Za plecami Popowa ktos krzyknal: „A zesz ty…!” — i cos z loskotem runelo w trawe.
— To wlasnie Borys Fokin — zaprezentowal Popow nie odwracajac glowy. — Archeolog „wanka- wstanka”.
— To przez te diabelska trawe… — wykrztusil Borys Fokin podnoszac sie niezdarnie. Mial rude wasiki, usiany piegami nos i zsuniety na bakier bialy plastykowy helm. Borys wytarl pospiesznie o spodnie swe zabrudzone zielenia dlonie i przedstawil sie: — Archeolog Fokin z grupy Tropicieli Sladow. Bardzo milo mi poznac fizyka Lu.
Przedstawil sie uroczyscie, wedlug wszelkich zasad, ktorych go widocznie jeszcze niedawno uczono w szkole.
— Witam serdecznie, archeologu Fokin — powiedzial Lu.
— A to jest Tatjana Palej, takze archeolog — rzekl znowu Popow.
Lu zblizyl sie i grzecznie sklonil glowe. Dziewczyna miala szare zuchwale oczy i olsniewajaco biale zeby. Reka jej byla silna i szorstka.
Nawet kombinezon umiala nosic z wdziekiem.
— Nazywam sie Tania — oswiadczyla.
— A ja Guan-Czen — niezdecydowanie wymamrotal Lu.
— Mboga — przedstawil Popow — biolog i mysliwy.
— Gdzie on jest? — zapytal Lu. — Ach, prosze mi wybaczyc.
Stokrotnie przepraszam!
— Nie szkodzi, fizyku Lu — powiedzial Mboga, witajac sie serdecznie.
Mboga byl Pigmejem z Kongo i ponad trawa wystawala tylko jego czarna glowa, owinieta biala chustka. Obok glowy sterczala masywna, czarna lufa karabinu.
— To jest Tora Mysliwy — powiedziala cieplo Tatjana.
Lu musial sie schylic, aby uscisnac reke Torze Mysliwemu. Teraz wiedzial, kim jest Mboga: Tora Mysliwy — to przeciez czlonek komitetu, sprawujacego opieke nad fauna innych planet; to biolog, majacy w swoim dorobku odkrycie „bakterii zycia” na Pandorze; to zoopsycholog, ktory oswoil potworne marsjanskie „sora-tobu-hiru” — latajace pijawki. Lu czul sie strasznie zazenowany swoja gafa.
— Widze, ze pan jest bez broni, fizyku Lu — zauwazyl Mboga.
— W ogole to ja mam pistolet — odrzekl Lu. — Ale on jest bardzo ciezki.
— Rozumiem — powiedzial Mboga z aprobata, po czym rozejrzal sie dokola. — Mimo wszystko podpalilismy step — rzekl sciszonym glosem.
Lu odwrocil sie. Od pagorka az do samego horyzontu ciagnela sie plaska rownina, pokryta lsniaca, soczysta trawa. Ze trzy kilometry od wzgorza plonela trawa, podpalona reaktorem rakiety desantowej. W bialawe niebo wznosily sie z wolna geste kleby jasnego dymu. Za dymem majaczyla rakieta — ciemne jajko na trzech rozstawionych podporkach. Wokol rakiety czernial szeroki, wypalony krag.
— To nic strasznego — powiedzial Lu — trawa szybko zgasnie. Tu jest bardzo wilgotno. Chodzcie, to wam pokaze wasze gospodarstwo.
Wzial Popowa pod reke i powiodl go obok helikoptera na druga strone wzgorza. Pozostali ruszyli ich sladem. Lu obejrzal sie kilka razy, z usmiechem machajac ku nim reka.
Popow burknal ze zloscia:
— Zawsze jest nieprzyjemnie, gdy czlowiek tak nabalagani przy ladowaniu.
— Trawa szybko zgasnie — powtorzyl Lu.
Slyszal, jak idacy za nim Fokin troszczy sie pieczolowicie o archeologa: „Ostroznie, Taniu, tu, zdaje sie, jest kepa”… — „Utrapienie ty moje — odpowiadala inzynier archeolog. — Sam patrz lepiej pod nogi”.
— Oto wasze gospodarstwo — oznajmil Lu.
Bezkresna, zielona rownine przecinala szeroka, spokojna rzeka. Na zakrecie rzeki blyszczal w sloncu karbowany dach.
— To moje laboratorium — zakomunikowal Lu.
Na prawo od laboratorium unosily sie w niebo kleby czerwonego i czarnego dymu.
— A tam buduje sie magazyn — poinformowal..
