Dobrze. Gdybys sie zle poczul, przychodz natychmiast do mnie. I zabierz ze soba tego… Ini.
— Nie mam prawa zachorowac. Kto obliczy orbite?
— Jezeli choroba sie zacznie, nie potrafisz wykonac obliczenia. Nie bedziesz widzial.
— I co wtedy?
— Poczekamy do jutra… Mysle, ze jutro potrafi to juz wykonac Talanow, jesli mu sie kaze.
W glosie Wiktora brzmiala rozpacz. Wladyslaw zacisnal zeby.
„Talanow, bohater Kosmosu… jego portret powiesilem nad swoim biureczkiem, jak jeszcze bylem w szkole… Talanow — glegani…” — A ty? — zapytal z trudem.
— Ja… No coz, postaram sie jakos wytrwac, poki… Widzisz, bedziemy musieli we dwojke przyszykowac anabioze… dla wszystkich procz ciebie, jesli bedziesz zdrow, i mnie. W przeciwnym razie oni zgina…
— Tobie jest takze potrzebna… anabioza… — z trudem wymowil Wladyslaw.
— Samemu bedzie ci zbyt ciezko z tym Ini. Co prawda mozna go nauczyc rozmawiac i rozumiec, chociaz bez Kazimierza bedzie to bardzo trudne.
— Nie martw sie, dam sobie rade sam.
— A jezeli zachorujesz po starcie?
Wladyslaw sie przestraszyl. Wyobrazil sobie, jak zostanie sam z milczaca, na wszystko obojetna istota z innego swiata. Jak zachoruje i poczatkowo bedzie cierpial, zdajac sobie dobrze sprawe z tego, co go czeka, jak stanie sie potem rownie obojetnym, na pol martwym i bezbronnym… I nikogo obok niego, poza takim samym chodzacym umarlakiem… na dlugie miesiace… Wszystko bedzie rozumiec…
wszystko bedzie widziec… „Nie, nie wytrzymam tego — pomyslal. — Lepiej umrzec! Ale umrzec nie masz prawa! Musisz przedtem wyprowadzic rakiete na orbite! Przynajmniej rakiete na orbite. A potem…”
— I tak jestes chory — powiedzial przez zacisniete zeby, patrzac z rozpacza na Wiktora.
— Tak, ale przechodze lzejsza postac choroby. Moze i nastepstwa beda inne niz u tamtych… Poza tym jestem lekarzem, Wladku, musze wytrwac!
Uniosl glowe. Wladyslaw spojrzal w jego jasne, smiertelnie znuzone oczy i zamilkl. Spazm chwycil go za gardlo.
— Wszystko zrobie, jak powiedziales, Wiktorze — wyjakal wreszcie.
— We dwojke wszystko zrobimy… — Zamilkl, a po chwili dodal: — Jezeli dane mi bedzie jeszcze latac, chcialbym zawsze byc w Kosmosie razem z toba.
— Dziekuje ci, Wladku — szeptem odpowiedzial Wiktor. — Jeszcze razem polatamy, prawda?
Stali i patrzyli jeden na drugiego. Gazowe maski prawie zupelnie zakrywaly ich twarze. Tylko oczy blyszczaly na tym bialym, martwym tle.
Oczy, ktore widzialy i rozumialy wszystko.
Przelozyla J. Karczmarewicz-Fedorowska
A. i B. Strugaccy
WSPANIALE URZADZONA PLANETA
I
Lu stal zanurzony po pas w soczystej zieleni i patrzyl, jak laduje helikopter. Wicher, bijacy od smigiel, rozkolysal spokojne dotad morze roslinnosci, po ktorym rozeszly sie srebrzyste i ciemnozielone fale. Lu wydawalo sie, ze helikopter obniza sie zbyt wolno, wiec niecierpliwie przestepowal z nogi na noge. Bylo bardzo goraco i duszno. Malenkie biale slonce wzeszlo juz wysoko, nawet trawa dyszala skwarem. Smigla zafurczaly glosniej; helikopter odwrocil sie bokiem do Lu, potem obnizyl sie nagle na jakies poltora metra i utonal niemal w trawie na szczycie pagorka. Lu pobiegl w gore po zboczu, placzac sie i potykajac w trawie.
Silnik zamilkl, smigla zwolnily obroty i po chwili zamarly w bezruchu.
Z kabiny helikoptera wyszli ludzie. Najpierw wygramolil sie slamazarny nieco dryblas w kurtce z podwinietymi rekawami. Jego splowiale wlosy, nie krepowane helmem, sterczaly niesfornie nad owalna brazowa twarza.
Lu poznal go: byl to kierownik grupy, Tropiciel Sladow, Anatol Popow.
— Dzien dobry, gospodarzu — przemowil wesolo, wyciagajac reke. — Nin-chao!
— Chao-nin, Tropiciele Sladow! — odrzekl Lu. — Witamy serdecznie na Leonidzie!
Uczynil rowniez powitalny gest, ale musieli przejsc jeszcze z dziesiec krokow, zanim sie spotkali.
— Bardzo sie ciesze — powiedzial Lu, usmiechajac sie szeroko.
— Wynudzil sie pan za wszystkie czasy?
— Skonac mozna bylo z nudow! Sam jeden na calej planecie.