Widac bylo, jak w dymie miotaja sie jakies cienie. Na moment ukazala sie wielka, niedolezna maszyna na gasienicach — robot-matka, wsrod dymow od razu cos blysnelo, rozlegl sie donosny loskot i jeszcze gestsze kleby buchnely w niebo.
— A tam oto jest miasto — wskazal Lu.
Od bazy do miasta bylo niewiele wiecej niz kilometr. Z pagorka budynki miasta wygladaly jak szare plaskie cegly. Szesnascie szarych, olbrzymich cegiel…
— Istotnie — powiedzial Fokin — bardzo oryginalne rozmieszczenie.
Popow w milczeniu skinal glowa. To miasto bylo zupelnie niepodobne do innych. Do momentu Odkrycia planety Leonidy, Tropiciele Sladow — jak nazywano pracownikow komisji zajmujacej sie badaniem sladow dzialalnosci innych istot rozumnych w Kosmosie — zetkneli sie jedynie z dwoma miastami. Z opustoszalym miastem na Marsie i rownie pustym miastem na Wladyslawie — planecie blekitnej gwiazdy EN-17. Miasta te najwyrazniej budowal sam architekt. Byly tam cylindryczne, wrzynajace sie wiele pieter w glab gmachy ze swiecacej substancji krzemoorganicznej, rozmieszczone koncentrycznie.
Miasto na Leonidzie mialo zupelnie inny wyglad. Byly to po prostu dwa rzedy szarych pudelek z porowatego wapniaka.
Popow w milczeniu skinal glowa. To miasto bylo zupelj nie niepodobne do innych. Do momentu odkrycia pis Leonidy, Tropiciele Siadow — jak nazywano pracownikow komisji zajmujacej sie badaniem sladow dzialalnosci nych istot rozumnych w Kosmosie — zetkneli sie j «z dwoma miastami. Z opustoszalym miastem na i rownie pustym miastem na Wladyslawie — planecie kitnej gwiazdy EN—17. Miasta te najwyrazniej budowal sam architekt. Byly tam cylindryczne, wrzynajace sie wiele pieter w glab gmachy ze swiecacej substancji krzemc organicznej, rozmieszczone koncentrycznie.
Miasto na Leonidzie mialo zupelnie inny wyglad. Byly po prostu dwa rzedy szarych pudelek z porowatego waf niaka.
— Czy odwiedzal pan miasto po Gorbowskim? — zapytal Popow.
— Nie — a — odpowiedzial Lu — ani razu. Wlasciwie mialem kiedy.
Zreszta nie jestem archeologiem, lecz fizykiem atmosferycznym. No i wreszcie Gorbowski mnie, bym tam nie chodzil.
— Bu-buch! — rozleglo sie z budowy. Gestymi oblokami rwaly sie w gore czerwone kleby dymu. Wsrod nic zarysowywaly sie juz gladkie sciany magazynu. Robot-matka wydostawala sie z dymu na trawe. Obok niej skakaly czarne cybernetyczne roboty-budowniczowie, podobne pielgrzymow. Nastepnie cybery ustawily sie w szeregu i pobiegly nad rzeke.
— Dokad to one? — z ciekawoscia zapytal Fokin.
— Kapac sie — rzekla Tania.
— Wyrownuja zapore — wyjasnil Lu. — Magazyn juz prawie gotow.
Trzeba je zaraz przestroic na inny system, gdyz beda budowac hangar i wodociag.
— Wodociag! — zapial z zachwytu Fokin.
— Wolalbym jednak przeniesc baze nieco dalej od miasta — rzekl Popow z wahaniem.
— Tak zarzadzil Gorbowski — odpowiedzial Lu. — Niedobrze jest oddalac sie zbytnio od bazy.
— To takze racja — przyznal Popow. — Zeby tylko cybery nie uszkodzily miasta.
— Alez skad! — obruszyl sie Lu. — One mi tam nie pojda.
— Jaka to wspaniale urzadzona planeta — przemowil Mboga.
— Tak, to prawda — radosnie potwierdzil Lu. — Rzeka, powietrze, zielen i zadnych komarow, zadnych szkodliwych owadow!
— Uroczy zakatek — powtorzyl Mboga.
— A kapac sie mozna? — zapytala Tania.
Lu popatrzyl na rzeke. W jej zielonkawych odmetach trudno sie bylo przejrzec, ale poza tym byla to jednak najpoczciwsza rzeka z najprawdziwsza pod sloncem woda. Leonida byla pierwsza planeta, na ktorej znaleziono powietrze, nadajace sie do oddychania, i prawdziwa wode.